Fragment książki "Wydrwiząb"


Hondelyk zapytał wzrokiem Cadrona o przyczynę milczenia. Ten potrząsnął głową, zamknął oczy i całkowicie oddał się nasłuchiwaniu.

- Jadą tu, ze sześciu jeźdźców - rzucił cicho. - Nie kryją się, rechocą...

- Nic nie słyszę.

- To trzeba było sobie kupić nową parę uszu, a nie tuńkę.

- Jak cię kopnę, to... - Nagła myśl zmroziła wymowę Hondelyka. Spoważniał, przygryzł dolną wargę. - Czy to mogą być służbowi?

Cadron wzruszył ramionami, ale znowu przymknął powieki i słuchem przeniósł się na trakt.

- Jadą tu - szepnął. - O co chodzi? - zapytał, widząc wyraźne zaniepokojenie Hondelyka.

- Musimy... Nie, nie możemy uciekać, Malepis im opowie, będą szukać. - Poderwał się na równe nogi. - Słuchaj ich!

Rzucił się w krzaki, z których wyszedł na nich wcześniej Malepis, zniknął za rozkołysanymi gałęziami. Cadron wstał również, nasłuchiwał starannie: "...nie daruję... A juści, też bym go zakołkował... To powiedz mi, kto inny by ją wydupcył? Ja bym...".

Rozejrzał się nerwowo dookoła - Malepis wciąż szukał bełtu, Hondelyk przepadł za leszczynami. Konie przerwały pokłony składane tafli wody i zaczęły strzyc uszami. Głosy mężczyzn podążających w stronę źródła stały się wyraźne, dzieliło ich od Cadrona kilkadziesiąt kroków.

Z krzewów nagle wypadł Hondelyk, trzymał w ręku płaski kuferek z drewna obitego szorstką, niewyprawioną, grubą skórą, przewiązany dwoma pasami, rzucił go pod drzewo i dopadł Cadrona, żeby nim potrząsnąć, chwytając go za ramiona. Chciał coś powiedzieć, ale się rozmyślił i skoczył w kierunku, w którym zniknął młodzian. Jeszcze odwrócił się i syknął:

- Mnie tu nie było!

Zaszeleściły liście. Cadron zaczerpnął powietrza i wypuścił je przez nos, rozglądając się dookoła. Nie miał pojęcia co robić, co powiedzieć, gdy Malepis zapyta, gdzie jest Hondelyk, dlaczego towarzysz uciekł, dlaczego...

Na zakręcie pojawił się pierwszy jeździec, za nim drugi i reszta. Rozmawiali swobodnie, ale zamilkli na widok Cadrona. Podjechali bliżej i zatrzymali się. Mieli jednakowe lekkie półpancerze z tym samym herbem - gawronem z trzciną w dziobie. Spod niedbale odsuniętych na czubki głów hełmów spływał na surowe twarze pot. Dowódca, który jeszcze chwilę temu najgłośniej i nadzwyczaj rubasznie roztrząsał walory łupania na grochowinie, jakby niezadowolony z obecności Cadrona, warknął:

- Ktoś zacz?

- Po prostu, wędruję tędy. Nie wadzę nikomu...

- A to ja... Ja powiem, czy wadzisz. Pokaż ręce!

- Już to sprawdzono! - dobiegł dźwięczny głos z krzewów. Rozchyliły się i wyskoczył z nich Malepis. Dowódca rozchmurzył się, a Cadron otworzył usta i skamieniał, osłupiały. Malepis strzepnął z rękawów czarnej koszuli jakieś listki, poprawił kaftan i, zerknąwszy na Cadrona, zajął się otrzepywaniem szarych spodni. Na kolanie miał ciemną, wilgotną plamę. - Witajcie!

- Ano. - Dowódca przystawił kciuk do dziurki w nosie, odchylił się w siodle i zręcznym dmuchnięciem wysmarkał się. - To co? Napoimy konie i ruszamy?

Malepis uśmiechnął się blado, pokiwał głową bez entuzjazmu. Rzucił krótkie, spłoszone spojrzenie na Cadrona, ale nie odezwał się słowem. Żołnierze pozsiadali z koni i ruszyli do źródła, pili niemal wszyscy razem. Konie również, nikt nie dbał, czy są zgonione, bo - Cadron przyjrzał się im teraz - nie były, musieli przejechać tylko kawałek w spiekocie. Podczas gdy żołdac­two zaspokajało pragnienie, Malepis podniósł swój kuferek i tuńkę, przyczepił bagaż do konia Hondelyka i bezczelnie zerknął na Cadrona.

