Fragment książki "Trans śmierci" (wyd. 2013)


 

Prolog

 

Bali, 1981


Minęła właśnie ósma wieczorem, kiedy Michael przejeżdżał na rowerze przez rynek.
Manewrował swym zabytkowym rudgem między kłębiącymi się tłumami turystów i kramiarzy oraz straganami oświetlonymi setkami lamp gazowych. Była pora monsunowa, gorąca i pochmurna. Na niebie nie było żadnej gwiazdy.
Ilekroć Michael zostawał zatrzymany przez wczesnych biesiadników skupionych wokół warong, kramiku z chińskimi miseczkami pełnymi smażonych klusek, wściekle uderzał w swój dzwonek. Czasami ludzie usuwali mu się z drogi, ale najczęściej musiał zeskakiwać z siodełka, które było dla niego o wiele za wysokie, i prowadzić rower przez tłum jak młody kowboj ciągnący upartego wołu. Czasami musiał nieść rower na lewym ramieniu, by obejść gromady kurczaków, bele z batikiem i koszyki z wężami.
Rzadko kto zwracał uwagę na delikatnego, szczupłego chłopca ze staromodnym rowerem. Czasami spojrzał na niego jakiś Amerykanin, który pamiętał metyskie dziedzictwo Wietnamu, ale prawie natychmiast odwracał wzrok, gdyż potargane włosy chłopaka były tak jasne, że aż prawie białe, ale jego ciemnobrązowe i lekko skośne oczy, zakrzywiony nos i jakaś miękkość wokół ust zdradzały, że płynęła w nim krew matki Balijki.
Teraz na drodze stanęły mu dwie kobiety spierające się o cenę świętojanek.
– Aduh! Terlalu mahal! Tidak, saya tidak mau membelinya!
Michael nadusił dzwonek i kobiety usunęły się z drogi, nadal się kłócąc. Mógł być tutejszym chłopcem, który przyjechał na wieczorny targ, by załatwić jakieś zakupy. Tylko ktoś wrażliwy na tajemniczość, jaką ewokowało za każdym razem w mieście Denspar zachodzące słońce, tylko ktoś, kto był w stanie rozpoznać dziecko, które ćwiczyło się w duchowych ćwiczeniach Yamy – tylko ktoś taki wiedziałby, że to jedzie Michael i dlaczego.
Jechał dalej ku ulicy zwanej Jalan Mahabharata. Wieczorny targ wypełniały dźwięki rock’n’rolla dobywające się z zawieszonych głośników, rock’n’rolla wymieszanego z dźwiękami cymbałów ceng- -ceng i uderzeniami bębnów kendang. Powietrze nasycone było zapachem chili, ryżu i skwierczącym tłuszczem babi guling, balijskich prosiaków z rusztu. Wszędzie trajkotali i kłócili się piskliwymi głosami ludzie, oferując żywność, owoce, buty i „starożytne pod gwarancją“ rzeźby.
Stary człowiek z dopalającym się cygarem między wargami i w dziwnie przechylonym turbanie próbował zagrodzić Michaelowi drogę.
– Behenti! Behenti!
Michael wyminął go, podpierając się dla równowagi jedną nogą i obcierając sobie łydkę o pedał. Mężczyzna krzyknął chrapliwie:
– Ty – puthi anak – biały dzieciaku! Widziałem cię już. Wiem, gdzie idziesz. Powinieneś się wystrzegać lejaków. Powinieneś zważać na tych, którzy ci dają rady. Ty puthi anak! Zważaj na tych, którzy cię prowadzą!
Michael jechał dalej, nie oglądając się, czy stary człowiek go śledzi.
Miał nadzieję, że nie. Tym niemniej nie był zdziwiony czy strapiony tym faktem. Już na samym początku został uprzedzony, że istnieją osoby wrażliwe na duchy i że wiele spośród nich może rozpoznać, kim on jest.
Zazwyczaj węszyli go starcy, którzy mieli nosa na subtelną obecność Dewi i Dewy, bóstwa męskiego i żeńskiego, duchów szepczących w ciemnościach nocy, które znikając, zostawiały łagodne zawirowania w porannej mgiełce. Niewielu młodych obchodził teraz świat duchowy; interesowali się bardziej Bruce’em Springsteenem, Prince’em czy ujeżdżaniem po Jalan gajamahda ryczących maszyn i pogwizdywaniem na amerykańskie dziewczyny.
