Fantastyka kreatywna

Autor: Sir Alexander
8 października 2008

Nieżyjący już Gordon R. Dickson to jeden z tych pisarzy, którzy tworząc powieści science-fiction, starali się przeniknąć głębiej i dojść dalej niż ktokolwiek przed nimi. I, odwrotnie niż to jest obecnie w modzie, swoje dążenia realizowali nie tyle poprzez eksperymenty formalne, co raczej przez treść, którą moglibyśmy opisać mianem specyficznej.

Dickson, prócz licznych opowiadań, napisał dwa duże cykle powieściowe: „Smok i Jerzy” oraz „Childe”. Ta druga seria, zamknięta pierwotnie w pięciu tomach, doczekała się kontynuacji w postaci kolejnych pięciu części. Z punktu widzenia chronologii wydarzeń „Gildia orędowników” to piąty i ostatni tom drugiej połowy sagi poświęconej Dorsajom, Exoticom i paru innym dziwnym zjawiskom.

Jak to zwykle bywa z tak długimi, a przy tym zróżnicowanymi cyklami, niezwykle trudno jest przedstawić we właściwym świetle zawartość ostatniego tomu czytelnikowi, który nie zna wcześniejszego dorobku autora. Ja sam, do czego przyznaję się bez bicia, mam spore zaległości w dorsajskiej serii, aczkolwiek moje dotychczasowe doświadczenia z nią były raczej pozytywne. Szczególnie miło wspominam „Taktykę błędu”, którą uważam nie tylko za najlepszą część cyklu, ale i jedną z ciekawszych książek science-fiction. „Gildia orędowników” jest pozycją dość odległą od „Taktyki błędu”, pod względem zarówno wydarzeń powieściowych, jak i realnego czasu, który upłynął pomiędzy spłodzeniem obu tomów. A także stopnia komplikacji samej fabuły.

Bohaterem książki jest Hal Mayne, będący... swoim trzecim wcieleniem. Brzmi to kuriozalnie, ale wierzcie mi, to jeszcze nie jest najciekawsza z niespodzianek. Zresztą, nawiasem mówiąc, czytelnik znający tomy poprzednie, nie będzie niczym tutaj zdziwiony. Wracając jednak do meritum, Hal jest przywódcą wolnego świata, który w powieściowym czasie sprowadza się do Ziemi, zwanej Starą Ziemią, oraz orbitującej wokół niej Encyklopedii Ostatecznej. Oba ciała niebieskie (jedno bardziej niebieskie od drugiego) otoczone są fazową tarczą, za którą gromadzą się mroczne siły Innych. Tysiące statków gwiezdnych szykuje się do starcia na śmierć i życie, ale to nie ich uzbrojenie zdecyduje o losie konfliktu, a zatem i wszechświata. Hal, świadomy, że wojna jest efektem działania potężnych sił historycznych, wie, że musi sięgnąć swoją myślą znacznie dalej i poszukać rozwiązania bardziej unikalnego. Jest nim Kreatywny Wszechświat. Miejsce to, ulokowane poza przestrzenią i czasem, to rodzaj galaktycznej piaskownicy, w której nie obowiązują żadne prawa poza tymi, które tworzy umysł. W Kreatywnym Wszechświecie można wszystko, a więc i schronić się przed wojną. Jest tylko jedno "ale": trzeba wiedzieć, gdzie go szukać i jak do niego wejść...

„Gildia orędowników” to powieść równie kreatywna jak wszechświat w niej przedstawiony. Na tyle kreatywna, że łatwo się w niej pogubić. Sporo w tej książce jest filozofowania, właściwie snucie filozofii zapełnia jej karty w znacznie większym stopniu niż na przykład akcja. Tej ostatniej jest w gruncie rzeczy bardzo niewiele. Główny bohater nieustannie analizuje otaczający go wszechświat i szuka furtki do jego Kreatywnej wersji. Czy jest to ciekawe, to temat na osobną dyskusję. Moim zdaniem Gordon stracił wyczucie rytmu – powieść jest momentami pozbawiona jakiejkolwiek dynamiki i fabuła bardziej się snuje niż płynie. Samo filozofowanie nie jest złe i kojarzyć się może, w pewien odległy sposób, z kanonem polskiego sci-fi, ale jego wartość osłabia fakt totalnej bezużyteczności. Autor za pośrednictwem Hala rozważa rzeczy i problemy tak odległe oraz nierealne, że śmiem wątpić, by jakikolwiek współczesny Ziemianin miał z nimi głębszy kontakt. Pomijając tych spośród homo sapiens, którzy uwierzyli, że skacząc z okien, są w stanie wedrzeć się do matrixa...

Jak wspomniałem wyżej, książka jest ciężkawa, pozbawiona lekkości. Wbrew silnemu postanowieniu nie udało mi się jej przeczytać w ciągu kilku posiedzeń, męczyłem się z nią ponad tydzień, co jest swoistym antyrekordem. Prawdziwie istotny jest jednak fakt, że ani przez moment nie miałem ochoty wyrzucić „Gildii orędowników” przez okno. Przeciwnie, mimo „starań” autora, coś mnie do niej ciągnęło i dzielnie wytrwałem do ostatniej karty. Prawda jest taka, że „Gildia orędowników” potrafi wciągnąć i zaangażować, choć nie przychodzi mi do głowy żaden powód, dla którego tak się dzieje. Po prostu książka ma w sobie to coś.

„Gildia orędowników” to pozycja dla maniaków specyficznego science-fiction. Mało akcji, sporo rozmyślania i dywagowania o rzeczach nieistniejących – to nie jest przepis na literacki mainstream. Nie polecam tej książki osobom, które dopiero zaczynają nawiązywać kontakt z dorobkiem Gordona R. Dicksona. To nie jest Świat Dysku. Tu, aby się nie pogubić i wiedzieć, co jest grane, naprawdę należy czytać powieści z cyklu „Childe” po kolei i wraz z kolejnymi tomami dojrzewać do komplikującej się fabuły.

Saga Dorsajów #2 - Gildia orędowników

Autor: Gordon R. Dickson
Wydawnictwo: Solaris
Liczba stron: 490
Format: 125x195
Oprawa: miękka
ISBN: 838843134X
Materiały powiązane:




blog comments powered by Disqus