Fragment książki "Brandenburg"

Autor: Glenn Meade

Asunción, Paragwaj
Ameryka Południowa

Kiedy lekarze ze szpitala Świętego Ignacego powiedzieli Nicolasowi Tsarkinowi, że niedługo umrze, starzec ponuro skinął głową, zaczekał, aż wszyscy wyjdą, wstał z łóżka, ubrał się, po czym nie odzywając się do nikogo ani słowem, wsiadł do mercedesa i pojechał na skrzyżowanie z Calle Palma, trzy przecznice od swego domu. Zaparkował samochód przy krawężniku, wszedł przez obrotowe drzwi do niewielkiego banku mieszczącego się na rogu ulicy i oznajmił kierownikowi zmiany, że pragnie dostać się do swojej skrytki. Kierownik natychmiast polecił jednemu z urzędników, by zszedł z senorem Tsarkinem do podziemi. Bądź co bądź, senor Tsarkin należał do najstarszych i najlepszych klientów.

- Niech pan mu powie, żeby zostawił mnie tam samego - zażądał starzec w charakterystyczny dla siebie, obcesowy sposób.

- Oczywiście, senor Tsarkin. Jak pan sobie życzy. - Kierownik złożył jeszcze jeden głęboki ukłon. - Buenas dias, senor Tsarkin.

Jak zwykle miał na sobie niebieski garnitur i jak zwykle niezmiernie irytował Tsarkina swymi niekończącymi się ukłonami oraz przymilnym złotozębnym uśmiechem.

Buenas dias... Co takiego dobrego było w tym dniu? Przed chwilą powiedziano mu, że ma przed sobą najwyżej czterdzieści osiem godzin życia, a ból w żołądku stał się tak silny, że prawie nie do wytrzymania. Co prawda zażył silny środek uśmierzający, ale od pewnego czasu leki właściwie przestały na niego działać, w dodatku był słaby jak dziecko.

Czy to powód, żeby się uśmiechać albo życzyć komukolwiek dobrego dnia?

Jednak mimo wszystko Nicolas Tsarkin odczuwał także coś w rodzaju ulgi, że już nie będzie musiał więcej kłamać.

Podążając za urzędnikiem do podziemnego skarbca, przyjrzał się swemu odbiciu w błyszczących stalowych drzwiach. Miał osiemdziesiąt dwa lata i jeszcze pół roku temu wyglądał najwyżej na siedemdziesiąt. Znajdował się wtedy w wyśmienitej kondycji fizycznej, odpowiednio

się odżywiał, w ogóle nie palił i nie nadużywał alkoholu. Wszyscy byli przekonani, że dociągnie do setki.

Mylili się.

Lśniące stalowe drzwi powiedziały mu, jak teraz wygląda: szczupły, właściwie wychudzony, niewiele różniący się od trupa. Wraz z krwią sączącą się bez przerwy do żołądka wypływały z niego siły życiowe.

Jednak bez względu na ból, bez względu na przepowiednie lekarzy, musi zrobić jeszcze parę rzeczy. Dopiero kiedy się z nimi upora, będzie mógł spokojnie zasnąć. Już na zawsze.

Chyba że jednak istnieje Bóg i życie pozagrobowe, bo wtedy czeka go pokuta za grzechy, ale Tsarkin mocno w to wątpił. Po tym, co kiedyś robił, żaden Bóg nie pozwoliłby mu tak długo cieszyć się dostatnim, pozbawionym trosk życiem. Nie, człowiek po prostu umiera i zamienia

się w proch. Nie ma bólu, nie ma nieba ani piekła. Jest tylko nicość.

Przynajmniej miał taką nadzieję.

Urzędnik otworzył stalową kratę i wprowadził go do niewielkiego, pozbawionego okien pomieszczenia. Od wyłożonej marmurowymi płytami podłogi ciągnęło chłodem. Urzędnik zerknął na przywieszkę przy kluczu, przesunął ręką po metalowych drzwiczkach, znalazł skrytkę Tsarkina, otworzył ją, wyjął pojemnik i postawił go na drewnianym stole pośrodku pomieszczenia. Zaraz potem wręczył starcowi klucz i sam wyszedł.

Tsarkin doskonale znał obowiązujące zwyczaje; kiedy będzie gotów, naciśnie przycisk umieszczony pod blatem stołu, a wtedy urzędnik zjawi się ponownie, by wyprowadzić go z podziemi. Tymczasem był tu zupełnie sam.

Nagle przyszło mu do głowy, że w pomieszczeniu jest zimno i cicho jak w kostnicy. Zadrżał na tę myśl. Wkrótce tam właśnie się znajdę, uświadomił sobie. Wkrótce nic już nie będzie mnie boleć. Usiadł na jedynym krześle, przysunął metalowy pojemnik, otworzył go kluczem, podniósł wieko i rozłożył dokumenty na wypolerowanym blacie.

Była w nich jego przeszłość. Na chwilę ogarnęły go wątpliwości, czy aby na pewno podjął słuszną decyzję, ale bez trudu je odegnał. Zrobi to, o czym marzył od dłuższego czasu. Ból był już nie do zniesienia a on uważał, że życie jest po to, by korzystać z jego uroków.

Starannie poskładał papiery, włożył do dużej szarej koperty i złożył je na pół, potem nacisnął przycisk.

Już niedługo, pomyślał, słysząc kroki urzędnika. Już bardzo niedługo.

Metalowa krata otworzyła się z cichym trzaskiem. Nicolas Tsarkin wziął do ręki kopertę, wstał z krzesła i ruszył w kierunku wyjścia. Na stole został niepotrzebny już klucz do skrytki.

*

Dom stał przy Calle Iguazu, na obrzeżach miasta. Miał białe ściany, był ogromny i otoczony wysokim murem, zasłaniającym go przed wzrokiem ciekawskich. Tsarkin mieszkał w najbogatszej, najdroższej dzielnicy Asunción. Za pomocą pilota otworzył bramę z kutego żelaza,

przejechał wiodącą szerokim łukiem alejką i zatrzymał mercedesa na żwirowym podjeździe.

Burknął coś pod nosem do służącego, który zjawił się nie wiadomo skąd, by otworzyć drzwi samochodu, po czym udał się prosto do gabinetu i zamknął za sobą drzwi na klucz. W pokoju, którego ściany i sufit były obite boazerią, panowała wysoka temperatura. Bardzo wysoka.

Stojąc przy zajmującym całą ścianę oknie, za którym rozpościerał się wspaniale utrzymany, malowniczy ogród, starzec rozpiął dwa górne guziki koszuli. Był właścicielem kilku nieruchomości w Asunción oraz trzech farm w głębi kraju, ale najbardziej upodobał sobie właśnie tę posiadłość.

Po chwili usiadł za biurkiem z drewna czereśniowego, wyłożył zawartość koperty na lśniący blat i zaczął uważnie przeglądać dokumenty.

Na wierzchu leżał paszport. Nicolas Tsarkin. Znakomicie. Tyle że on wcale się tak nie nazywał. Jego prawdziwe imię i nazwisko... Boże, prawie zapomniał, jak brzmią naprawdę. Powiedział je teraz na głos i aż się uśmiechnął, bo wydały mu się zupełnie nierealne. Tyle lat kłamstw,

tyle lat fałszu... Odłożył paszport na bok. Kiedyś poszukiwano go listami gończymi co najmniej w dziesięciu krajach. Kiedyś, jeszcze pod tym dziwnie brzmiącym, obcym nazwiskiem, dopuścił się straszliwych czynów, zadając ludziom śmierć i cierpienie, ale kiedy przyszło co do czego, okazało się, że sam nie potrafi znieść bólu...

Nie pora na filozoficzne rozważania, skarcił się w myślach. Zrób, co masz zrobić.

Mozolnie przekopywał się przez stare, zniszczone dokumenty, świadczące o jego przeszłości. Czytał je wszystkie od początku do końca i zagrzebane głęboko obrazy stopniowo stawały się coraz wyraźniejsze, niczym senne koszmary odtwarzane na podstawie strzępów

wspomnień. Przerażenie malujące się na twarzach ofiar, krew, okrucieństwo... Mimo to nie czuł skruchy. Zrobiłby to wszystko jeszcze raz. Z całą pewnością.

Wreszcie odłożył ostatni dokument, z szuflady biurka wyjął kilka czystych kartek oraz białą kopertę i zabrał się do pisania. Kwadrans później postawił ostatnią kropkę, włożył kartki do koperty, zakleił ją i wsunął do kieszeni, po czym zgarnął z biurka dokumenty przechowywane przez wiele lat w skrytce bankowej, zaniósł je do kominka i ułożył na palenisku. Podpalił stos papierów zapałką z pudełka, które zawsze leżało na okapie kominka, następnie podszedł

do obrazu, za którym był ukryty ścienny sejf, odsunął płótno na bok i otworzył stalowe drzwiczki. Z sejfu wyjął kolejną porcję dokumentów, które dołożył do płonących w kominku. Przyglądał się, jak ogień pożera papier, a kiedy został tylko popiół, rozgarnął go pogrzebaczem, aby

upewnić się, że nie ocalał ani skrawek papieru.

Potem wyszedł z domu, wsiadł do samochodu, pojechał na pocztę i wysłał list ekspresem. Wróciwszy do rezydencji, wprowadził mercedesa do garażu i znowu skierował się do gabinetu.

Zrób to. Zrób to natychmiast - powtarzał mu jakiś natarczywy głos.

Nie chciał myśleć o bólu, nie chciał myśleć o niczym. Z górnej szuflady biurka wyjął colta kalibru .45 o długiej lufie, upewnił się, że w bębenku są pociski, włożył lufę do ust, a kiedy poczuł jej dotyk na podniebieniu, nacisnął spust.

Nawet nie usłyszał wystrzału. Pocisk wyleciał z tyłu głowy, rozrywając czaszkę na kawałki. Martwe ciało runęło na podłogę, a bryzgi krwi, fragmenty kości i strzępy mózgu zachlapały kosztowny dywan i elegancką ciemną boazerię. Wszystko trwało niespełna sekundę.

Takiej właśnie śmierci pragnął Nicolas Tsarkin - szybkiej, łatwej i bezbolesnej.

Brandenburg

Autor: Glenn Meade
Wydawnictwo: Rzeczpospolita - Przedsiębiorstwo Wydawnicze
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 5/2007
Tytuł oryginalny: Brandenburg
Rok wydania oryginału: 1994
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-60192-27-6
Cena z okładki: 44 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus