Fragment książki "Magia przeciw prawu"


Krąg Pierwszy

ŚNIEGI KĘS-PRECLA

 - Magia?! Nienawidzę!!!

Opera "Cymeryjczyk zachwycony"
Aria Conana Akwilońskiego

DOBÓR KART

Pan podpułkownik raczyli rozmyślać.

Durna mucha, która ostatecznie ogłupiała pod wpływem wczesnej jesieni, zachowywała się jak podchmielony włóczęga, co opił się darmowej siwuchy - podlatywała to tu, to tam, przysiadała na papierach, zacierała łapki, dokuczliwie brzęczała, i łaziła tam i siam, usiłując nasycić się ostatnimi przyjemnościami muszego życia, którego zresztą już niewiele jej zostało. Pan podpułkownik zmarszczyli brew, nie patrząc nawet, machnęli łapą w powietrzu i podnieśli do ucha mocno zaciśniętą pięść. Wewnątrz pięści brzęczała i zanosiła się rozpaczliwym szlochem natrętna musza mizerota - której zresztą i tak pora już była zdychać, co za różnica, minutę wcześniej czy później? Grube, porośnięte ostrymi, rudymi kłaczkami paluchy rozwarły się, darując musze wolność, a potem znów - machnięcie, więzienny kułak, przytłumione brzęczenie i błaganie o litość.

Ręka wykonała ostry zamach. Ciałko muchy rąbnęło o parkiet kancelarii i zaraz potem opuściła się na nie podeszwa buta.

Wszystko.

Koniec.

Pan podpułkownik leniwie szarpnęli swoje bokobrody i ponownie zajęli się działalnością umysłową.

- W-wasza czujność! - zza drzwi wysunęła się paskudna, śmierdząca kapustą i nikotyną morda, nakryta zsuniętą na tył furażerką. - W-wasza czujność! Pozwólcie zameldować; osobisty kurier jego naczelnikowskiej mości, pana oberpolicmajstra, z przesyłką do was! Każecie wpuścić?

- Niech poczeka.

- W-wasza... przecież to...

- Paszoł won! - pan podpułkownik nawet nie podnieśli głosu, ale morda natychmiast się cofnęła, wydawszy ciche piśnięcie. I znikła, jakby się w ogóle nie pokazywała. Porzuciwszy stolicę dla dobra służby, pan podpułkownik nie cierpieli prowincjonalnych kancelaryjnych "zupaków", którym często rzucali w twarz to obraźliwe miano - obrzydliwie obleśnych, ustawicznie podchmielonych, z ich brudnymi mankietami i gramatycznymi błędami w anonimowych donosach. "Aśmielam się donieść do waszy wiadomości..." - i z czerwonego nochala spada kropla na pokryty gryzmołami list. Wszystko, co w świecie dobre i wielkie zbudowano na podłości, na fundamencie pospolitości i tępoty, ale tylko dureń będzie się cieszył schodząc z postumentu na zrytą przez robactwo ziemię.

Taaak, tylko dureń.

Pan podpułkownik rozpięli dwa górne guziczki podbitego szkarłatnym suknem kołnierzyka, pokręcili głową jak kitajski posążek (mówią, że u tych Azjatów-chytrusów napisano: kto schwyta muchę w locie, człowiekiem jest doskonałym! Bzdury oczywiście, głupstwa i tyle!) - i ponownie pogrążyli się w rozmyślaniach.

Na stole leżały dwie grube kartonowe teczki. Jedna była otwarta na drugiej stronie i gdyby ktoś cichutko, nie oddychając, stanął za plecami pana podpułkownika, gdyby poprawił koniuszkiem palca pince-nez na nosie albo po prostu przyjrzałby się uważniej, mógłby przeczytać:

"...onże Dufunia Druc-Wiśniewski, onże Franciszek Śliwiańczyk, wędrowny cyrulik, onże Jefrem Perłowy, kowal z Wilna, onże Golony. Urodzony w pięćdziesiątym szóstym, wyznania nie określono - Rom z silwańskich taborów. Mag-recydywista, kryminalna specjalizacja i barwa - koniokrad, Walet Winny. Ma na koncie trzy wyroki, ostatni odsiaduje w katorżniczym obozie Anamael-Bugriaki; jego udziału w zabójstwie kupca drugiej gildii [i] Trifuszkina Nikodema Anisimowa [ii] dowieść się nie udało; pozostawiono go pod nadzorem... zachowanie spokojne, pracuje jako roznosiciel jadła w kuchni, nie stwierdzono, żeby kradł żywność... po odbyciu kary proponuje się..."

Przed śmiercią, przed odlotem w niebyt, mucha akurat łaziła między wierszami: "...Rom z silwańskich..." i "...ostatni odsiaduje w katorżniczym..."

Pan podpułkownik przygryźli dolną wargę, od czego wąsy ich czujności najeżyły się niczym akuratnie przystrzyżona szczoteczka, a potem odchylili się ku oparciu krzesła i skierowali wzrok w sufit.

Oczy pana podpułkownika miały osobliwą, brudnozieloną błotnistą barwę i świadomi rzeczy ludzie utrzymywali, że w ich nieruchomym spojrzeniu tonie się równie paskudnie i nieprzyjemnie, co w gęstym grzęzawisku. Świadomi rzeczy mówili, ale cicho, nieświadomi milczeli, a kobiety, którym los pozwolił się zetknąć z panem podpułkownikiem na miłosnej niwie, w ogóle niczego nie mówiły o błotnistym wzroku, wspominając coś całkowicie innego. Tym bardziej, że oczy owe dość dziwnie wyglądały na oliwkowo smagłym obliczu pułkownika o orlim nosie - znacznie lepiej pasowałoby do tej twarzy mroczne, ciemne i wilgotne spojrzenie pięknisia z krajów, w których rosną cytryny i pomarańcze, a pięknotki długo zdejmują z siebie liczne spódnice, zanim oddadzą się ukochanemu.

Tak, dorodnym osobnikiem byli pan podpułkownik, nieprzyzwoicie urodziwym i można było się wściec na kurwią fortunę, która jednym daje wszystko, a drugim figę z makiem. Szerokie bary i dumna postawa oficera jakby pytały zaczepnie: "A w mordę, kanalio, nie chcesz?" Wzrost generalski, ale bez przesadnej długości członków - ach, padały damskie serduszka i buciki, i niczym jesienne liście pieszczone przez wiatr wirowały w szalonym mazurze... "Wspaniały kandydat na męża!" - szeptali półgębkiem przy wiście szanowni ojcowie rodzin, w których siały rutkę panny na wydaniu. - "Że ma swoje lata? Ależ co pan mówi, szanowny panie?! Co to za wiek?! Sam sok, mężczyzna długo kwitnie... ja tam w jego wieku... ech!"

Co ech, to ech.

Bywało... no, chyba że ludziska kłamią.

Porośnięte gęsto rudawymi kłaczkami palce odłożyły teczkę na bok i otworzyły drugą.

"...Rachel Altschuller, onaż zapolska mieszczka Smalcowa z Brynnych Raisa Siergiejewna, onaż baronowa von Raichben, onaż Raszka Kniahini. Urodzona w pięćdziesiątym dziewiątym, wyznanie - reformowana abrahamitka, ale w razie potrzeby bezceremonialnie wykorzystuje religijne trucizny innych wyznań i wierzeń. Pochodzi z miasteczka Gołowlino w powiecie anabarskim. Wiedźma recydywistka, kryminalna specjalizacja i barwa - złodziejka aferzystka, Dama Dzwonkowa; władze Prus i księstwa Mannheim rozesłały za nią międzynarodowe listy gończe. Teraz odsiaduje... zachowanie spokojne, wybrana na starostę baraku, nie zanotowano żadnych naruszeń obozowego regulaminu z jej strony... po odbyciu kary zaleca się..."

Pan podpułkownik wstali. Poprawili srebrzysty pas z ciężkimi kutasami, który opinał błękitny, bezbłędnie skrojony przez doświadczonego mistrza krawieckiego mundur jego czujności; guziki, wszyte w dwa rzędy po sześć w jednym (także srebrne); błysnęły dziarskim ogniem, rzucając odblaski na jaskrawe wypustki na mankietach i po brzegach kurtki. Na każdym z guzików wytłoczono rękę, muskularne łapsko dzierżące miecz i dwie splecione ze sobą runy pod rękojeścią... Nie, to nie gra świateł, na epoletach te same runy, miecz i ramię.

"Barbarzyńca". Wydzielony korpus J.I.W. [iii] przy Trzecim Wydziale.Piękno i chluba.

A także wrodzona niewrażliwość na wpływ eteru, o czym niezmiennie wspominano w jego osobistych cyrkularzach jeszcze przy przyjęciu na uczelnię.

Odczekawszy jeszcze chwilę pan podpułkownik wzięli pióro, nie patrząc wetknęli je w kałamarz - i grubymi literami, pochyłym pismem, które wedle grafologów znamionowało silny, nieposkromiony charakter, napisali na wniosku, leżącym tuż obok na brzegu stołu:

"Komendant karnego obozu Anamael-Bugriaki. Po odbyciu kary przenieść wymienioną osobę na zesłanie, pod jawny nadzór. Miejsce zesłania: powiat mordwiński, wieś Kęs-Precel"

Powtórzył tę procedurę jeszcze raz.

I podpisał:

"Kniaź Szałwa Gandieri, podpułkownik wydzielonego korpusu "Barbarzyńca" przy Trzecim Wydziale J. I.W."

I. DWOJE   albo   TROMFY CZY BLOTKI

Odstąpcie ode mnie wszyscy czyniący nieprawość; gdyż Pan usłyszał głos płaczu mojego.

 

Księga Psalmów, Psalm 6
Ten i wszystkie dalsze cytaty z Biblii wzięto z przekładu dokonanego przez zespół tłumaczy powołanych przez Brytyjskie i Zagraniczne Towarzystwo Biblijne w Warszawie  w 1975 roku.
[Biblia Polska 064, Warszawa 1985]

Zesłańcy szli od Psiego Trzęsawiska 

Dwoje.

Wygrażały im sosny, chwiejnie kołysząc rudawymi sęczynami, ze świerkowego zagajnika z natarczywością wiejskich plotkarek skrzeczały za nimi sójki, tęgie, przyciemnione, z różowymi plamkami rzadkich piór po bokach; szreń dźwięcznie pękała pod nogami idących, a dmący tuż nad ziemią wiatr zajadle zamiatał koleiny, ścieląc się jakby ogonem niewidzialnej siwej lisicy.

A zesłańcy szli, nie oglądając się za siebie.

Dwoje.

Mężczyzna i kobieta.

Dłonie głęboko wciśnięte w kieszenie przydziałowych, śmierdzących pleśnią siermiężnych kapot. Karki utonęły w runie podniesionych kołnierzy baranic, poprzegryzane przez mole czapki ponasuwane na same brwi; ramiona podniesione i skulone - tak właśnie, nastroszywszy się jak wrona, łatwiej zachować nikłe iskierki ciepła. Twarzy w ogóle nie widać spod kosmyków baraniego runa osłaniającego je z góry i z dołu - nie twarze to, a przerażające mordy z owczym kołtunem zamiast czupryny i brody. Natkniesz się gdzieś na taką gębę, uciekaj albo zdejmuj strzelbę z ramienia - i miej nadzieję, że cię nogi wyniosą z biedy!

Co prawda, miejscowy ludek do strachliwych nie należał. Nikt zresztą nawet by nie zadawał pytań: dlaczego zesłańcy lezą bez eskorty żandarmów i bez nadzoru? Bez kajdan, zrozumiałe, to nie więźniowie, a po tutejszych górkach, stokach i rozpadlinach z wolnymi nawet nogami nie pochodzisz, jeżeli nie przywykłeś do tego od dziecka! Łaźcie sobie, gdzie chcecie, kochani! Oto i sosny się wam odgrażają, i sójki nie wiedzieć czemu obgadują i wietrzyk dogryza - po co jeszcze konwój? Do uciekinierów wszyscy już tu od dawna przywykli: i mieszkańcy okolicznych wsi, i hultaje flisacy i żołnierze w mundurach zużytych tak, że ich samych nierzadko brano za zbiegów z katorgi.

Daleko to ujdziesz po śniegu i w mrozie? Co, poskaczesz sobie po bagnach i trzęsawiskach, od kępy do kępy? Ukryjesz się chwacko w niedźwiedzim barłogu z kosmatym gospodarzem?

Bieeegnij... uciekaj, głuptasie... uszarpiesz się tylko i wróóócisz...

Zesłańcy szli, nie żywiąc urazy do wiatru za drwiące pogwizdy, od Psiego Trzęsawiska do wsi o zabawnej nazwie Kęs-Precel.

Dwoje.

Prarodzice ludzkiego rodu, wygnani z raju katorżników przez anioła z ognistym mieczem, za którymi w ślad trzykroć rzucono przekleństwo z powodu Dobra i Zła; a przecież ugryźć udało się tylko odrobinkę, maleńki kąsek... cóż, innym i tyle się nie dostało, dlatego się wściekają!

- Akulka! - doleciało jękliwe wołanie ze skraju wsi, skąd umorusane dzieciaki kęsprecelczan, podobne w swoich tołubach nie do dzieci, a do leszych [iv] niedorostków, zdążyły już dostrzec idących ludzi. - Akulka, słuchaj głupia! U Fiedoniuchy zesłaną osadzili! Chodźmy popatrzeć! 

- Babę do Sochaczewów! Babę do Sochaczewów, a warnaka do Akulczynej matki! Jazda! - zaterkotało w odpowiedzi i jeszcze ktoś, widać całkiem mały, rozdarł się zupełnie niepotrzebnie, ale głośno.

Cała wieś już trzy dni temu, po przyjeździe urzędnika, dowiedziała się, że wdowie Sochaczysze z chrześniakiem i rodzinie Fiłata Łukawki, gdzie jeden mniejszy od drugiego, a żrą jak opętani, dodano szczęście na wolne miejsce. Co prawda, w rzeczy samej to szczęście. Codziennie dodatkowo trzy funty pieczonego chleba, czterdzieści złotników [v] mięsnej rąbanki, piętnaście złotników krup i różnych dodatkowych produktów na jedną kopiejkę; a w postne dni zamiast mięsa cały funt ryby będzie wydany. Raz na rok po armiaku z półszubką oraz obuwia cztery pary łapci i dwie pary walonek. I dodatkowe wyposażenie, za wsparcie opiekuńczego państwa.

Prawdziwe szczęście.

A zesłaniec - nie pożar, nie sparzysz się od dotknięcia.

Niech sobie żyje, dopóki może.

Wyszedłszy na drogę wiodącą od wsi do młyna i dlatego rozjeżdżoną w zimie saniami, a latem przez telegi, zesłańcy ruszyli szybszym krokiem - żeby odetchnąć i trochę ogrzać zziębnięte ciała. Mężczyzna szarpnął ramieniem, zsunął węzełek niżej i przycisnął go łokciem. Zerknął z ukosa na towarzyszkę, i wolną dłonią, nie wiedzieć po co, niezgrabnie przygładził wąsy, które obrosły w lepkie sopelki.

Popękane od mrozu i gorączki wargi wyszeptały:

- Daj torbę... poniosę...

Kobieta nie odpowiedziała.

- No dobra, Kniahini...

Bari rany [vi]! Dawaj, nie wygłupiaj się.

- Przestań, Druc.

Słowa były suche i twarde. Niekiedy zachrzęści coś tak nocą w lesie i wynajęty drwal, który zaspał w prymitywnie zbitym baraczku, poderwie się obok ciepłej kamionki, westchnie obudzony, a potem długo się wsłuchuje w zły mrok: coś tam się czai, bracia? Długo przyjdzie czekać? Z której strony nadejdzie?! W głosie kobiety kryła się zachrypnięta władczość, niczym gadzina pod warstwą zetlałych liści.

Mężczyzna nazwany Drucem czuł to, dlatego od tej chwili szedł ku skrajnym chatom, nie narzucając się już z nieproszoną pomocą.

Po prostu szedł.

I podśpiewywał bezdźwięcznie, w sopelki wąsów: 

                   - Oj, talia nowa, 
                   A maść dzwonkowa,
                   Dola kijowa,
                   I kiepski fart! 

A wiatr pogwizdywał mu w ślad i szeleścił wtórem starej, niezawodnej zaklinanki:

Od zachodu po wschód słodki,         
Tromfy i blotki,        
Tromfy i blotki,
Wytartych kart!

* * *

Od urzędowej izby zesłańcy rozeszli się każde w swoją stronę, odprowadzane wrzaskiem dzieciarni, która także podzieliła się na dwa stadka.

- Hej, Akulko-bidulko! Chodź z nami na warnaka popatrzeć! - ryczał na całe gardło znany krzykacz, i nie doczekawszy się odpowiedzi od swarliwej Akulki, pobiegł za mężczyzną, którego zwano Druc. Za kobietą pobiegło tylko kilku maluchów.

Trzech, może czterech chłopaków i głupia Akulka, ruchliwa dziewczynina z drobnymi, przedwcześnie dojrzałymi rysami piegowatej twarzyczki.

A wiatr hulał dookoła, rozrabiał i kręcił wrzecionka zamieci.

Sz-sz-sz...

[i] W carskiej Rosji kupiectwo zorganizowane było w tzw. Gildiach - w zależności od majątku i rozmachu prowadzonych interesów

[ii] Patronimik osób pochodzenia nieszlacheckiego w urzędowych dokumentach pisano bez "icza"

[iii] Jego Imperatorskiej Wysokości. Dalej, włącznie ze zwykłą mową, będzie wykorzystywany skrót "J. I. W.", ponieważ w tym akurat okresie skróty zaczęły wchodzić w modę, zarówno w dokumentach, jak i w rozmowach prywatnych

[iv] Leszy - dziki, kosmaty stwór leśny z rosyjskiego folkloru 

[v] Złotnik - dawna miara wagi, równa 4.26 grama 

[vi] Bari rany - wielka pani (rom.)

Magia przeciw prawu

Autor: Henry Lion Oldi
Tłumaczenie: Andrzej W. Sawicki
Wydawnictwo: Solaris
Miejsce wydania: Olsztyn
Wydanie polskie: 10/2004
Liczba stron: 360
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-89951-05-3
Wydanie: I
Cena z okładki: 31,90 zł

Podyskutuj na forum!



blog comments powered by Disqus