Siła duchowa Denpasar nadal była czynna, szczególnie w starszych dzielnicach miasta, ale dla młodych starożytne bóstwa zostały przyćmione czerwonymi i żółtymi światłami neonów i krzykliwymi plakatami reklamującymi seksfilmy.
Michael nie był pewien, co starzec w turbanie usiłował mu powiedzieć, ale pamiętał słowa swego ojca: „Bądź cierpliwy, ponieważ zawsze istnieje wyjaśnienie wszystkiego. I cokolwiek się stanie, ty zawsze masz swą duszę i zawsze będziesz miał mnie”.
„Nigdy cię nie opuszczę – powiedział mu łagodnie ojciec na ganku ich domu we wsi Sangeh, podczas gdy deszcz monsunowy padał na okap, a mgła unosiła się nad błękitnozielonymi polami. – Bez względu na to, gdzie będę i co się ze mną stanie – nawet jeśli umrę – nigdy cię nie opuszczę.”
Tego dnia w Denpasar padało. Był listopad, drugi miesiąc pory monsunowej, a temperatura osiągnęła pięćdziesiąt pięć stopni. Miasto zostało jakby otulone gorącymi mokrymi ręcznikami. Twarz Michaela ociekała potem, a biała koszula z krótkimi rękawami przykleiła się do jego chudych pleców. Wokół bioder nosił szkarłatny saput, świątynną przepaskę, która niegdyś należała do jego ojca. Na nogach miał znoszone adidasy. Oprócz roweru, który podarował mu pan Henry w amerykańskim konsulacie, drugą spuścizną po zachodniej kulturze był zegarek na rękę firmy Casio z meczem futbolowym na tarczy.
Kiedy dotarł do Jalan Mahabharata, zsiadł z roweru. Przeprowadził go obok kramu z batikiem, gdzie siedziała dziewczyna, szyjąc w świetle gazowej lampy. Jej uroda była prawie nieziemska, chociaż włosy miała spięte do tyłu zwykłymi grzebieniami, a na sobie prostą sukienkę z białej bawełny. Uniosła oczy, kiedy Michael ją mijał. Być może rozpoznała go, ale nie odezwała się.
Dalej w głąb ulicy stragany i kramiki warong z nocnego rynku ustępowały szeregowi starych domów: holenderskie kolonialne frontony z ukrytymi drzwiami i okiennicami na oknach, ciemne wejścia z napisami w języku indonezyjskim, sklepy i gabinety dentystyczne.
Pies przybłęda szarpał zdechłego kurczaka. Dwóch młodych ludzi z wygolonymi z tyłu włosami siedziało okrakiem na swych Yamahach, paląc papierosy, pogwizdując i śpiewając wciąż to samo: „Hej- -hej, rock’n’roll”. Po drugiej stronie ulicy, przed opuszczoną pralnią, stała dziewczyna w cienkiej satynowej koszuli, czekając na kogoś lub na nikogo.
Powietrze tutaj było wypełnione zapachem taniej żywności, ścieków i dymu z kadzidła. Turyści unikali tej okolicy, ponieważ robiła przykre i groźne wrażenie. Ale Michael, spokojny, opanowany, nie obawiający się niczego, prowadził swój rower przez odpadki i spadłe liście czerwonego uroczynu.
W świecie ludzi nie ma się czego bać. Dopiero na krawędzi świata duchów zaczynał się prawdziwy lęk.
Doszedł do wrót starej zaniedbanej świątyni Pura Dałem, Świątyni Zmarłych. Stara budowla stała między holenderskim domem mieszkalnym a „rumah Maka rama”, restauracją rama. Jej wieże i łuki były udrapowane gęstą gmatwaniną pnączy. Panowała tu głębsza ciemność i cisza niż w pozostałej części ulicy. Wzdłuż ściany frontowej kamienne rzeźby diabłów i demonów gapiły się swymi odrażającymi twarzami o długich kłach. Bramy strzegły podobizny rangdy, Wdowiej Wiedźmy, i Barong Keketa, Władcy lasów. Ich groteskowe ciała były grubo pokryte mchem, a wokół kolan pięły się kwiaty.
Dziewczyna w cienkiej satynowej koszuli zawołała z drugiej strony ulicy:
– Jesteś samotny, młody Charlie?
– Tidak – odparł Michael, co znaczy „nie”.
– Mungkin nanti, Charlie? – zapytała dziewczyna tym samym pozbawionym wyrazu głosem. – Może później?
Michael pokręcił głową, aby dać znak, że ją usłyszał, ale bez wahania podszedł do skorodowanych, zielonych, miedzianych wrót Pura Dałem i nacisnął ciężką klamkę. Wprowadził swój rower do środka i potem zamknął wrota za sobą. Panowała tutaj głęboka cisza, z wyjątkiem odległego echa warkotu motocykli. Lampy oliwne migotały i kopciły, chociaż zewnętrzny dziedziniec, przez który wszedł Michael, pozostawał cienisty i dziwnie ciemny. Świątynia została splądrowana podczas przerażających dni puputan, wielkiej samobójczej walki przeciw Holendrom, i już dawno kilka krytych słomą pawilonów otaczających dziedziniec zawaliło się, pozostawiając tylko białe szkielety konstrukcji. Kamienną posadzkę porastał mech.
Michael zostawił swój rower zaraz za bramą wejściową i przeszedł dziedzińcem aż do mniejszej bramy pokrytej wzorami kwiatów i postaci bestii, strzeżonej przez bliźniacze małpie olbrzymy Hanuman. Była to paduraksa, brama do wewnętrznego dziedzińca, drzwi do samego Królestwa Śmierci.
Michael nie musiał otwierać wewnętrznych drzwi czy choćby pukać do nich. Arcykapłan zawsze uprzedzał jego przybycie i dzwonił trzy razy w świątynny dzwon: trzy płaskie, głuche, owalne brzmienia, które odbijały się w świątyni jak zanikający głos demona. Stado ptaków minah podrywało się w niebo ze zwisających gałęzi uroczynu, a potem szybko sadowiło z powrotem.
Otworzyła się brama, a za nią stał pedanda, arcykapłan, ciągle po pięciu latach zadziwający go swym niewielkim wzrostem i kruchością. Na głowie miał nakrycie z tkanej bawełny, nie większe od nakrycia zwykłego kapłana, i był owinięty w zwykłą białą szatę, jakby go przygotowano do kremacji. Michael często usiłował zgadnąć, ile on ma lat, ale trudno było to powiedzieć z całą pewnością. Mały człowieczek był chudy i pomarszczony, oczy miał nieprzeniknione jak kryształ górski i lichą białą brodę. Pod okryciem jego ciało zdawało się nie mieć w ogóle substancji, jak ciało kruchego, zmumifikowanego ptaka.
– Selamat malam, Michael – skinął pedanda, złożywszy lekko razem dłonie. – Dobry wieczór.
– Selamat malam, Pak – odparł Michael.
Pedanda odwrócił się bez ceremonii i poprowadził go na wewnętrzny dziedzińce. Stały tam cztery gliniane naczynia, każde w innym kącie, w których paliły się kadzidła. Kapłan zdawał się prawie płynąć przez dym, jakby jego stopy nie dotykały ziemi.
– Ada Sesuatu yang menjusahkan? – spytał pedanda, nie obracając się. Jego głos zdradzał ślad rozbawienia. Chciał wiedzieć, czy Michael odczuwa, że coś jest nie tak.
– Pewien starzec chciał mnie zatrzymać, kiedy jechałem ulicą Jalan Kartini. Powiedział dziwną rzecz.
– Aha – odparł pedanda. Uniósł jedną dłoń. Miał tak długie paznokcie, że zwijały się jak korkociągi.
Skrzywił głowę w dziwny sposób, pokazując Michaelowi, że się cieszy.
– Starzec wyczuł twoją gotowość – wyjaśnił pedanda.
– Czy rzeczywiście jestem gotowy? – spytał Michael.
– Masz jakieś wątpliwości?
Kadzidło falowało pomiędzy nimi, wypływając w ciężkie nocne powietrze.
– Tak, oczywiście, że mam wątpliwości. Czy ty nie miałeś wątpliwości, zanim zrobiłeś to po raz pierwszy?
– Oczywiście – odparł pedanda. Nauczył Michaela, by zawsze zadawał mu pytania. – Ale musiałem odrzucić swoje wątpliwości. Tak jak ty musisz odrzucić swoje. – Zamilkł na chwilę, po czym dodał: – Silakan duduk.
Michael usłuchał i poszedł na środek dziedzińca, gdzie leżały dwie jedwabne wystrzępione maty. Ostrożnie, aby nie pomarszczyć jedwabiu, usiadł ze skrzyżowanymi nogami, wyprostowany, z otwartymi dłońmi.
– Dziś wieczorem zrobisz pierwsze kroki do świata duchów – powiedział pedanda. Nie przyłączył się od razu do Michaela, jak to zazwyczaj robił, ale stał, patrząc na niego kamiennym wzrokiem. Jego dłonie nadal były lekko złączone, jakby trzymał między nimi motyla.
„Co mam teraz zrobić? Wypuścić motyla czy zdusić go na śmierć?”
Michael zadrżał, chociaż obiecywał sobie zawsze, że kiedy pedanda ogłosi, że ten wieczór w końcu nadszedł, przyjmie to bez lęku i bez żadnych sentymentalnych uczuć. Miał jednakże pełne prawo bać się, ponieważ kulminacja jego nauki u arcykapłana oznaczała, że będzie mógł spotkać i rozmawiać z każdym zmarłym, jakiego wybierze, tak wyraźnie jakby ten nadal żył.
Miał także pełne prawo do sentymentów, ponieważ kiedy już ujrzy zmarłego – to znaczy będzie zdolny wejść w trans, który jest konieczny do takiej trudnej eksploracji – sam stanie się kapłanem i potem nigdy już nie ujrzy swego nauczyciela. Pedanda nauczył go już wszystkiego, co sam umiał. Teraz kolej na Michaela w tropieniu zła i przejściu między duchami balijskich przodków.
Pedanda nigdy nie okazał mu żadnych ojcowskich uczuć, mimo wszystko Michael nazywał go Pak. Przeciwnie, bardzo często był karcony, temperowany i otrzymywał kary za najlżejsze przewinienia. Kiedy zmarł ojciec Michaela, pedanda mu nie współczuł.
– Zmarł? Ma szczęście. Poza tym, kiedy będziesz gotów, spotkasz go znowu.
Mimo to powstało między nimi mocne, nie wypowiedziane porozumienie, które w pewien sposób miało większe znaczenie dla Michaela niż uczucie. Częściowo opierało się na wzajemnym szacunku, a częściowo na mistycznej wrażliwości, którą dzielili, zdolności, która im obu umożliwiała wchodzenie do sennych światów bóstw.
Doświadczali rzeczywistości bogów z pierwszej ręki dzięki transowi, znanemu w swej mniej rozwiniętej formie jako sanghyang, w którym człowiek może chodzić po ogniu lub nakłuwać się ostrymi nożami i nie mieć ran.
– Nic nie mówisz – powiedział pedanda. – Czy się boisz?
– Tidak – odparł Michael. – Nie.
Pedanda nadal patrzył na niego wzrokiem pozbawionym wyrazu.
– Mówiłem ci, czego masz się spodziewać. Wchodząc do świata zmarłych, wchodzisz także do świata demonów. Spotkasz lejaki, nocne wampiry, które są akolitami rangdy. Ujrzysz Buta i Kala, które wdychają chorobę w usta niemowląt.

Trans śmierci (wyd. 2013)

Autor: Graham Masterton
Wydawnictwo: Replika
Miejsce wydania: Zakrzewo
Wydanie polskie: 4/2013
Tytuł oryginalny: Death Trance
Wydawca oryginalny: Tor Books
Rok wydania oryginału: 1986
Liczba stron: 400
Format: 145x205 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788376742403
Wydanie: II
Cena z okładki: 34,90 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus