Recenzja książki "Kiki van Beethoven"

Autor: Anna Kołodziejska
Korekta: Alicja "cichutko" Laskowska
20 kwietnia 2012

Proza Schmitta ma w sobie wiele prostoty, przywodzącej asocjacje z alegorycznymi przypowieściami biblijnymi. Z testamentową poetyką łączy je jeszcze jeden element – morał, nauka płynąca z lektury książek autora "Oskara i pani Róży". W najnowszym swym dziele pisarz rezygnuje z tego aspektu na rzecz waloru poznawczego, chcąc pokazać czytelnikowi dobroci wypływające z kontaktu z muzyką.

Tytuł tego zbioru lapidarnych form literackich (opowiadania, eseju, luźno powiązanych refleksji) sugeruje, że będziemy mieli do czynienia z muzyką poważną. Nazwisko reformatora muzycznego klasycyzmu pojawia się w książce w kilku znaczeniowych odsłonach. Raz jest symbolem pasji tworzenia, raz (w konfrontacji z poprzedzającym go metrykalnie Mozartem) figurą utożsamiającą określoną filozofię w muzyce, w opowiadaniu o lokatorach domu starców metaforą odrodzenia do nowego życia. Kompozytor w żadnym utworze nie jest zatem Ludwikiem van Beethovenem, postacią z krwi i kości, lecz ideą – tym, co niosła stworzona przez niego muzyka.

Jeśli spojrzeć na twórczość Schmitta przez pryzmat genologii, zdecydowanie lepiej radzi on sobie w formach narracyjnych – powieściach i opowiadaniach – niż w gatunkach z pogranicza nowelistyki i publicystyki naukowej (esejach). Od tych ostatnich odbiorca oczekuje bowiem odpowiedniej dawki erudycji i dalekowzroczności, czego u autora "Dziecka Noego" niestety zabrakło.
W utworze "Kiedy pomyślę, że Beethoven umarł, a tylu kretynów żyje…" zestawia ze sobą styl muzyczny dwóch z trójki klasyków wiedeńskich i z pewną detektywistyczno-naukową dociekliwością bada tropy tych monumentów.

Samo to zestawienie rodzi w czytelniku poczucie wtórności refleksji filozoficznej u Schmitta. Nie chodzi to jedynie o powiązanie "Kiki van Beethoven" z jego wcześniejszą powieścią "Moje życie z Mozartem". Opozycje w dziedzinie muzykologii, jakie uzyskuje się, zestawiając ze sobą dwa fronty kompozytorskie – Mozarta i Beethovena, widać gołym okiem nawet w powierzchownym kontakcie z utworami obu twórców. O ambiwalencjach tych napisano już tak wiele, że "odkrycie" francuskiego pisarza po prostu ociera się o literacki banał. Jedynym ciekawym i godnym uwagi spostrzeżeniem Schmitta, sformułowanym na zasadzie kontrapunktu, jest tutaj zaklasyfikowanie Mozarta po stronie boskości, Beethovena zaś osadzenie na barykadach ludzkości: "Mozart słyszy. Beethoven wytwarza. (…) Beethoven szuka. Mozart już znalazł. Beethoven zostawia nam swoją muzykę. Mozart zostawia nam muzykę" (s.79).

Cennym załącznikiem do lektury jest płyta z najpopularniejszymi utworami twórcy sonaty fortepianowej nr 23 f-moll op. 57, znanej powszechnie jako Beethovenowska  "Appassionata". Jeśli ktoś zechce zgłębiać dwa poziomy artyzmu ludzkiego: muzykę i literaturę, to płyta będzie trafniejszym rozwiązaniem.

Kiki van Beethoven

Autor: Eric-Emmanuel Schmitt
Tłumaczenie: Agata Sylwestrzak-Wszelaki
Wydawnictwo: Znak
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 11/2011
Liczba stron: 152
Format: 125x195 mm
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788324016426
Wydanie: I
Cena z okładki: 31,90 zł


blog comments powered by Disqus