O co tu chodzi? - zdenerwował się Cadron. Umówili się z Hondelykiem, czy jak? Czy go ogłuszył? Dlaczego? Nie. Jakby ogłuszył, toby mnie oskarżył o coś, jego ziomkowie już by mnie tu odpowiednio sflekowali. Na Kreista! Co robić!

- Malepis! - huknął dowódca. - A z nim co? Znajomy?

- Ot, trochę - odpowiedział Malepis. - Ale to zacny człowiek, może jechać z nami.

- Ty?! - Żołdak wziął się pod boki i roześmiał. - Co ty? Gości panu Jugremu sprowadzasz? Nie za wiele sobie pozwalasz? - Plasnął dłonią o drugą. - Doigrasz się! - Rzucił władcze spojrzenie na podkomendnych. - Wsiadać. - Oszacował wzrokiem konia Hondelyka. - To twój kuń? - zapytał.

Cadron otworzył usta, żeby sobie przypisać Poka, ale Malepis uprzedził go:

- Tak, od niedawna mój. Dobry, co?

Wojak splunął z całego serca.

- Ot, życie. Takie ci gówno - wskazał żołnierzom Malepisa - zapraszane jest wszędzie, kunie to ma coraz lepsze, a uczciwy żołnierz, co życie ryzykuje - tyle!

Zakręcił nad głową ręką, zacieśnił pętlę; nagle dłoń wystrzeliła w przód i znieruchomiała, demonstrując słynną trzypalcową figurę.

- Jak nie chcesz ryzykować życia, to nie wychodź codziennie z karczmy pijany - rzucił swobodnie Malepis.

Wskoczył na siodło i pytająco popatrzył na skonfundowanego wojaka. Tamten żachnął się tylko, dosiadł konia i ruszył pierwszy. Wierzchowce żołnierzy odgrodziły na chwilę Malepisa od Cadrona, a potem, już na drodze, w pełnym słońcu i tak nie miał okazji, by porozmawiać z młodzianem. Wlókł się ponuro na końcu niespiesznej kawalkady i zastanawiał się: wrócić i poszukać w krzakach Hondelyka czy jechać i uciec gdzieś przed kwaterą, czy uciec już teraz, czy... Zgrzytnął zębami.

- Musi mu się krzywda dziać, skoro cię znowu wzywa - zagadał do młodzieńca dowódca, któremu chyba przeszła złość.

- Rzecz jasna. Nie raz.

- Teraz chodzi o Ruppijel...

- Ach, Ruppijel - przeciągnął Malepis. - I co z nią?

- A co ma być? Skruszyła chyba ząb, wścieka się... Nawet nie pije. Od ciebie zależy, czy wystąpi w orszaku ślubnym, a pan Jugry bardzo chce, żeby była.

- To ślub już? - zapytał ostrożnie Malepis.

Dowódca obrócił się w siodle. Z niedowierzaniem na twarzy rozejrzał się dookoła, biorąc obecnych na świadków swego zadziwienia.

- Czy ci słońce mózg wypaliło? Przecież pojutrze. Kiedy ma być!

- Czego się drzesz? - wypalił nagle dyszkantem Malepis. Cadron zrozumiał, że chłopak poczuł się pewniejszy, przypomniawszy sobie, że jest potrzebny miejscowemu możnowładcy. - Co to? Pożartować nie można? Nie? No to kiwaj się w siodle...

Wysunął się na czoło i hardo wyprostował plecy. Oficer skrzywił się, posłał za nim drwiącą minę i kilka ruchów biodrami. Po paru krokach zapomniał o urazie, zwolnił i podjechał do Cadrona.

- Udało ci się - powiedział. - Jugry ma jedną tylko córkę, na ten ślub czekalim od lat. Będzie zabawa, że hej! Bo to - wyciągnął dłoń i w miarę wyliczania zaczął prostować palce - dwie trupy komediantów, turniej minstreli, przyjechało ich już ze czterdziestu, sześciu presto... presty... prestigatorów, czy jak ich tam; potem turniej, cały dzień. Arbalety, łucznicy, rycerstwo - wiadomo, nawet ciury będą się poduchami okładać. Będą jaja! A takiego jednego, Litti Harta, mamy dla kata, okradł znajomka, to mu kat fiuta na trzy razy utnie...

