Recenzja "Darth Bane: Zasada dwóch"

Autor: Marek Drozd
Korekta: Bool
30 czerwca 2010

Sithów było kiedyś równie wielu, co rycerzy Jedi… te czasy bezpowrotnie minęły. Bywało tak, że  słabsi Mocą adepci Ciemnej Strony zwracali się przeciwko swemu Mistrzowi, a ten, niezdolny do odparcia ataków z wielu stron, musiał ulec. Wtedy to przywództwo obejmował nowy, znacznie mniej potężny Sith… nasz Zakon stawał się coraz słabszy. Bractwo prowadziło wojny z Jedi. Nie wykorzystywało swojej potęgi, było podzielone wewnętrznymi bataliami o władzę. Na Ruusanie ponieśli klęskę, ponieważ zaślepieni bratobójczymi walkami nie dostrzegli zżerającej ich od środka zgnilizny… nie popełnimy tego samego błędu drugi raz!

 
Na imię mi Zannah, chociaż jeszcze nie tak dawno temu wołali na mnie Rain. Jestem osobą bez przeszłości. Jedyne, co pamiętam z tamtego okresu, to moment, w którym podszedł do mnie potężnie zbudowany mężczyzna w czarnych szatach i zapytał o imię. Płakałam… oni zabili Laa – moją przyjaciółkę! Zasłużyli na to, co ich spotkało… Bezimienny zabrał mnie ze sobą. Wtedy uroniłam łzy po raz ostatni, bo właśnie on pokazał mi co zrobić z narastającym gniewem – dać mu upust i pozwolić, aby dodał siły… A moją siłą są zaklęcia Sithów, wyzwalające najgorsze koszmary! X-ray doświadczył tej potęgi na własnej skórze i leży u moich stóp z obłędem w oczach. I dlatego to ja opowiem wam swoją historię. Nie liczcie na cud…
 
Dziś jestem uczennicą wielkiego Sitha. Mój mentor i opiekun nazywa się Bane, Darth Bane. Wybrał mnie na swoją następczynię. Kiedyś stanę z nim do walki, bo Sithów może być tylko dwóch. Tę zasadę ustalił mój mistrz. Dzięki niej już nigdy Mroczne Bractwo nie sięgnie dna, a kiedyś będzie rządzić Galaktyką. Jedi polegną w walce z Sithami, bo są słabi i nie zasługują na życie. Taki jest porządek rzeczy – silni przetrwają, by zaprowadzić nowy ład. Jestem tego pewna tak samo, jak  Bane.
 
Nie bez powodu los, a może raczej Moc, skrzyżowała nasze drogi. Mistrz wyjaśnił mi, że zniszczenie zepsutego Bractwa było koniecznością, i że to on dokonał tego dzieła, nakłaniając Lorda Kaana, by wyzwolił bombę myśli. Nikt oprócz nas nie przetrwał, a zakon znów ma szansę odrodzić się dużo potężniejszy, i to również dzięki mnie!
Darth Bane wyczuł we mnie siłę Mocy, dlatego postanowił mnie nauczać. Pierwszej lekcji udzielił mi bardzo szybko – już podczas naszego pierwszego spotkania. Kolejne były coraz trudniejsze i bardziej okrutne, jednak jako dziesięcioletnia dziewczyna chłonęłam wszystko z niespotykanym zapałem. Błyskawicznie przyswajałam sobie rzeczy tak zaskakująco nieludzkie w swej naturze, że trudno uwierzyć, iż byłam tak młoda – taka oziębłość i wyrachowanie niepodobne było dziewczynce w moim wieku…
 
Mistrz mój opuścił mnie bardzo szybko, zostawiając na Russanie z poleceniem dostania się na Onderona. To miała być część mego szkolenia, jednak wtedy wydało mi się to okrutne. Bane udał się w tym czasie na Dxuna w poszukiwaniu grobowca starożytnego mistrza Sithów, Freedona Nadda.  Mój nauczyciel wyjątkowo upodobał sobie holocrony, jako źródło wiedzy o Mocy. Nie wątpię w potęgę przedwiecznych, jednakże kryształowe piramidy i wiedza w nich zawarta nie rozwiążą wszelkich problemów i nie rozwieją wszystkich wątpliwości. Mistrz zdawał się nie zauważać swojej obsesji. W starym grobowcu wspomnianego Sitha znalazł nie tylko upragniony holocron, ale również własną zgubę (którą on wolał raczej nazywać potęgą, okupioną rozsądnym cierpieniem). W czeluściach grobowca gnieździły się Orbaliski – organizmy żywiące się siłą Ciemnej Strony wypływającą z ciała nosiciela. Stworzenia te bowiem są pasożytami, które raz przyczepione do organizmu nie dają się od niego oddzielić żadnymi sposobami. Powoli pożerały mojego mistrza, dając mu jednak niezwykłą siłę i ochronę (ich pancerzy nie dało się przeciąć nawet mieczem świetlnym). Oprócz nieustannego bólu, orbaliski zaczynały się rozrastać, dlatego wygląd Bane’a stawał się coraz bardziej odrażający i nienaturalny. 
 
Stałam się jego oczami i uszami; wykonywałam wszelkie polecenia, przeniknęłam również do siatki separatystów, chcącej dokonać zamachu na kanclerza Tarsusa Valoruma…
 
Hej! Czy ty nie powinieneś być pod wpływem zaklę…
 
…prawdopodobnie powinienem, ale nie doceniłaś mnie (nie pierwszy raz nie doceniasz przeciwnika).
 
Nie wiem, co Zannah wam naopowiadała, bo zaklęcie było dość silne, jednakże pewien jestem, że fakty przez nią przedstawione zawierają odrobinę za dużo subiektywnej oceny, dlatego już spieszę z wyjaśnieniami.
 
Po wydarzeniach mających miejsce na Ruusanie Zannah rozpoczęła szkolenie, dość przyspieszone, u Dartha Bane’a. Drew Karpyshyn stworzył zupełnie nierealną i zaskakującą swoim zachowaniem postać małej dziewczynki, która okrucieństwem i wyrachowaniem przypomina bardziej dorosłego człowieka niż dziecko. Nie posiada ona żadnej przeszłości – nie wiemy skąd, jak i dlaczego znalazła się na Ruusanie. Pojawiła się w odpowiednim (dla Bane’a) miejscu i czasie. 
 
Główny bohater przedstawiony jest jako potężny lecz niezbyt inteligentny osiłek, który nie potrafiąc stworzyć nic nowego, posiłkuje się wiedzą zawartą w holocronach Sithów – chęć posiadania tych magicznych, kryształowych piramid przesłania mu momentami rzeczywistość i wpływa na decyzje. Zdobywanie tychże holocronów przypomina awansowanie na kolejne poziomy wtajemniczenia – widać tu wpływ pracy nad scenariuszem do gry Knights of The Old Republic i specyficzne podejście do tematu. 
Podobnie rzecz ma się w przypadku otoczenia. Opisane są tylko te miejsca, gdzie dochodzi do jakichś przełomowych wydarzeń. Reszta galaktyki nie jest zainteresowana tym, co dzieje się na Ruusanie, Dxunie czy pozostałych planetach. Fabuła jest dość płytka i tym samym dużo gorsza od tej z części pierwszej. Nie jest jednak na tyle nieatrakcyjna, że czytelnik zmusza się do kontynuowania lektury – książkę dosłownie pochłania się, lecz jest to zasługa raczej zaskakujących poczynań głównych bohaterów niż przemyślanego budowania historii. Napięcie jest stopniowane w dość toporny sposób – fabuła biegnie swoją ścieżką i jest przerywana niespodziewanymi zdarzeniami, które podkręcają tempo tylko na chwilę. Momentami chce się przeskoczyć kilka akapitów tylko po to, by dotrzeć do ciekawych fragmentów. Zmagania z powieścią zająć mogą maksymalnie dwa dni i to nie tylko z powodu średniej jakości opowiadanej historii, ale głównie przez ilość stron. Sztuka ta nie wymaga wielkiego poświęcenia, bowiem czeka ich na nas 277 (cała powieść ma 308, ale przygodę z Banem radzę zacząć od tej z numerem 31). 
 
Nie zapominajmy jednak, iż Star Wars to nie tylko Sithowie, ale również rycerze Jedi. W „Zasadzie Dwóch” nie są oni godnymi przeciwnikami dla Lorda Bane’a – nieważne z kim walczy, zawsze wygrywa i nawet czwórka Mistrzów Jedi, wraz z jednym padawanem, nie ma z nim żadnych szans. Okazują się oni słabymi fajtłapami, których do rycerzy Światła upodabnia jedynie posiadanie mieczy świetlnych (łączność z Mocą pozostaje na poziomie miernym). Jakby tego było mało, rycerze Jedi przypominają renesansowych wojaków – dowódca Armii Światła, Valenthyne Farfalla jest paniczem ubierającym się w modne, błyszczojedwabne koszule i podróżuje okrętem przypominającym galeon – rzecz niegodna Jedi nawet patrząc przez pryzmat niewątpliwych zasług! Wszystko to sprawia, że…
 
…są słabi! Powinni byli ponieść klęskę! Gdyby te brednie przeczytał mój Mistrz…
Ciesz się, że to ja zakończę Twoje marne wywody. Galaktyką będą rządzić Sithowie, a Ty skończysz tak, jak Darovit…
 
…Dzięki zwycięstwu zrywam łańcuchy.

Star Wars: Darth Bane #2 - Zasada dwóch

Autor: Drew Karpyshyn
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 3/2010
Tytuł oryginalny: Star Wars: Darth Bane: Rule of Two
Rok wydania oryginału: 2007
Liczba stron: 320
Format: 125x190 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324136346
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,80 zł


blog comments powered by Disqus