"Zombie też lubią snickersy"


Nie mam nic przeciwko zombie.

Autor



     Umówiliśmy się na piątą. Nie przyszła. Nie wiem, czy ze strachu czy może coś pilnego jej wypadło. Czekałem godzinę, potem poszedłem do Bankowej. To spotkanie od początku nie miało sensu.

    * Co podać? - zapytała kelnerka.

     Spojrzałem na nią. Samoobsługowy bar, a zagaduje mnie kelnerka. Dziwne, pomyślałem.

    * Czekoladę.
    * Z okienkiem?
    * Co, proszę?
    * Pytałam: z okienkiem czy bez?

     Wpatrzyłem się w jej oczy. Piękne, niebieskie i do tego blond fryzura. Zaśmiałem się, udając, że zrozumiałem dowcip. Nie zrozumiałem.

    * Może lepiej bez.
    * Szkoda.
    * Dlaczego?
    * Mamy naprawdę dobre okienko.
    * To może jednak się skuszę.

     Rozejrzałem się po niby-restauracji i pseudo-pubie. Chyba tylko ja miałem wrażenie absurdu tego miejsca. Wyjrzałem przez okno. Po ulicach szli zombie. Darli się jak skretyniałe dzieci, a przecież byli wśród nich głównie dorośli. Dowartościowanie z braku dostatecznej troski rodzica w dzieciństwie - brzmiała moja okrutna diagnoza.

     Jeden z tych pajaców wszedł do Bankowej. Gdyby to ode mnie zależało, kopnąłbym go w dupę. Jak Boga kocham, wypierdoliłbym go z lokalu!

    * Wrr… Eeee…U-hu-hu… A-ha-ha… - rzekł do mnie, a może kogo innego. Patrzył jednak na mnie.
    * Chciałeś coś? - zapytałem najgrzeczniej, jak umiałem.
    * Przepraszam, czy to miejsce jest wolne? - odezwał się najnormalniejszym w świecie głosem.

     Umiał zaskakiwać.

    * Ale nie zamienisz mnie w zombie?
    * Uznał to za żart i od razu usiadł. Kretyn.
    * Proszę. - kelnerka podała tabliczkę czekolady. - A pan co sobie życzy?

     Zombieman spojrzał na moją czekoladę bez okienka.

    * A mogę to samo z okienkiem?

     Spojrzałem zdezorientowany. O co chodzi? Czym jest okienko?

    * Oczywiście. - kelnerka uśmiechnęła się.
    * …i jeszcze snickersa.
    * Robi się.

     Zostawiła nas samych.

    * Nie wiedziałem, że zombie mają taki pociąg do słodkiego.
    * Trzeba czymś równoważyć. Chłopie, nie samym mięsem człowiek żyje.
    * Czekoladą tym bardziej nie. Powiedz, co to ta czekolada z okienkiem?
    * Spójrz tutaj. - wskazał na wierzch. - Tu powinno być okienko, takie czerwone, a pod spodem warstwa z orzechami.
    * Aha… - wszystko stało się jasne. Czekolada z po prostu przezroczystą folią.

     Dalsza rozmowa nie miała dla mnie większego sensu. Chłopak był nie na poziomie, widocznie za dużo się nawpierdalał w dzieciństwie gumy Turbo.

    * No, co. Zombie też lubią snickersy. - powiedział, jakbym mu coś zarzucał. - Gdy jeden wchodzi po batona, w kolejce ustawiają się wszyscy okoliczni zombiacy. Dlaczego tak się dzieje? - spojrzał na mnie wyczekująco. Po chwili zaś kontynuował. - Pewien psycholog uzasadniał to tym, że jeden człowiek motywuje drugich, powstaje coś w stylu efektu tłumu. Niech pan sobie wyobrazi wypadek lub atak na przechodnia. Jeśli nikt się nie ruszy, nie zainicjuje działania, tłum pozostanie bierny. Musi najpierw ktoś zadziałać. Idąc po batona, zombie motywuje pobratymców, by też sobie kupili.
    * Jak w reklamie. - odezwałem się.
    * Drugi efekt to odruch tzw. psa ogrodnika, czyli sam nie weźmie, ale też nikomu nie da. To typowe u zombie, a zwłaszcza tych z daleka, przyjezdnych, często atakuje snobizm, humanofobia i światłowstręt.

     Myślałem, że zaraz go zastrzelę. Broni, dajcie broni! Jakiejkolwiek: białej, biologicznej, masowego rażenia.

     Kelnerka przyniosła czekoladę z okienkiem.

    * Zdradzić Ci pewien sekret? - powiedział.
    * No, dawaj. - odparłem znużony.
    * Wiesz, czym różni się czekolada z okienkiem od tej bez okienka?
    * Tu mnie masz. - podniosłem  dłoń ułożoną w pistolet. - Czyżby okienkiem?
    * Nie o to chodzi. Masz odwrócony spód. Gdy otwierasz normalną czekoladę, co widzisz? Spód! A gdy otwierasz czekoladę z okienkiem, masz na widoku kostki.
    * Rzeczywiście. - wziąłem do ręki jego tabliczkę. Skubaniec miał rację.
    * Okienko załatwi wszystkie twoje problemy. Efekt kolekcjonerski murowany. Niech pan wyobrazi sobie, że uwielbia czekoladę, wręcz ubóstwia, ale nie byle jaką, a taką z okienkiem. Jak z okienkiem na świat marzeń, zachwytów, nadziei. To jedyna rzecz mogąca być kartą przetargową przy mocnym charakterze. Czuje pan to?
    * A czy ty jesteś normalny, chłopcze? - odłożyłem natychmiast jego „okienko”. Po chwili zastanowienia przyznałem mu jednak rację po raz drugi. Co jak co, ale czekolada to jedyny w pełni zalegalizowany narkotyk. Nie to co te dopalacze.

     Surrealizm tego dnia, akurat tego, kiedy postanowiła nie przyjść, dawał się coraz mocniej we znaki. Ugryzłem kawałek mojej mlecznej. Nie wiem, co miała w sobie, ale rewelacja.

    * Chłopcze, pozwolisz, że cię tutaj zostawię z twoimi myślami?

     Nie odezwał się. Oczy miał na wpół przymknięte. Wyglądał, jakby się masturbował w trakcie delektowania czekoladą. Wyszedłem. Postanowiłem, że moja noga w Bankowej już nigdy nie postanie.

     Przemarsz ulicami Warszawy był istną katorgą. Sceneria rodem z Castle Party drażniła moje zmysły. Strzygi, wampiry, no i oczywiście zombie. Jedynym atutem tego, co działo się przed moimi oczami, była radość, ta dziwna atmosfera bycia razem; ten jeden dzień faktycznie ich połączył. Po trosze żałowałem, że nie przystaję do otoczenia. Byłem przecież fanem horrorów, Stephena Kinga i makabrycznych przebierańców.

     Mimo to jak najszybciej chciałem uciec z tego miejsca. Kompletnie tu nie pasowałem. Stado baranów darło się i pohukiwało. Miałem ich już serdecznie dosyć. Stanowili bardziej wkurwiającą zgraję niż afrykańscy kibice z wuwuzelami na mundialu w RPA.

     Skręciłem w boczną uliczkę. Odrobina spokoju ukoiła moje myśli. Po głowie łaziła mi czekolada z okienkiem i ona. Czemu nie przyszła? Co ją zatrzymało? Czyżby zwątpiła, że coś z tego może wyniknąć? Pamiętam, że kiedy wychodziłem od niej, wyrzuciłem worek śmieci. Nic więcej. Jeden wielki plastikowy worek.

     Zaułek, który wybrałem, nie był najlepszym miejscem na kontemplację. Jakaś sfiksowana parka całowała się namiętnie, on wkładał jej rękę pod spódnicę, ona lekko protestowała. Gdy zdecydowanym ruchem usiłował ściągnąć jej majtki, krzyknęła. Chłopak naparł wtedy mocniej. Próbowała się wyrwać, ale trzymał ją mocno. Wiedział dobrze, co chce z nią zrobić.

     Odsunąłem się, by na nich nie patrzeć. Chłopak napierał jednak mocniej, dziewczyna była bezbronna.

     Rozejrzałem się wokół w poszukiwaniu czegoś… sam nie wiem, czego. Pałki, belki, noża? Znalazłem kamień. Nie wahając się dłużej, rzuciłem go w stronę pary. Chyba coś było nie tak z moim wzrokiem, bo dostała ona. Nie za mocno, ale skutecznie. Pisnęła. Chłopak wystraszył się i cofnął o krok. Spojrzał w moją stronę, bardziej gotowy do ucieczki niż do walki.

     Wyszedłem z uliczki na główną. Nie miałem ochoty sprzeczać się z kolesiem usiłującym zerżnąć swoją dziewczynę. Na głównej znowu ten sam syf: grupa jełopów wykrzykujących grrr… i arrgghh… Zombie walk to zdecydowanie nie mój czas. Przeszedłem w poprzek w najbliższą boczną. Znowu jacyś ludzie. Tym razem grupka spitych małolatów, być może próbujących czegoś nowego.

     Coś nagle zabłysnęło w mojej głowie. Krótka, intensywna myśl. I ta jasność, pewność tego, co zrobiłem. Worek, który wyniosłem ze śmieciami; ona, gdy rankiem u niej wstawałem.  

     Powiedz to jeszcze raz, bejbe. Czy pamiętasz czarny plastik, w którym zamieszkałaś?  

     Z jaką radością otwierasz go ze sterty klamotów po perfidnym dniu. Otwierasz jak pudełko. Takie z niespodzianką, podobne do czekolady z okienkiem. Teraz wiesz już, że wszystko będzie ok. Może poza tą jedną drobnostką, że już nie przyjdziesz na spotkanie.



blog comments powered by Disqus