Słuchający go nieuważnie Cadron zainteresował się, wbrew dręczącemu go niepokojowi o przyjaciela:

- Na trzy razy? To takiego ma?

- Eee, nie. - Żołdak skrzywił się. - Nasz kat to fachura, może ci na sześć plasterków oberżnąć.

- Mnie? Dzięki, nie wartem takiej obsługi...

Malepis zdarł nagle konia, zawrócił.

- Cadronie - powiedział. - Nad źródłem został mój kapelusz, wróć się, co? - I zanim zaskoczony Cadron zdołał otworzyć usta, ze złością potarł plamę na kolanie. - Czyste porty zapaprane! Żeby to ch-ch-chudy bąk!

Cadron poczuł, że słońce chlusnęło mu na głowę wiadrem ukropu. Plama na szarych spodniach rozjechała się, potroiła, aż zrobił się z niej szereg, smuga szarości. Potem wróciła do poprzedniej, pojedynczej postaci. Plama. Jedna plama. Na szarych spodniach. Szarych! Pytania zrodziły się błyskawicznie, runęły do ust i gwałtownie powstrzymane, spowodowały, że rozkaszlał się aż do łez. Malepis skorzystał z tego, że żołnierze już ich wyprzedzili, mrugnął do Cadrona. Cadron, pokasłując, zawrócił i z głową pełną rozchwierutanych myśli pogalopował z powrotem.

Młodzian odprowadził go wzrokiem i szerokim, zawadiackim uśmiechem, po czym okręcił wierzchowca i dołączył do drużyny.

- Bodaj go! A przepowiadałem: nażresz się tej ich zieleniny to i zasiądziesz na stolcu na pół dnia, ale on: nie i nie! To zdrowe! No i masz...

- O czym mówicie? - zainteresował się Malepis.

- A o takim jednym mądrali z naszej wsi - objaśnił jeden z żołnierzy. Wydatne brzuszysko telepało mu się w rytm końskich kroków, omal nie uderzając w łęk siodła. Miał z boku nosa ogromną brodawkę, przez co nikt nie wiedział, jakiego koloru ma oczy, bo wszyscy tylko na purchawę zerkali. - Był w podróży i trafił w okolicę, gdzie wszyscy żarli jakąś ci taką roślinę i żyli prawie po sto lat. To on się uparł, że też to jeść będzie, posiał, zżął i się napchał. Ot! - Żołnierz plasnął ręką w kolano. - Mielim pogrzeb zacny dwa dni temu.

- Bo nie wszystko, co zdrowe, dla każdego jest zdro... dobre - wtrącił się z mądrą miną jadący obok niego wojak.

- No ta, weźmy na ten przykład pochmielunek. Jeden używa kwasu z ogórków, drugi tylko kisłe buraki, trzeci kwaśnym mlekiem zapija, czwarty maślanką, trzeci zaś bierze...

- Trzeci już był - przerwał mu Malepis.

- Co? - nie zrozumiał wyrwany ze słowotoku grubas. - Jaki trzeci?

- Ten trzeci, co już był - objaśnił młodzieniec.

- Gdzie już, jucha, był? - zniecierpliwił się wytrącony z równowagi wiarus. Dwaj kompani zarechotali. Wojak ściągnął wodze i zanim Malepis zareagował, znalazł się tuż obok, twarz miał purpurową i ściągniętą gniewem. - Będziesz ty sobie jajca ze mnie... - Zamachnął się krzepkim kułakiem.

- Trenko! - wrzasnął dowódca. - Zostaw! Ma robotę we dworze, a jak się poskarży Jugremu, to ci za nią włoży tyle batów, że będziesz się chciał zamienić z Litti Hartem!

Trenko zasapał wściekle, pomyślał, zezem zerknął na brodawkę, jakby u niej szukał rady, i opuściwszy pięść, wymruczawszy kilka rynsztokowych obietnic, ze złością szarpnął wodze, wrócił na swoje miejsce w drużynie.

Hondelyk #5 - Wydrwiząb

Autor: Eugeniusz Dębski
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 10/2006
Seria wydawnicza: Bestsellery polskiej fantastyki
Liczba stron: 408
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-89011-95-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,99 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus