Recenzja książki "Spadek"

Autor: Jimmy
28 października 2007

„Spadek” reklamuje się jako powieść sensacyjna i w takiej serii SuperNowa ją wydała, ale jest to kwalifikacja tylko częściowo właściwa. Grzegorz Mathea napisał książkę prezentującą się raczej jako ostra satyra obyczajowa, w której intryga sensacyjna jest jedynie katalizatorem i pretekstem, pozwalającym soczyście i cynicznie opisać współczesną Polskę.

Fabuła powieści jest tyleż prosta, co pomysłowa. Weteran powstania listopadowego, niejaki major Ludwik Dębicki, jak wielu innych Polaków, wyjeżdża do młodych Stanów Zjednoczonych i tam robi to, co potrafi najlepiej, czyli bije się o wolność. Jako że w USA walka o szczytne ideały jest mile widziana, to i nagrody za nią są bardzo motywujące: weteranom lub spadkobiercom poległych przyznaje się spore działki ziemi. Ówcześnie może nagroda godna, ale przecież nie oszałamiająca, za to w XXI wieku...

W czasach współczesnych na działce weterana potężna firma naftowa pompuje ogromne złoża ropy, a ziemia wyceniana jest na, bagatela, 40mld dolarów! Kwota zdecydowanie wystarczająca zarówno dla osób prywatnych, jak i rządów, by warto było za nią zabijać. I rzeczywiście, gdy odnajduje się potomek powstańca, który zgłasza sprawę do polskiego MSZ i MON, szybko odchodzi z tego świata w okolicznościach cokolwiek podejrzanych. Wydział do spraw nadzwyczajnych w Sztabie Generalnym Wojska Polskiego, któremu przypadło w udziale rozpatrywanie słabo udokumentowanych wniosków spadkowych po żołnierzach, przyzwyczajony do różnej maści wariatów, fałszywych spadkobierców i innych dziwactw, szybko przechodzi nad sprawą do porządku dziennego. Jedynie nowy, młody pracownik, niejaki Tomasz, czuje, że może być coś na rzeczy, i drąży sprawę.

Jak już wspomniałem wcześniej, fabuła jest bardzo prosta, ale jednocześnie nowatorska. Doskonale Mathea oddał ducha naszego czasu – tu nie ma zabawy w żadne ideologie, walki ze „złymi” państwami, ba, nawet nie ma słowa o supertajnych, groźnych broniach, zakamuflowanych spec-jednostkach czy szalonych naukowcach. Jest tylko bardzo, bardzo duża kasa, a głównym oponentem bohaterów jest nawet nie obcy rząd, a potężna międzynarodowa korporacja. Prostota i realizm, a jednocześnie wystarczający powód do odczuwania emocji stanowią nowe spojrzenie na fabuły szpiegowsko-sensacyjne. To, co w kinie odnosi sukcesy (np. Syriana, trylogia Bourne'a), w książce wciąż jest chyba pewnym novum, a z pewnością polem nie wykorzystanym komercyjnie. Taki temat aż się prosi o wartki thriller, nie tyle nawet skupiający się na strzelających do siebie szpiegach, co opisujący zakulisowe rozgrywki polityczno-biznesowe, kształtujące dzisiejszy świat. Niestety, nie tym razem, bowiem dla Mathei fabuła jest tylko płaszczykiem okrywającym jego cięty język, niepokorne myśli i złośliwą satyrę.

„Spadek” jest obrazem współczesnej Rzeczypospolitej, głównie jej skostniałych post-peerelowskich służb mundurowych, ale też przeróżnych typów ludzkich z całego społeczeństwa. Nasz kraj u Mathei przedstawia się jak obraz nędzy i rozpaczy pod względem intelektualno-moralnym: pułkownicy (NATOwskiego bądź co bądź) wojska ledwo dukają po angielsku; komendant policji w małym miasteczku to ćwierć-inteligent, nie umiejący poprawnie pisać; biorąca ślub koleżanka z pracy jest typową blondynką, której tylko problemy z suknią w głowie; pani bibliotekarka całymi dniami ogląda seriale w tv; brzydka studentka jest niepopularna, bo nie dość, że nieurodziwa, to jeszcze wredna i egocentryczna; ksiądz nie stroni od flaszki i rozbija się „wypasionymi furami”; na uczelni młody doktor myśli tylko o tym, jak wygryźć starego profesora, a urzędnicze wygi wyznają zasadę rodem z PRLu: „każdego interesanta, bez względu na wagę sprawy, należy odesłać do innego pokoju”. I tak dalej, i tak dalej. Brud, zgnilizna, głupota, małość. Jeszcze gorzej jest w wojsku i MONie: albo ktoś jest niekompetentnym idiotą, albo postkomunistycznym cwaniakiem z układami, a najczęściej jedno i drugie. Jeśli są jakieś pozytywne postacie, to też niedoskonałe, najczęściej grzeszą tchórzostwem, marazmem i nieumiejętnością zmieniania tej niewydolnej i skostniałej struktury oraz, oczywiście, są gnojone i wyprzedzane w awansach przez karierowiczów „z plecami”. Nie taką Rzeczpospolitą chciałby przekazać swoim potomkom major Dębicki, oj nie taką…

Rzucające się od razu w oczy cechy pisarstwa Mathei to cięty język, niewybredny humor i wierne odwzorowywanie obserwowanej rzeczywistości. Niestety, równie często jak zaletami, te same własności są wadami powieści. Przede wszystkim uderza przerysowanie przedstawionego świata. Satyra i wytykanie głupoty czy niekompetencji miałyby dużo większą siłę, gdyby, dla kontrastu i uwiarygodnienia, przedstawiono jakieś pozytywne przykłady (które, jeśli tak chce autor, mogłyby być nawet w przytłaczającej mniejszości, ale przecież w rzeczywistości są, żaden Sztab Generalny nie utrzymałby się na takich indywiduach, jakie rysuje autor). Humor, choć często dobrej próby, w pewnym momencie zaczyna nużyć, czy to swoją przesadną złośliwością, czy po prostu powtarzalnością. Mimo iż powieść ma narrację w trzeciej osobie, Mathea pomieszał narratora z bohaterem i to, co uchodziłoby jako obserwacje i komentarze bezczelnego, młodego urzędnika-karierowicza, trochę dziwi jako opis akcji prowadzony przez bezstronnego z definicji narratora. Razem z licznymi, dłużącymi się dygresjami (np.: opis ślubu ze starymi ciotkami komentującymi suknię i wujami śliniącymi się na widok panny młodej czy też, równie nieistotny dla fabuły, kilkustronicowy opis podrywu na dyskotece, wraz z prezentacją poszczególnych technik, narratorem używającym słowa „niunie” itp. itd.) jest to wystarczający dowód na to, że autora zamierzaniem jest po prostu wylanie swoich frustracji i podzielenia się odbieraniem świata, a sensacyjna fabuła jest jedynie pretekstem.

Nie znaczy to jednak, że „Spadek” jest wydawniczym oszustwem i lekturą niewartą uwagi. Owszem, jest to książka niespójna (prolog zupełnie poważny, nijak nieprzystający do późniejszej satyry, również fragmenty stricte sensacyjne są w raczej poważnej konwencji), owszem, częstokroć widać, że, jakby na siłę, przypomina sobie autor o „podciągnięciu” głównego wątku sensacyjnego, gdy za daleko zapędzi się w opisy z serii „Polska oczami Mathei”, a sama kreacja tegoż wątku jest lotów co najwyżej średnich. Przestaje to jednak być istotne, gdy czyta się o współczesnej Polsce, o jej problemach i zakłamaniach, może w rzeczywistości nie aż tak powszechnych, nie tak przesadnych i nie dotykających nikogo z nas osobiście, ale nadal przykrych i bolesnych. Nawet jeśli wizja Rzeczpospolitej skrajnie niekompetentnej, leniwej i głupiej, jest zbyt czarna i niesprawiedliwa, a cynizm autora i antypatyczny bohater z czasem stają się nużący, to trzeba przyznać, że Mathea umiejętnie porusza problemy ważne i nośne. I nawet drobne niezręczności warsztatowe nie przeszkadzają szybko i miło przebrnąć przez lekturę – to jest największa zaleta książki: choć trochę przegadana, choć będąca raczej wyrazem frustracji niż powieścią sensacyjną, wciąż czyta się przyjemnie i z zainteresowaniem.

Czy warto? Jako historię sensacyjną na pewno nie. Jako „obyczajówka” komentująca dzisiejszą Rzeczpospolitą, może jest zbyt ostra i przesadna... ale może rak toczący Polskę wżarł się już tak głęboko, że potrzeba radykalnego potrząśnięcia czytelnikiem? To już każdy sam oceni według swoich poglądów i spojrzenia na świat, ale myślę, że, o ile można się z głosem Mathei nie zgadzać (a może nawet odbierać to jako „destruktywną propagandę”, niedostrzegającą w postpeerelowskiej rzeczywistości żadnych pozytywów), to warto go posłuchać. Tak czy siak, czas spędzony przy „Spadku” na pewno nie będzie stracony.

Spadek

Autor: Grzegorz Mathea
Wydawnictwo: SuperNOWA
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 1/2007
Liczba stron: 318
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-7054-190-9
Wydanie: I
Cena z okładki: 25,40 zł


blog comments powered by Disqus