Fragment opowiadania "Operacja 'Orfeusz'" Jacka Piekary


Szukałem ich przez kilka lat. Ludzi, którzy mieli mi to­warzyszyć w kampanii, jakiej wcześniej nie znał świat. Pierwszego znalazłem i przekonałem Alego Abbasa zwa­nego Abażurem. Był afgańskim mudżahedinem - zasły­nął nie tylko odwagą, lecz także biegłością w torturowa­niu sowieckich jeńców. Pewnej nocy o mało się nawzajem nie zatłukli z Andriejem. Bo Andriej również był w Af­ganistanie i widział tam swych towarzyszy oporządzo­nych przez Abbasa oraz jemu podobnych. Podobno czło­wiek, któremu z brzucha wywleczono flaki i rozwieszono je na krzewach, może żyć jeszcze kilkadziesiąt godzin. Andrieja nazywano Korkociągiem, gdyż chwalił się, że za pomocą korkociągu jest w stanie zmusić do mówie­nia każdego człowieka. Służył przez wiele lat w Specnazie, ale nawet tam nie potrafili znieść tego, co wyprawiał z jeńcami, więc odesłano go na wczesną emeryturę. Dla­tego właśnie Andriej o swoich generałach nie mówił ina­czej, jak: "końskim chujem rozjebane dupodaje". Teraz Ali, Andriej i Polak towarzyszyli mi w czasie pierwszego rekonesansu. Polak był niegdyś majorem komandosów, potem zaciągnął się na serbską wojnę i walczył przeciw Chorwatom oraz Bośniakom. Podobno bał się go nawet sam Zeljko Raznatovic, zwany Arkanem.
- Wyjebałem mu żonę - pochwalił nam się kiedyś - takie cycki miała - zatoczył rękami przed klatką piersio­wą - a na Bałkanach to była pierwsza dupa. Po sto tysięcy ludzi chodziło na jej koncerty.
Polaka nie zwerbowałem jednak dlatego, że przerżnął Cecę, ale dlatego, że słynął z samobójczej odwagi, zim­nego wyrachowania i niemającego sobie równych okru­cieństwa. Podobno generał Milosevic porzygał się, kie­dy oglądał pozostałości po wiosce, w której zabawiał się oddział dowodzony przez Polaka. A Milosevic widział przecież wiele...
Cały czas nie mogłem przyzwyczaić się do wyglądu Polaka. Miał zęby stożkowo spiłowane na końcach tak, że uśmiechając się przypominał gotowego do ataku dra­pieżnika.
- Najebany byłem jak świnia, jak polazłem do tego dentysty - przyznał któregoś wieczoru - sam, kurwa, nie wierzyłem, kiedy się rano oglądałem w lustrze.
- Trzeba było sobie wymienić na koronki - poradził Pierre.
- A tam, przyzwyczaiłem się...
Pierre był następnym chłopakiem z naszego oddziału. Od trzynastego roku życia walczył w bojówkach al-Baszira przeciwko chrześcijanom w Sudanie. Chwalił się, ile zaliczył w tym czasie młodych Murzynek.
- A miałeś kiedyś kobietę, która nie płakała, jak ją rżnąłeś? - spytał cicho major Alvarez.
Słyszałem tę rozmowę, więc myślałem, że Pierre rzu­ci się Alvarezowi do gardła. To był w końcu szczeniak z islamistycznych bojówek. Zero dyscypliny. Ale Pierre tylko spojrzał w oczy Alvareza i po chwili roześmiał się, jakby opowiedziano mu śmieszny dowcip. Faustino Alvarez (każący się nazywać Feliksem Edmundowiczem) był eksportową chlubą Fidela Castro. Miał dziewiętna­ście lat, kiedy walczył w Angoli, potem zajmował się mię­dzy innymi szkoleniem palestyńskich bojówek w jednym z obozów na pograniczu syryjskim, pracował również dla Al-Kaidy. Znano go i ceniono jako znakomitego fa­chowca od materiałów wybuchowych.

Na świecie jest kilka miejsc, gdzie ludzie tacy, jak oni, mogą się zebrać bez wzbudzania ciekawości służb specjal­nych całego świata. W "Złotym Trójkącie" na pograni­czu kambodżańskim, czy w kolumbijskiej dżungli można czuć się w miarę bezpiecznie i ufać, że nikt nie odnajdzie bazy zatopionej wśród wiecznie zielonych koron drzew. My wybraliśmy Kolumbię, gdzie jeden z kokainowych królów udzielił nam gościny i obiecał wszelkie możliwe wsparcie. Kosztowało mnie to i czas na wielotygodnio­we pertraktacje, i wieleset tysięcy dolarów. Oczywiście "el commandante Sanchez" (tak kazał się nazywać) nie miał pojęcia o właściwym celu akcji, do której się szy­kujemy. Na początku chciałem pozwolić sobie tylko na kilka delikatnych sugestii na temat tego, że będzie to ak­cja, przy której zamach na WTC był jedynie dziecinnym wybrykiem, ale potem uznałem, że nie byłby to najlepszy pomysł. Być może el commandante uznałby bowiem, że bardziej opłaca mu się przehandlować nas Amerykanom niż współpracować. Dlatego zasugerowałem jedynie, że szykujemy się do przeprowadzenia przewrotu w jednym z kraików Trzeciego Świata na zlecenie obalonego nie­gdyś prezydenta. I to musiało mu wystarczyć.

Baraki w kwaterze Sancheza może nie przypominały pię­ciogwiazdkowego hotelu, ale przynajmniej zainstalowa­no w nich klimatyzację. Miałem również do dyspozy­cji lodówkę, co oznaczało że nie musiałem pić ciepłego rumu ani ciepłej coca-coli. Kiedyś nie przepadałem za al­koholem, ale w ciągu niemal czterech lat wojskowej służ­by nauczyłem się pić gorsze trunki niż kolumbijski rum.
Siedziałem właśnie, przeglądając wiadomości na ekranie laptopa, kiedy otworzyły się drzwi i dwóch moich ludzi wprowadziło szczupłą blondynkę ubraną w zielone dreli­chowe spodnie i tego samego koloru bluzkę. Miała gład­ko zaczesane włosy, spięte w koński ogon.
- Kogóż tu mamy? - spojrzałem.
- Robiła zdjęcia, suka. - Pierre rzucił na blat stołu aparat i pchnął dziewczynę, tak że omal nie wylądowała na podłodze. Klapnęła ciężko na krzesło, ale co dziwne, nie była przestraszona. Raczej rozzłoszczona.
- Jestem tu za wiedzą komendanta Sancheza - prychnęła.
- Dlatego jej od razu nie rozwaliliśmy, panie pułkow­niku. Ale...
- Możecie wyjść - odparłem i poczekałem aż zam­knęli za sobą drzwi. - Kim pani jest? - zapytałem.
- Anna Stewart - uniosła się lekko i sięgnęła do tyl­nej kieszeni spodni, a potem przesunęła w moją stronę legitymację dziennikarską. Przyjrzałem się zatopionemu w plastiku kartonikowi, zanim oddałem dokument.
- Dziękuję, panie pułkowniku - powiedziała, lecz w jej głosie nie usłyszałem szczególnej wdzięczności. Za to słowa "panie pułkowniku" wymówiła tak, jakby na końcu postawiła ledwo zauważalny znak zapytania. Cóż, musiała być przyzwyczajona, że w tej dżungli co drugi watażka jest samozwańczym pułkownikiem...
- Niebezpieczny zawód. - Wody? Coli? Rumu?
- Coli, jeśli jest pan tak uprzejmy. Można się przy­zwyczaić. Cztery lata starałam się, żeby komendant Sanchez pozwolił mi tu przyjechać.
Wstukałem jej nazwisko w wyszukiwarkę. Porówna­łem zdjęcie z siedzącą przede mną kobietą. Szybko przeleciałem wzrokiem kilka wyrwanych z kontekstu zdań z jej artykułu o kolumbijskich rebeliantach.

- Taaak, el commandante wspiera biedaków, którym nie może pomóc administracja państwa. Zapomniała pani dodać, że ich broni. Co zabawne, głównie przed samym sobą...
- Pan nie pracuje dla Sancheza - zignorowała moją uwagę na temat tekstu.
- Można powiedzieć, że odnaleźliśmy pewną zbież­ność interesów - odparłem. - Tylko tyle i aż tyle.
Wyciągnąłem kartę pamięci z aparatu i rzuciłem w kąt pokoju. Później przesunąłem aparat w stronę Anny Stewart. Poderwała się, lecz zaraz opadła z powrotem na krzesło. Trudno jednak powiedzieć, że była zachwy­cona. Ale nie mogłem pozwolić, by zatrzymała zdjęcia.

W dzisiejszych czasach zbyt szybko można je przesłać za pomocą Internetu lub nawet telefonu komórkowego czy satelitarnego. A ja nie chciałem, by amerykańscy chłop­cy zaczęli się zastanawiać, co w kolumbijskiej dżungli robią najemnicy ściągnięci z różnych krajów. Oczywi­ście, nawet, gdyby przesłała fotografe, to na reakcję trze­ba by czekać długo. Wiedziałem, jak wolno obracają się koła biurokratycznej machiny, w końcu niegdyś służyłem krajowi, który był tego najlepszym przykładem. Gdyby tryby biurokracji wprowadzono w ruch, urzędnicy mu­sieliby zweryfkować dowody, zbadać ich autentyczność, powziąć decyzję na wysokim szczeblu, pozyskać zgodę kolumbijskiego rządu i dopiero wtedy przysłać tu samo­loty lub śmigłowce. W tzw międzyczasie po nas wszyst­kich zostałyby jedynie niedopałki papierosów i puste bu­telki. Ale wolałem nie ryzykować. Pani Stewart mogła być przebojową dziennikarką, a mogła być również pracownikiem wywiadu. Być może zarówno jednym, jak i drugim, słusznie uznając, że oba te zawody świetnie się uzupełniają.
- Jakiej armii jest pan lub był pułkownikiem?
Nie była chyba na tyle naiwna, by sądzić, że odpo­wiem na to pytanie. Przyglądała mi się uważnie.
- Mówi pan bardzo dobrze po angielsku. Bez śladu obcego akcentu. Ale nie wydaje mi się, żeby był pan Anglosasem.
- Mama wychowała się w Stanach - odparłem zgod­nie z prawdą, czym tylko pobudziłem jej ciekawość.
- A ojciec?
Uśmiechnąłem się tylko.
- Ojciec nie przepadał za pani ojczyzną - rzekłem, znowu nie mijając się z faktami. - Choć cenił waszą - szukałem przez chwilę słowa - żywotność. Mówił, że nie da się skutecznie walczyć z narodem, który przez stulecia tworzyły najgorsze męty zebrane z całego świata.
Roześmiała się.
- Wie pan, że to samo mówił mój ojciec? Tylko za­miast słowa "męty" używał słów "najbardziej przebojo­we jednostki, zdeterminowane, by radykalnie zmienić swe życie".
- Różnica leksykalna - zgodziłem się i dolałem jej coli.
- A pan nas lubi, pułkowniku?
- Niespecjalnie - odrzekłem - ale jeśli nawet miałem jakieś negatywne odczucia, to dawno już wygasły. Mogę powiedzieć, że nie interesujecie mnie. Ani pani kraj, ani jego obywatele, gdyż nie są w żaden sposób związani ze zleconym mi zadaniem.
- Pragmatyczne podejście.
- Tego mnie właśnie uczono.
- Gdzie?
- Moja droga - rozłożyłem dłonie - pani naprawdę myśli, że w ten sposób cokolwiek ode mnie uzyska?
- A w inny?
- Anno Stewart, nie ma pani nic, co mogłaby mi dać w zamian za interesującą historię do pani pisma.
- No cóż, przynajmniej sądzę, że prędzej czy później wyjdzie na jaw, co pan szykował, a wtedy będę mogła chociaż opisać rozmowę z panem. I to dobre... - bardzo szybko pogodziła się z porażką. Przynajmniej werbal­nie.
Wprawiała mnie w dobry nastrój, gdyż najprawdo­podobniej (a nawet na pewno) zbyt długo już nie roz­mawiałem z młodą, ładną i w miarę inteligentną kobietą. Zawsze była to jakaś korzystna odmiana po rozmowach z Ali Abbasem czy Andriejem. Zapewne była to również okazja wyjątkowa, gdyż podobna do niej zdarzy mi się, delikatnie mówiąc, nieprędko.
- A jednak chciałabym się czegoś o panu dowiedzieć - zatarła dłonie, jakby szykowała się do rozdania kart. - Walczył pan na jakiejś wojnie?
- Aż za długo - odparłem i ponieważ przypomnia­łem sobie wiele rzeczy, rozmowa przestała już być za­bawna.
Musiała zauważyć zmianę mojego nastroju.
- Przepraszam, jeśli pana uraziłam.
Machnąłem dłonią.
- Było minęło - rzekłem tym razem, mijając się z prawdą. - Chociaż "Wielka jest śmierć. Jesteśmy w jej mocy z uśmiechem na ustach".
- Szekspir?
Pokręciłem głową.
- Dla was każdy cytat musi być zawsze albo z Szeks­pira albo przynajmniej z Eliota lub Keatsa - zażartowa­łem.

Wojna nigdy nie wydawała mi się zabawna. Ale była czymś w rodzaju rycerskiej powinności, którą trzeba spełnić wobec swego państwa i narodu. Tyle że potem były wszy, rany, zwały trupów i ludzie, którym strzelało się w tył głowy albo paliło w stodołach. To już nie było ani zabawne ani rycerskie. I trzeba było z tym żyć. Więk­szość z nas potrafła...
Przypomniałem sobie dziewczynkę, która płakała, kiedy jeden z naszych zabrał jej szmacianą laleczkę z gu­zikami zamiast oczu. Jak można być taką świnią, żeby ukraść dziecku zabawkę? - powiedziałem mu wtedy. Ale i tak nie miało to żadnego znaczenia, bo zaraz potem za­strzeliliśmy i małą, i jej matkę, i ojca, i rodzeństwo. Ale przynajmniej ściskała w objęciach lalkę, kiedy już leżała na szczycie stosu trupów. Pamiętam jej oczy. I pamiętam, jak dziś, że na szczupłej buzi siadały tłuste muchy, które tamtej wiosny wyjątkowo wcześnie się wylęgły.
Człowiekowi często się wydaje, że nie będzie w stanie wytrzymać pewnych rzeczy. Że nie wytrzyma bólu, zim­na, czy głodu. To wszystko nieprawda. W rzeczywistości ulepiono nas z dość solidnego materiału. Podobnie ma się sprawa z przeżyciami psychicznymi. Potrafmy uodpor­nić się na widok śmierci lub tortur. Za pierwszym razem, kiedy widziałem, jak mój sierżant wydłubuje oczy jed­nemu z jeńców, żeby zdobyć ważne informacje, musia­łem odejść w krzaki i porzygałem się. Później potrafłem już jeść kolację kilka metrów dalej i zmusić się do tego, by nic nie widzieć i nic nie słyszeć. Zresztą, wszystko miało swoje uzasadnienie. Zeznania jeńców mogły urato­wać życie naszym ludziom. Dziesięciu, dwudziestu, stu...
Warto poświęcić życie jednego człowieka (zwłaszcza kie­dy jest twoim bezwzględnym wrogiem), żeby ocalić wielu ludzi. Poza tym wszyscy świetnie wiedzieliśmy, że kiedy wpadniemy w ręce przeciwnika, jedyne miłosierdzie, na jakie możemy liczyć, to strzał w tył głowy. Jeśli Bóg po­zwoli, zastrzelą nas od razu. W innym wypadku będzie­my umierać tak długo, że śmierć stanie się już tylko je­dynym celem i marzeniem. Pewnie nie byliśmy do końca tacy źli. Ani my, ani oni. Ale każdy z nas zapomniał już, jak to jest być normalnym, zwyczajnym, szarym i miłym człowiekiem. Takim, który w niedzielę idzie do kościoła pod rękę z dziewczyną. A kiedy kocha się z kobietą, to ta kobieta nie płacze. Takim, który daje dzieciom cukierki, a nie zasypuje wapnem rowów z ich trupami. Takim, dla którego życie obcego człowieka ma jakiekolwiek znacze­nie. Takim, który codziennie myje się i goli, nie szuka na ciele wszy i nie boi się tyfusu. Zapomnieliśmy - i to właśnie była nasza wina.
- Proszę mi chociaż powiedzieć, jak ma pan na imię... - zażądała Anna Stewart niemal obrażonym to­nem.
Wyrwała mnie z zamyślenia, cieszyłem się, że ode­rwała mnie od przeszłości.
- Wystarczy: "panie pułkowniku" - odparłem - cho­ciaż - zaśmiałem się - niech będzie Orfeusz.
- Orfeusz, Eurydyka, Hades... Jesteście tu, by kogoś uwolnić, prawda? Odbić?
Jej myśli biegły szybko, choć z całą pewnością mo­głem się nie obawiać, że pobiegną właściwym torem. Do tego musiałaby być całkowicie szalona.

Ciąg dalszy - w książce.

A.D. XIII #1 - A.D.XIII, tom 1

Autor: Ewa Białołęcka, Tomasz Bochiński, Rafał Dębski, Cezary S. Frąc, Krzysztof Kochański, Jacek Komuda, Magdalena Kozak, Jacek Piekara, Adam Przechrzta, Mirosława Sędzikowska, Katarzyna Urbanowicz, Marcin Wroński, Jakub Ćwiek
Ilustrator: Dominik Broniek
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 10/2007
Liczba stron: 568
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-60505-62-5
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,99 zł


blog comments powered by Disqus