Fragment #1 z książki "Diuna"

Autor: Frank Herbert

Paul leżał w łóżku i udawał, że śpi. Z łatwością schował w dłoni tabletkę nasenną Yuego, udając, że ją połyka. Pohamował śmiech. Nawet matka uwierzyła, że śpi. Pragnął się zerwać i wyprosić u niej pozwolenie na wędrówkę po rezydencji, ale zdawał sobie sprawę, że się nie zgodzi. Wszystko było jeszcze w zbytniej rozsypce. Nie. Tak jest najlepiej.

"Wymykając się bez pytania, nie złamię zakazów, no i zostanę w budynku, gdzie jest bezpiecznie".

Słyszał rozmowę matki i Yuego w drugim pokoju. Ich słowa brzmiały niewyraźnie - coś o przyprawie... o Harkonnenach. Głosy wznosiły się i opadały.

Uwagę Paula zaprzątnęło rzeźbione wezgłowie łóżka - przytwierdzona do ściany imitacja wezgłowia kryła układ sterowania urządzeniami w pokoju. W drewnie przedstawiono rybę wyskakującą ponad wypukłe, brązowe fale. Wiedział, że kiedy naciśnie jedyne widoczne oko ryby, zapalą się dryfowe lampy. Przekręcenie jednej z fal regulowało wentylację. Innej - temperaturę.

Chłopak cichutko siadł na łóżku. Z lewej pod ścianą stał wysoki regał. Można go było odsunąć, a wtedy ukazywała się szafa wnękowa z szufladami z jednej strony. Klamka drzwi na korytarz imitowała przepustnicę ornitoptera.

Wyglądało to tak, jakby pokój urządzono z zamiarem oczarowania Paula.

Pokój i całą planetę.

Przypomniał sobie księgofilm, który pokazał mu Yueh - Arrakis. Stacja badawcza botaniki pustyni Jego Imperatorskiej Mości. Księgofilm był stary, sprzed odkrycia przyprawy.

W pamięci Paula przemknęły nazwy, każda z obrazem odciśniętym mnemotechnicznym rytmem księgi: kaktus saguaro, ośli ogórek, palma daktylowa, werbena piaskowa, wiesiołek dwuletni, kaktus baryłkowaty, juka krótkolistna, perukowiec, krzew kreozytowy... lis długouchy, jastrząb pustynny, skoczek pustynny...

Nazwy i obrazy, nazwy i obrazy z ziemskiej przeszłości człowieka - a wielu nie można już spotkać nigdzie we wszechświecie poza Arrakis.

Trzeba się uczyć o tylu nowych rzeczach... O przyprawie.

I o czerwiach pustyni.

W sąsiednim pokoju trzasnęły drzwi. Paul usłyszał kroki matki oddalające się w głąb korytarza. Wiedział, że doktor Yueh znajdzie sobie coś do czytania i zostanie w przyległym pokoju.

Nadszedł moment, by wyruszyć na eskapadę.

Wykradł się z łóżka i skierował do regału otwierającego się na szafę. Przystanął, usłyszawszy szmer za plecami, i odwrócił się.

Rzeźbione wezgłowie łóżka opadło na miejsce, z którego się podniósł. Paul zamarł i bezruch ocalił mu życie. Zza wezgłowia wysunął się niewielki grot-gończak, najwyżej pięciocentymetrowy. Chłopak w mgnieniu oka rozpoznał pospolitą skrytobójczą broń, o której uczono od maleńkości każde dziecko królewskiej krwi. Drapieżna metalowa igła, sterowana z bliska czyjąś ręką i okiem. Potrafiła wbić się w ruchome ciało i po nitkach nerwów utorować sobie drogę do najbliższego z żywotnych narządów.

Gończak, uniósłszy się, przeleciał bokiem przez pokój tam i z powrotem.

Paul uzmysłowił sobie, co wie na jego temat, jakie zna ograniczenia tej broni: kompresja pola dryfowego zakłóca działanie oka przekaźnika. Skoro w zaciemnionym pokoju nie widać dobrze celu, operator będzie się kierował ruchem - jakimkolwiek.

Tarcza pozwoliłaby wyhamować gończak, dałaby czas na zniszczenie go, ale leżała na łóżku. Lance laserowe strącały gończaki, lecz były kosztowne i notorycznie się psuły, a poza tym zawsze istniała groźba wybuchu, gdyby wiązka lasera przecięła aktywną tarczę. Atrydzi wierzyli w osobiste tarcze i przytomność umysłu.

Zastygły w katatonicznym prawie bezruchu Paul wiedział, że teraz jedynie przytomność umysłu pozwoli mu stawić czoło niebezpieczeństwu.

Grot-gończak wzniósł się o dalsze pół metra. Kołysał się tam i z powrotem w smugach światła, przeszukując pokój.

"Muszę spróbować go złapać - pomyślał Paul. - Będzie śliski na spodzie od pola dryfowego. Muszę go mocno chwycić".

Gończak opadł pół metra, zjechał na lewo i zawróciwszy, okrążył łóżko. Od broni dobiegało ciche buczenie.

"Kto tym draństwem steruje? - głowił się chłopak. - Musi być niedaleko. Mógłbym zawołać Yuego, ale to go dopadnie, jak tylko otworzy drzwi".

Za jego plecami zaskrzypiały drzwi na korytarz. Ktoś w nie zapukał. Otworzyły się.

Grot-gończak śmignął mu koło głowy w kierunku ruchu. Prawa ręka Paula wystrzeliła do przodu i w dół i chwyciła śmiercionośne narzędzie. Gończak buczał i skręcał się w rozpaczliwie zaciśniętej na nim dłoni. Paul zamachnął się i z gwałtownego półobrotu trzasnął nosem igły w metalową płytę drzwi. Usłyszał chrupnięcie miażdżonego oka na czubku i gończak zamarł w jego palcach. Mimo to dla pewności nie rozluźnił chwytu.

Podniósł wzrok i napotkał szczere spojrzenie błękitnych oczu Szadout Mapes.

- Twój ojciec przysyła po ciebie - powiedziała. - W sieni czekają ludzie z eskorty.

Paul kiwnął głową, skupiając wzrok i uwagę na dziwnej kobiecie w służebnym brązie workowatej sukni. Spoglądała teraz na przedmiot zaciśnięty w jego dłoni.

- Słyszałam o czymś takim - stwierdziła. - Zabiłoby mnie, prawda?

Musiał przełknąć ślinę, nim zdołał przemówić.

- To ja... byłem celem.

- Ale leciało na mnie.

- Bo się ruszałaś. - "Kim jest to stworzenie?" - zastanawiał się.

- Zatem uratowałeś mi życie - powiedziała.

- Uratowałem życie nam obojgu.

- Wygląda na to, że mogłeś mnie zostawić na pastwę tego czegoś, a sam uciec.

- Kim jesteś? - zapytał.

- Szadout Mapes, ochmistrzyni.

- Skąd wiedziałaś, gdzie mnie znaleźć?

- Twoja matka mi powiedziała. Spotkałam ją przy schodach do magicznego pokoju w końcu korytarza. - Wskazała w lewo. - Ludzie twojego ojca nadal czekają.

"To będą ludzie Hawata - pomyślał. - Musimy znaleźć operatora tego urządzenia".

- Idź do ludzi mojego ojca. Powiedz im, że złapałem grota-gończaka w budynku i że mają się rozejść w poszukiwaniu operatora. Każ im natychmiast otoczyć dom i teren. Będą wiedzieli, jak się do tego zabrać. To musi być ktoś obcy.

Zadumał się: "A może to ona?" Ale był przekonany, że nie. Gończakiem ktoś kierował, gdy wchodziła.

- Zanim zrobię, co każesz, młodzieńcze - powiedziała Mapes - musimy wyrównać nasze rachunki. Złożyłeś na mnie brzemię wody, a nie bardzo mam ochotę je dźwigać. Jednak my, Fremeni, spłacamy długi, tak wdzięczności, jak nikczemności. I wiemy, że wśród was jest zdrajca. Nie znamy go, ale że jest, za to dajemy głowę. To zapewne jego ręka prowadziła ten krajak ciała.

Paul przyjął słowo "zdrajca" w milczeniu. Nim zdążył się odezwać, dziwna kobieta odwróciła się i pobiegła do wyjścia.

Przyszło mu na myśl, by ją przywołać, ale było w niej coś, co mówiło mu, że ją tym urazi. Powiedziała, co było jej wiadomo, i teraz zamierzała zrobić, co "kazał". Lada chwila dom zaroi się ludźmi Hawata.

Wrócił pamięcią do innych fragmentów owej dziwnej rozmowy: "Magiczny pokój". Spojrzał w lewo, we wskazanym przez nią kierunku. "My, Fremeni". A więc to była Fremenka. Zatrzymał się na mrugnięcie mnemotechnicznej migawki rejestrującej w pamięci obraz jej twarzy: pomarszczona jak śliwka, ciemnobrązowa, błękitne w błękicie oczy bez białek. Dołączył imię: Szadout Mapes.

Ściskając strzaskany gończak, zawrócił w głąb pokoju, lewą ręką zgarnął pas tarczy z łóżka, owinął go wokół bioder i dopiął już w biegu. Wypadł z pokoju i popędził korytarzem w lewo.

Powiedziała, że gdzieś tutaj jest jego matka - schody... magiczny pokój.

Kroniki Diuny #1 - Diuna - Wydanie specjalne z ilustracjami Wojciecha Siudmaka

Autor: Frank Herbert
Okładka: Wojciech Siudmak
Tłumaczenie: Marek Marszał
Ilustrator: Wojciech Siudmak
Wydawnictwo: Rebis
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 3/2007
Oprawa: twarda
ISBN-13: 978-83-7301-723-8
Cena z okładki: 55 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus