"Przezroczysta fabryka dusz" - recenzja książki

Autor: Dawid "Fenrir" Wiktorski
Korekta: Patrycja Ziemińska
21 maja 2013

Anglia z epoki wiktoriańskiej jest najbardziej oczywistą scenerią dla autorów tworzących steampunk – w końcu to tam wynaleziono silnik parowy, a to najbardziej podstawowy element tegoż podgatunku fantastyki. Czego więc można spodziewać się po Przezroczystej fabryce dusz? Na pewno okładki żywcem wziętej z horroru i nie mówiącej absolutnie nic na temat treści, ale nie o to w tym wszystkim chodzi. Amerykańscy autorzy lubują się w historiach opartych na schemacie złych wynalazków, mających złym wynalazcom pomóc w przejęciu władzy nad światem. Nie inaczej jest w przypadku drugiego tomu trylogii autorstwa Dahlquista.
 
Wydarzenia w Przezroczystej fabryce dusz rozgrywają się tuż po finale Szklanych ksiąg porywaczy dusz. Z mętnych relacji bohaterów możemy pokrótce przypomnieć sobie sceny z niedalekiej przeszłości – wraz z katastrofą sterowca, śmiercią kilku bohaterów i zniszczeniem zapasu niebieskiej glinki, substancji mającej ogromną rolę w przejmowaniu... ludzkiej świadomości. A cały spisek został zawiązany, jakżeby inaczej, przez "pozbawionych skrupułów alchemików i wpływowych biznesmenów" (amerykańska powieść sensacyjna w realiach wiktoriańskiej Anglii?). A powstrzymać próbuje ich panna Celeste Tempe, dziedziczka fortuny, płatny zabójca (!) Kardynał Chang i Abelard Svenson, lekarz okrętowy. Jeśli powyższy opis zaczął wionąć kiczem, to dalsza lektura utwierdzi was tylko w tym przekonaniu, że to naprawdę jest esencja kiczu. Bo inaczej nie można nazwać tak dziwnej mieszanki kilku podgatunków (science fiction, steampunk, gotycki horror i thriller – już tylko postawienie tych nazw w jednym rządku może budzić poważne obawy).
 
Jak nietrudno się domyślić, najbardziej niebezpieczni oponenci głównych bohaterów zdołali przetrwać katastrofę, i wyruszają śladem trójki obrońców ludzkości. I tu zaczyna się dość przydługawa historia – wydawałoby się, że w takim koktajlu gatunkowym ciężko tworzyć fabułę schematyczną i nudną. Pomijając czynnik jakości tego kolażu, powinien on wymuszać na autorze iście literackie akrobacje, by ten przystosował się do stworzonego przez siebie świata, nie zaś na odwrót. Sęk w tym, że Daghlquist wydaje się tworzyć obok siebie dwa wątki – jeden z nich skoncentrowany całkowicie na fabule, drugi zaś na ukazywaniu tła. Problem w tym, że żadną miarą nie można znaleźć punktów zaczepienia, które kazałyby sądzić, że to jakiś zabieg artystyczny.  Efektem jest tylko irytacja towarzysząca lekturze, wynikła  z przymusu własnoręcznego łączenia dwóch tekstów w jeden.  
 
Zapewne, największym problemem omawianego drugiego tomu trylogii jest to, że należy on do trylogii właśnie. Trend, będący przekleństwem, jest tutaj doskonale widoczny – po co zawrzeć całą opowieść w jednej większej objętościowo powieści, skoro rozpisać można to na aż trzy tomy? Szklane księgi porywaczy snów przy niewielkich modyfikacjach mogłyby być właśnie tą historią. Ba, trochę manipulacji przy finale tomu pierwszego i byłoby nieźle. Przezroczysta fabryka dusz natomiast od samego początku, kolokwialnie ujmując, daje czytelnikowi w zęby właśnie swoją ewidentną sztucznością i odwróceniem schematu deus ex machina – fatum zdaje się kończyć bezpowrotnie losy bohaterów w katastrofie sterowca, by zakończyć ten epizod w dziejach literatury fantastycznej. Ci zaś jak na złość ratują własne tyłki i dalej próbują odgryźć się wrogom, i czytelnikom przy okazji. 
 
Fantastyka to ten gatunek, który przyjmie najdziwniejsze połączenia gatunkowe – wszak im bardziej nierealny tekst, tym lepiej wpasowuje się w ramy nierzeczywistości. Gordon Dahlquist stworzył natomiast coś, co jest dziełem po prostu niestrawnym. Mimo szczerych chęci i życzliwości nie sposób nie zauważyć trudnego do pojęcia rozwarstwienia powieści na dwa osobne teksty. Oprócz tego dochodzi ewidentne naciąganie historii na szkielet trylogii, jakby w pewnym momencie autorowi zabrakło materiału, i wszelkimi sposobami chciał dopiąć obranego wcześniej celu. Wystarczy dodać do tego wszechobecną nudę, a otrzymamy właśnie Przezroczystą fabrykę dusz. Ponoć nie powinno tych oceniać się po okładce, jednak w tym konkretnym przypadku bardzo dobrze współgra ona jakościowo z treścią. A szkoda, bo pomysł był całkiem ciekawy.

Przezroczysta fabryka dusz

Autor: Gordon Dahlquist
Tłumaczenie: Zbigniew A. Królicki
Wydawnictwo: Albatros
Wydanie polskie: 2/2013
Tytuł oryginalny: THE DARK VOLUME
Liczba stron: 624
Format: 145 x 205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788376597102
Wydanie: I
Cena z okładki: 38,08 zł



blog comments powered by Disqus