Ian McDonald "Luna: nów" - recenzja powieści

Autor: Przemysław Mrówka
Korekta: Dagmara Trembicka-Brzozowska
15 września 2016

www.gildia.pl
Luna: nów.
Dostępność: 1-2 dni robocze
Cena: 36,00 zł 39,00 zł
dodaj do koszyka

Kopalnie Pana Twardowskiego

Ostatnimi czasy Księżyc odsunął się na nieco dalszy plan. Twórcy SF umieszczali akcje swych dzieł raczej na innych planetach Układu Słonecznego, lub nawet zupełnie go opuszczali. Decyzja Iana McDonalda, by naszego satelitę przywrócić do łask, jest więc całkiem świeża. Doceniło ją także British Science Fiction Association, przyznając powieści Luna: Nów swoją nagrodę.

Bliżej nieokreślona (choć obstawiam, że jeszcze XXI wiek) przyszłość. Srebrny Glob został skolonizowany i stanowi jedno z głównych zapleczy przemysłowych Ziemian. Administruje je Lunar Development Corporation, pozostałymi graczami zaś jest pięć potężnych rodów, skupiających w swych rękach różne gałęzie przemysłu. Jednym z nich są Cortowie, do których należy wydobywanie helu-3, stanowiącego podstawę ziemskiej energetyki. Urządzają właśnie bal z okazji ukończenia Księżycowego Biegu przez jedno z wnucząt założycielki rodu, gdy dochodzi do próby morderstwa na prezesie rodzinnej korporacji.

Pierwszy tom cyklu czyta się całkiem przyjemnie. Jest zgrabnie napisany, z niezłymi dialogami i całkiem wyraźnymi postaciami. Niestety, by cieszyć się lekturą, trzeba bardzo uważać, by nie zacząć zastanawiać się nad przedstawionym światem i fabułą powieści. Główną osią fabuły nie jest, jak można by przypuszczać, kwestia próby morderstwa Rafaela Corty, ta pojawia się na początku i na końcu powieści, z jedną wzmianką w środku. Luna to opis skolonizowanego Księżyca, jego społeczeństwa i mechanizmów, które czynią go tym, czym jest. I może nawet by to wystarczyło, gdyby opis ten był nieco bardziej wiarygodny.

McDonald popełnia bardzo poważny błąd, umieszczając fabułę w obserwowalnej przyszłości, pomijając zaś opis przemian, które oddzielają nasze czasy od czasów w powieści. Próbuje tego tylko w trakcie, całkiem zresztą udanej, ekspozycji, polegającej na spowiedzi założycielki rodu Cortów opowiadającej o swoim życiu; jest ona jednak zbyt wyrywkowa, by dać nam spójny obraz tego, co ludzie robią na Księżycu. Przykładowo gospodarka Srebrnego Globu oparta jest w dużej mierze na górnictwie, zwłaszcza wydobyciu metali ziem rzadkich oraz helu-3. By jednak eksploatacja złóż księżycowych była opłacalna, należałoby dysponować wystarczająco ekonomicznymi środkami transportu. Tymczasem brak informacji w powieści oraz wzmianki w „spowiedzi” Adriany Corty wskazują na ciągłe użycie rakietowych silników chemicznych. Byle napomknięcie o jakimś „napędzie grawitacyjnym” czy czymś w ten deseń rozwiązałoby problem, takiego jednak brakuje.

Podobnie niewiarygodnym pomysłem jest koncepcja ruchomej huty. Poruszająca się na szynach olbrzymia konstrukcja jest siedzibą konkurencyjnego względem Cortów rodu Mackenzieh i zarazem hutą, w której źródłem ciepła są kolektory słoneczne. Tory, na których się porusza, opasują Księżyc tak, by huta ciągle pozostawała na słońcu. Abstrahując od olbrzymich kosztów samego takiego rozwiązania i kilku osi rotacji względem słońca, które należałby uwzględnić przy projektowaniu torowiska, to pojawia się pytanie: dlaczego, dla ochrony przed promieniowaniem kosmicznym cała reszta kolonii jest wkopana głęboko w Księżyc, podczas gdy owa konstrukcja jeździ sobie po powierzchni?

Nie lepiej wypada też kwestia opisu księżycowego społeczeństwa. McDonald kładzie duży nacisk na przemiany w obyczajowości, niestety, sprowadza je do kwestii preferencji seksualnych. Znalezienie w Lunie kobiety czy mężczyzny hetero graniczy z cudem, istnieją niemal wyłącznie homo- lub biseksualiści. Dlaczego? Nie wiadomo, bowiem pretekstową wzmiankę o buzujących wśród pierwszych kolonistów hormonach trudno potraktować jako poważną próbę wyłożenia podstaw budowy społeczeństwa Srebrnego Globu. Nie ma również sensu opis systemu prawnego Księżyca, de facto nieistniejący opis nieistniejącego systemu. Dowiadujemy się o jego kształcie z chaotycznych i niespójnych wzmianek. McDonald proponuje nam specyficzny amalgamat prawa zwyczajowego i precedensowego, okraszonego dodatkowo elementami ordaliów. Dlaczego, skąd, po co? Nie wiemy, autor zaś traci świetną okazję na poruszenie kwestii prawa kosmicznego, tworzonego przecież od 1959 roku.

Podobne do powyżej wymienionych potknięcia zapełniają karty książki. W innej sytuacji prawdopodobnie nie zwróciłbym na nie uwagi, lub przynajmniej przymknąłbym oko. Ambicją McDonalda było jednak pokazanie czytelnikowi świata księżycowej kolonii, jego dynamiki i kształtu. W takim wypadku należy oczekiwać, że będzie on spójny i strawny, tak jednak nie jest. Nie oznacza to, że Luna: Nów jest książką złą. Nie ma ona jakiś poważnych wad, nie irytuje w trakcie lektury, nie jest również zła pod względem językowym. Jest natomiast bardzo niedopracowana i niespójna. A szkoda.

Luna: nów

Autor: Ian McDonald
Wydawnictwo: Mag
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 3/2016
Seria wydawnicza: Uczta Wyobraźni
Liczba stron: 432
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788374806442
Wydanie: I
Cena z okładki: 39,00 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus