O włos od serca


Medyk pokręcił głową.
– Nie jest dobrze. Oddech coraz płytszy, może być, że w płucach zaczyna się wydzielanie gorączkowej flegmy. To utrudni oddychanie, zmusi serce do energiczniejszej pracy, a to może przerwać świeżą bliznę.
Cadron zamarł w bezruchu, miał świadomość, że po kilku semiach oczekiwania uznał postępujący proces zdrowienia za przesądzony, i właśnie usłyszane słowa go zaskoczyły. Powiódł bezradnym spojrzeniem po izbie.
– To... Co można... Co mogę zrobić? Mów! Potrzebujesz pieniędzy? Pomocy? Coś ci przywieźć? – Kajtys pokręcił głową. – No to co?
– Nic. Po prostu musimy czekać...
– Czekać to dać szansę przeciwnikowi – powiedział z goryczą Cadron. – Hondelyk tak mawia. – Odruchowo wskazał brodą przyjaciela.
– Wiesz przecie, kto tu jest przeciwnikiem – mruknął medyk.
Oby Mistrz Skonu nie usłyszał, pomyślał Cadron i szybko złożył w kółka kciuki i wskazujące palce. Z tak ułożonymi palcami był przedstawiany Mistrz Skonu. W głosie konowała zabrzmiała pewna dziwna nuta, jakby ukrywanego lekceważenia czy protekcjonalnej pobłażliwości. Nie ośmielił się jednak zapytać o powody takiego tonu.
– Może jakiś kataplazm? Gorący napar...
– Nie!
– No to... – Zawahał się i nagle uprzytomnił sobie, co go dręczy od kilku chwil. – Babayagr! Czy on może pomóc?
W przeciwieństwie do wcześniej prezentowanej niechęci tym razem Kajtys zawahał się i niemrawo poruszył ramionami. Przez twarz przebiegła mu lekka zmarszczka; poruszając wąskim nosem, otwierał wargi jak wyszarpnięty z wody karp.
– Próba nie zawada – wydusił w końcu. – Ale jest noc – dodał innym tonem.
– To co? Mówże!
– No nic... Tylko nikt tam nie chodzi po nocy...
– A, chrzanisz, konowale!
Zadowolony, że może działać, że nie musi bezradnie i bezczynnie patrzeć na zawieszonego nad przepaścią przyjaciela, rzucił się do kąta, szarpnięciem wydobył ze stosu rzeczy pelerynę, jeszcze wilgotną, ale nie szukał innej. Z mieczem w ręku opuścił na palcach izbę; na korytarzu pełgał ognik tylko jednego kaganka, ale to wystarczyło, by znaleźć schody i zbiec po nich. Karczma była pusta i cicha, zaspana; musiała być późna noc, ale Cadronowi nie chciało się iść do izby głównej i sprawdzać semii na wodnym zegarze. Po omacku wydostał się na podwórze, deszcz wreszcie ustał, noc była jasna z powodu pełni i ucieszony mocnym światłem księżyca Cadron pomaszerował do stajni. Po drodze szturchańcem obudził „pilnującego” obejścia uzbrojonego w drewnianą tarczę i krótki miecz strażnika i powiadomił go, że zamierza wyjechać i wrócić.
– Niech no się okaże, że nie będę mógł tu wejść, to pożałujesz! – zagroził.
– Co też, panie! – żachnął się wartownik, ale jego zaspany głos nie zostawiał miejsca na złudzenia.
Nie zawracał sobie już nim głowy, nie szukał też siodła, wyprowadził trochę zdziwionego Gabera i ominąwszy stojącego przy uchylonym skrzydle bramy dozorcę, wyszedł przed karczmę, po czym wskoczył na grzbiet wierzchowca. Znał już drogę i bez kłopotu wydostał się na pola, by szybko znaleźć się pod dwiema izbami. Starannie przywiązał konia do giętkiej młodej brzozy, podszedł do chaty i zastukał, najpierw lekko, potem mocniej, na końcu dwa razy walnął pięścią. Przez długą chwilę nic nie wskazywało na to, żeby hałas obudził czy wywołał Babayagra, potem jednak coś zabrzęczało, jakby na podłogę spadła miska albo została potrącona wolno przesuwającą się stopą.
– Babayagr! Potrzebuję pomocy! – krzyknął Cadron. – Mam rannego przyjaciela. Słuchaj!
Coś szurnęło przy drzwiach, Cadron przestał wrzeszczeć, odsunął się trochę, ale, ku jego zdziwieniu, drgnęła i otworzyła się tylko górna połowa drzwi, jak w niektórych bogatych i dużych stajniach. Z czerni otworu wyłonił się grot, a Cadron poczuł, że brakuje mu tchu – z takiej odległości nikt jeszcze nie mierzył do niego z napiętej kuszy. Grot był wykonany ze sklepanych umyślnie niedbale kilku płatków metalu, które po uderzeniu w cel rozchylały się jak kwiat. Barbarzyński wynalazek otwierał niewiarogodnych rozmiarów ranę i niemal uniemożliwiał normalne wyjęcie z niej bełtu.
– Ktoś ty? – warknął trzymający kuszę, a broń wahnęła się, jakby trzymał ją jedną ręką albo był pijany. W każdym z tych wariantów bełt miał do przebycia nieznośnie małą odległość. – Czego?
– Zatrzymałem się z przyjacielem w karczmie. On został napadnięty i zraniony, blisko serca, ciężko. Potrzebuję pomocy.
Grot bełtu kiwnął się, potem kusza dziwnie zadarła się w górę, a wreszcie wykonała coś, czego Cadron nie przewidziałby w najgorszym śnie – gwałtownie opadła w dół i uderzyła łożem w ramę drzwi, z grotem niemal rysującym mu bruzdę na nosie. Nie czekał, aż puści mechanizm spustowy, i runął na ziemię. Za drzwiami coś zaszurało, stuknęło, ktoś coś warknął. Zgrzytnął rygiel, zawiasa drzwi rozdarła się wniebogłosy i stało się jasne, że wtargnięcie do domu znachora bez obudzenia połowy wsi jest wykluczone. Cadron podniósł się i czyszcząc dłonie i otrzepując spodnie, uważnie wpatrywał się w ciemność za drzwiami.
– Wchodź! – rozkazał obcesowo głos niewidocznego ciągle Babayagra. – Próg jest niewysoki, ale nie próbuj niczego!
– Czego miałbym próbować? Przyszedłem po pomoc.
– Niejeden już tak gadał! – warknął z ciemności głos. I dodał z mocą: – A teraz leży pod ziemią z pyskiem pełnym korzeni trawy!
Cadron zrozumiał, że gospodarz boi się go, odetchnął więc, stanął nieruchomo i czekał. Kilkakrotnie cicho wciągnął przez nos powietrze, w izbie panował dziwny zapach, jak w stolarni czy bednarni.
Drzwi za plecami wrzasnęły, znowu ogłaszając światu, że przemierzyły półkolistą, ograniczoną drogę. Potem w końcu gospodarz skrzesał ogień i zapalił kaganek. Cadron przyjrzał się i zdębiał. Babayagr był karłem. Gdy chwycił w krótkopalce dłonie kaganek i poniósł do stołu, a pełgające światło opadło na twarz karła, okazało się, że jego skóra ma niespotykany szarofioletowy kolor, a na brzegach uszu łuszczy się i odpada płatami. Podobnie wyglądała na rękach – placki nieco jaśniejszej, odrobinę bardziej czerwonej skóry upstrzyły wierzchy dłoni. Karzeł miał wypukłe, bardzo mięsiste wargi; gdy wdrapał się na wysoki zydel, postawił kaganek i wbił spojrzenie w gościa, okazało się, że pulchne usta, z powodu sercowatego kształtu niemogące się ze sobą zetknąć, odsłaniają zęby w fatalnym stanie – niemal czarne, nierówne i z różnej szerokości szparami pomiędzy nimi. Cadron zaczerpnął tchu, potem drugi raz i znowu. Kusza leżała pod ręką karła, za daleko, by gość mógł szybko jej sięgnąć, fatalny grot zerkał na pierś Cadrona.
– No? – warknął karzeł. – Nagapiłeś się?
– By e... Ja... Hegh hm! Tak, ja mam prośbę. Ranny... ranny jest mój przyjaciel, uderzony nożem w serce, prawie w serce – poprawił się. – Ostrze otarło się o serce...
– Krwawi? – przerwał mu gospodarz, przekrzywiając głowę i drapiąc się po porośniętej rzadkim, mokrym, pewnie spoconym podczas snu włosiem; język, który przejechał po wargach, był biały i matowy.
– Nie, chyba nie, ale wdała się gorączka...
Karzeł pokiwał głową.
– Ta – rzucił krótko. Znowu kiwnął głową, jakby do swoich myśli. Wsadził palec zakończony zielonkawym paznokciem do ucha i energicznie nim potrząsnął, aż ruch wprawił w drżenie całą głowę. – Gorączka przeniesie się albo umiejscowi w płucach, wypełnią się flegmą. – Babayagr wyjął palec z ucha i uważnie przyjrzał się paznokciowi. – Twój przyjaciel się po prostu utopi.
Przełknięcie twardej guli wyrosłej w gardle okazało się niezmiernie trudne, ale w końcu Cadronowi udało się tego dokonać. Karzeł plasnął dłonią o stół i rzuciwszy: „Nie ruszaj się!”, zeskoczył z zydla. Po chwili przyniósł dwa inne kaganki i je rozpalił. W izbie pojaśniało. Cadron wolno rozejrzał się – na podłodze stały i leżały, a na ścianach wisiały kosze, koszyki, płaskie wiklinowe talerze, patery, prostokątne pudła bez wiek i z wiekami, ale najwięcej było związanych z gałązek grabiny mioteł z długimi, prostymi, ostruganymi do białego drewna kijami. Babayagr znów wdrapał się na zydel, potrąciwszy łokciem kuszę. Cadron omal nie jęknął.
– Mógłbyś odsunąć trochę tę broń? Albo skierować w inne miejsce? A tak przy okazji, to niektórzy władcy za taki grot wieszają za nogi nad ogniskiem.
– A inni niektórzy mają mi co nieco do zawdzięczenia – powiedział z naciskiem karzeł.
Cadron wzruszył ramionami.
– Nie zamierzam cię pouczać...
– Myślę, w końcu przyszedłeś tu po pomoc! – prychnął gospodarz, dając dowód, iż zna swoją wartość.
Przy prychnięciu wyprysnęło mu z ust trochę śliny, jakaś kropelka trafiła w kaganek, zaskwierczał knot. Cadron z trudem przełknął ślinę, postanowił nie ustępować za bardzo pola. Na dłuższą metę zawsze była to zgubna taktyka.
– I gdyby grot mierzył w co innego, niechby sobie mierzył. – Wyciągnął rękę, a kiedy karzeł drgnął, wskazał kciukiem siebie i dodał: – Pod koszulą mam najcieńszą i najtrwalszą z możliwych kolczugę, wyrób tmutarakańskich mistrzów, znasz to?
Karzeł nie mógł znać wymyślonego właśnie miasta słynącego z wymyślonych w tej chwili kolczug, ale nie zamierzał się do tego przyznawać. Pokiwał głową i sapnąwszy, trącił broń, tak że celowała daleko od boku Cadrona.
– No? Zadowolony?
– Tak. Ale bardziej będę, gdy udasz się ze mną do karcz...
– Na pewno nie! – uciął Babayagr. – Nigdzie się do nikogo nie udaję.
– Ale pomoc...
– Jeśli zdecyduję się na pomoc, to wystarczy, że się zdecyduję – znowu przerwał mu gospodarz i Cadron zrozumiał, że kłótnia do niczego nie doprowadzi.
– Dobrze, zgadzam się na twoje warunki, tylko pomóż mojemu przyjacielowi.
– Zapłata? – szybko rzucił gnom.
– Jaka zechcesz.
– Słowo?
– Słowo!
– Dobrze, w takim razie wybieram z góry i natychmiast. – Na jego obliczu rozgościł się szeroki chytry uśmiech.
– A co z pomocą?
– Jak tylko otrzymam zapłatę.
– Płacę!
– Dobrze – powtórzył Babayagr. – Zapłata jest taka: przyniesiesz mi jeden zużyty czar...
Cadron otworzył usta, ale uświadomił sobie, że gospodarz umilkł i czeka na jego protesty. Skinął głową, jakby się zgadzał na żądanie. W końcu, pomyślał szybko, będę musiał powiedzieć coś więcej. Wtedy zacznę się targować. Karzeł, rozczarowany milczeniem gościa, poruszył żuchwą, jakby coś rozgniatał między zębami.
– Jest takie miejsce, taki śmietnik na zużyte czary. Niektóre czary zużyte znikają, inne zostawiają po sobie ślad na tym właśnie śmietniku. Wyślę cię tam, przyniesiesz mi jeden, a ja natychmiast spróbuję ulżyć twojemu przyjacielowi.
– Uratujesz go?
– Nie, źle mnie zrozumiałeś – pomogę. Nie gwarantuję skutku, nie wiem, jak blisko jest Mistrz Skonu. Na pewno nikt nie zrobi więcej niż ja, ale to wcale nie musi wystarczyć. Zresztą, może twój druh już nie żyje...
– To jaki mam w tym interes?
– Jeśli się da, to pomogę. Ja, nie ten cały Kajtys!
Zapadła cisza. Cadron bał się ugody i jednocześnie przemawiały do niego arogancja i pewność siebie karła. Mógł, oczywiście, być chamskim naciągaczem, ale w takim razie, dlaczego karczmarz niemal natychmiast wywołał jego imię?
Dlaczego Kajtys niechętnie, ale przystał na propozycję wykorzystania jego pomocy? Musiał mieć w okolicy dobrą opinię. Jeśli tak...
– Zgoda. Byle szybko. Będzie dla ciebie lepiej, żebym nie odchodził stąd zagniewany! – zagroził.
To jednak nie zrobiło na karle żadnego wrażenia. Zeskoczył z zydla i kiwając się na krzywych nóżkach, pognał do kufra pod ścianą. Wyjął stamtąd dwa flakoniki, postawił na stole, rzucił się do kufra jeszcze raz i pomrukując coś pod nosem, dołożył do flakonów dużą butlę i czarkę. Z flakoników niedbale chlusnął po niewielkiej porcji ciemnych, ostro pachnących cieczy, dopełnił czymś, co miało konsystencję i zapach starej miodówki, i podsunął Cadronowi.
– I to tyle?
– Tak.
– Ależ ja nie wiem, co mam robić!
– Powiedziałem: przynieś czar. Nie obawiaj się, nie pomylisz tego z niczym.
– Ale gdzie ja będę, gdzie jest...
– Zaraz! Ty wypijesz to. – Wskazał palcem czarkę. – Ja użyję magii, by przenieść cię do Krainy Yuliq, a tam już będziesz musiał sam sobie radzić. No? – Przysunął czarkę do gościa.
Płyn rzeczywiście miał smak starej, dobrej miodówki zepsutej jakimiś gorzkimi domieszkami. Z żołądka cofnęła się fala wzburzonych kwasów, Cadronowi głośno się odbiło i zakręciło w głowie. Zdziwił się, że tak zareagował na płyn, szerzej otworzył oczy, bo w izbie nie wiadomo dlaczego pociemniało. Zaraz gruchnę na podłogę, pomyślał leniwie. Głupio postąpiłem. Hondelyk czeka na pomoc, a ja zawierzyłem jakiemuś karłowi, który plecie głupoty o czarach i magii, a sam podsunął mi miodówkę z makowichą... Przy tym mag z niego jak z capa koń bojowy... Nawet nie wykrył, że łżę o kolczudze... Cadronie, jakiż z ciebie głu... głup... głu...

Hondelyk #4 - O włos od piwa

Autor: Eugeniusz Dębski
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 1/2006
Seria wydawnicza: Bestsellery polskiej fantastyki
Liczba stron: 400
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-89011-74-3
Wydanie: I
Cena z okładki: 28,99 zł


blog comments powered by Disqus