Recenzja książki "A.D. XIII" tom 1

Autor: Piotr Mirski
18 marca 2008

Były już antologie o katach, demonach, II wojnie światowej i czasie. Kolejna kompilacja Fabryki Słów traktuje o aniołach i diabłach. Zaczyna się to popularno–naukowym wstępem autorstwa Mai Lidii Kossakowskiej. Jest to osoba jak najbardziej predestynowana do tego zadania, w końcu zasłynęła jako autorka prozy angelicznej. Aż dziw bierze, że w zbiorze nie znalazło się żadne jej opowiadanie. Informacje, które serwuje, to nie banały znalezione w Wikipedii. Stoi za tym na pewno dość niezły research i w całym tekście drażni tylko nadmierny i wymuszony luz. Świetnie ze wstępem koresponduje okładka – androgyniczna postać o kamiennych skrzydłach, obwisłym biuście i złowrogiej twarzy ukrytej w cieniu pokazuje, że nie wszystko jest tym, czym się wydaje. Anioł może okazać się diabłem. Może dlatego właśnie na łamach niniejszej antologii dominują jednak mieszkańcy Nieba.

Jacek Komuda z zadanego tematu wywiązuje się w typowy dla siebie sposób: jako dyplomowany historyk sięga wstecz i odnajduje tzw. „dobrych ludzi”, którzy wierzyli, że każdy człowiek nosi w sobie anioła. Wokół tego buduje fabułę otwierającego zbiór opowiadania „Hejrezjarcha”. Bohaterem czyni swojego pupila, Francois Villona, pierwszego poetę wyklętego, o którego losach fantazjował wcześniej w „Imieniu bestii”. Już na samym początku, gdy ten archetypowy łotrzyk staje na szubienicy, wita czytelników ogromna dawka czarnego humoru. Dalej jest jeszcze mocniej, gdyż cudem uratowany przed powieszeniem bohater zostaje pomocnikiem kata. Od tego momentu ironia idzie w parzę z najczystszą makabrą. Komuda nie szczędzi czytelnikowi wrażeń: są tortury, jest kryminalna zagadka, jest finałowa jatka. Wszystko to daje w efekcie kawał dobrej pulpy, w której jednak nie brak ciekawego pomysłu. Zawodzi tylko finał, czasem lepiej jest nie znać grzechów niektórych ludzi. I bynajmniej nie dla spokoju duszy. Opary tajemnicy bywają dużo bardziej fascynujące niż odór gnijącego ciała.

Podobnie jak Komuda, Adam Przechta sięga po fantasy historyczną, ale ze znacznie gorszym efektem. W opowiadaniu „Agentes in rebus” odnaleźć można pewien gaimanowski sznyt, pochwałę gawędy i, skądinąd, postmodernistycznego dorabiania kontekstów do zastanych faktów. Cała opowieść umieszczona zostaje w klamrze z listów człowieka fantazjującego na temat swoich przodków. Niestety, to, co znajduje się w środku, popełnia wszystkie grzechy główne fantasy. Papierowi bohaterowie, drewniane dialogi, grubo ciosany styl – można by długo wymieniać. Lepiej jednak przejść do następnego opowiadania.

„W odcieniach szarości” Rafała Dębskiego niespodziewanie okazuje się najlepszym tekstem zbioru. Czego tu nie ma? Współczesne, irackie tło, międzynarodowe spiski, drugie nadejście Mesjasza, herezje, gnostyckie wątki milczącego Demiurga. Miejsca nie zabrakło też dla wartkiej akcji i seksu. Wszystko to niespodziewanie daje bardzo spójną całość, która aż prosi się o rozwinięcie do rozmiarów powieści. Najważniejsze jednak w opowiadaniu Dębskiego jest to, że jako jedyny autor ze zbioru naprawdę podejmuje tematykę religijną, zamiast używać jej do semi-postmodernistycznej zabawy. Już sam tytuł zdaje się być rozwinięciem tego, co pisze we wstępie Kossakowska, że nic nie jest takie, jakie się wydaje. Anioły nie muszą być piękne. Szlachetne też nie. Ukrzyżowanie Jezusa uchodzi za zdarzenie chwalebne, ale to przecież zwycięzcy piszą historię. Prawda rozmywa się wśród odcieni szarości.

Zacznie lżejszym tekstem jest „Angelidae” Ewy Białołęckiej. Niegdysiejsza pierwsza dama polskiej fantastyki (teraz jednak chyba zdetronizowana przez Kossakowską) napisała tym razem niefrasobliwe, humorystyczne opowiadanie. Jak to w takiej konwencji bywa, cała fabuła jest tutaj zaledwie spoiwem dla serii gagów. Te akurat stoją tu na dość wysokim poziomie, ale za to razi w oczy wydumana, bełkotliwa ontologia, jaką autorka wymyśliła sobie na potrzeby swojego tekstu. Po co kombinować, skoro i tak efekt zginie wśród salw śmiechu?

W „Oczach jak chabry” Katarzyny Anny Urbanowicz jest coś z „Labiryntu Fauna”. I tu, i w filmie del Toro na pierwszym planie jest koszmar wojny pokazany w wyjątkowo dosadny sposób. Wszystko to zostaje przefiltrowane przez delikatną psychikę dziecka, co daje niepokojący, ponury, ale i poetycki efekt. Finał też nie nastraja pozytywnie: anioły istnieją, ale rany wciąż bolą.

Ciężkim zadaniem dla maturzysty byłoby odgadnięcie, co miał na myśli Krzysztof Kochański podczas pisania „Enklawy Łobzonki”. Zaczyna się całkiem obiecująco, autor wśród atmosfery grozy bierze na warsztat staropolskie przesądy. Potem jednak następuje wielki przeskok w czasie i nie wiadomo już, w którą stronę ma zmierzać historia. Jest tu trochę political fiction, trochę humoru, na końcu tekst z powrotem dryfuje w stronę horroru. Efekt nie jest jednak ani straszny, ani zabawny, ani wizjonerski. Słowem – klapa.

Następny w kolejce Marcin Wroński oferuje czytelnikom piękną, XIX-wieczną błyskotkę. Historia młodego Żyda, który wyrzeka się swojej narodowości, przyozdobiona została niezwykle urokliwym sztafażem. W tle mamy loże masońskie, Napoleona i zapowiadające industrializację maszyny. Całość nie tylko czasem akcji zdaje się tkwić w minionej epoce. Wątki anielskie i demoniczne prowadzą prosto w stronę nieco staroświeckiego morału. Gdzieś mimochodem wymyka się autorowi iście Blake’owski wniosek: Szatan to działanie, postęp i energia. Ale czy to coś złego?

Mocno i po męsku – tak właśnie zaczyna się „Operacja Orfeusz” Jacka Piekary. Jest to historia grupy komandosów, która wyrusza na misję do samego Piekła, lecz nie tego metaforycznego, wietnamskiego lub irackiego, ale prosto do miejsca kaźni grzeszników. W tym samym duchu, co prolog, utrzymana jest reszta opowiadania. Narrator z zimną satysfakcją prezentuje kolejnych bohaterów dramatu – jest to kompania okrutna i groteskowa: psychopaci, gwałciciele i sadyści o spiłowanych zębach. Na pytanie: „kiedy ostatni raz kochałeś się z kobietą, która nie płakała?” odpowiadają rubasznym śmiechem. Czasem takie epatowanie makabrą i nihilizmem wydaje się być nachalne, ale ma swoje uzasadnienie w słowach otwierających tekst: „Piekło znajduje się w ludzkim sercu”. O dziwo, finałowa pointa jest zupełnie inna: odkupienie win jest możliwe. W tym mięsistym i inteligentnym horrorze zgrzyta tylko zbyt sztampowy i skrótowy opis Piekła. Czerwony piasek i rogate demony – panie Piekara, stać Pana było na więcej.

Tak jak Dębski, Mirosława Sędzikowska podejmuje bardzo aktualny temat. Jej „Łowca” skupia się na losie polskich emigrantów w Anglii. O dziwo, dużo więcej uwagi autorka przykłada do wątku obyczajowego niż fantastycznego. Buduje pełnokrwistych bohaterów i wiarygodne tło, znalazło się tu nawet miejsce dla islamskiego terroryzmu. Bardzo zgrabnie panuje ponadto nad wszystkimi wątkami i potrafi wykrzesać suspens z pozornie banalnych zdarzeń. W efekcie losy naszych rodaków i wynajmującej im mieszkanie Angielki ciekawią dużo bardziej niż to, czy powiedzie się misja tytułowego bohatera. A to chyba dość dziwne jak na fantastykę.

Pod względem stylu wyróżnia się na pewno opowiadanie „Air Marshalls” Magdy Kozak. Jest to horror żerujący na bynajmniej nie odwiecznym, ale przez to nie mniej silnym lęku... przed lataniem samolotem. Rzecz opowiedziana jest w sposób niemalże filmowy: ciągłe zmiany kamery, raz trzęsące się ujęcie panelu sterowania w kabinie pilota, potem płonącej turbiny, a jeszcze później paniki na pokładzie. Dochodzi do tego wgląd w rozchwianą psychikę bohatera, wracają do niego zasłyszane kiedyś piosenki, wspomnienia, miota się on między strachem a poczuciem obowiązku. Efekt montażowy godny jest najlepszego wysokobudżetowego blockbustera. I nieważne, że historia o demonach polujących w przestworzach na dusze klientów linii lotniczych jest absurdalna. Grunt, że naprawdę straszy.

Pointowanie antologii opowiadaniem zatytułowanym „Bardzo zły” wydaje się być średnio trafionym pomysłem, szczególnie, że nie prezentuje ono zbyt wysokiego poziomu. Autor, Tomasz Bochiński, decyduje się tu na konwencję miejskiej legendy, a na miejsce akcji wybiera warszawską Pragę z całym jej gangsterskim światem, brudem i alkoholizmem. Gdyby nie to, że bohaterką jest średnio atrakcyjna, starsza kobieta, mogłoby się to kojarzyć z kolejnym pełnym urbanistycznej trwogi hip-hopowym kawałkiem. Wśród odpadającego tynku i porozbijanych butelek ginie gdzieś niesamowitość historii o samozwańczym mścicielu, magia nie prześwieca poprzez praską szarzyznę. Na plus wyróżnia się stonowane i czasem dość gorzkie poczucie humoru, ale i ono blednie przy niezbyt porywającej akcji i tak nietrafionych zabiegach, jak wprowadzenie postaci Lucyfera ukrywającego się pod imieniem Lucjan Anioł. Lou Cypher z „Harry'ego Angela” wzbudzał w przeciwieństwie do niego więcej strachu niż śmiechu.

Anioł i diabeł, dwie skrajności. Teksty składające się na pierwszy tom AD XIII nie są jednak tak skontrastowane. Dominuje przeciętność i w zasadzie jedyne wychylające się punkty to opowiadania Dębskiego (na plus) i Przechrzty (na minus). Proroczy okazuje się wstęp Kossakowskiej: jest bardziej popularnie niż naukowo. Ale to chyba nikogo nie zdziwi. Ciekawe, o czym będzie kolejna antologia Fabryki Słów?

A.D. XIII #1 - A.D.XIII, tom 1

Autor: Ewa Białołęcka, Tomasz Bochiński, Rafał Dębski, Cezary S. Frąc, Krzysztof Kochański, Jacek Komuda, Magdalena Kozak, Jacek Piekara, Adam Przechrzta, Mirosława Sędzikowska, Katarzyna Urbanowicz, Marcin Wroński, Jakub Ćwiek
Ilustrator: Dominik Broniek
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 10/2007
Liczba stron: 568
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-60505-62-5
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,99 zł


blog comments powered by Disqus