James M. Barrie "Piotruś Pan" - recenzja ilustrowanego wydania książki


Baśń makabryczna i cudownie pociągająca

Wyświechtane frazesy przekonują nas, że "klasykę trzeba znać” oraz że "klasyka nigdy się nie starzeje”. Przekornie trudno nam się z tym zgodzić, zwłaszcza że poruszamy się w kręgu kultury audiowizualnej, gdzie oparte na  literaturze memy zaczynają wypierać sens swojego pierwowzoru. Trochę tak było też z Piotrusiem Panem. Tę klasyczną, miejscami dość przygnębiającą opowieść animowana adaptacja Disneya zmieniła nie do poznania i na zawsze już stała się dość prostym zestawem obrazków: rudy chłopaczek w zielonych rajtuzach, grupa latających dzieci, sympatyczna wróżka w mini z liści, niby-groźny kapitan z wielkim nosem i tykający krokodyl. A przecież to – podobnie jak w przypadku disneyowskiego Dzwonnika z Notre Dame – wykastrowanie tej niby-baśni.

Piotruś Pan to chłopiec, który nigdy nie dorośnie. Mieszka w Nibylandii – krainie hen, za górami i za lasami. Przewodzi grupie psotnych Zagubionych Chłopców, których rozrywką jest dokuczanie (powiedzmy) Kapitanowi Hakowi, przywódcy piratów. Spotkamy tu też syreny czy Indian z cudną Tygrysią Lilią na czele. No i są jeszcze Wendy i jej bracia – Piotruś spotkał ich, gdy poszukiwał swojego cienia, i postanowił zabrać ze sobą do Nibylandii.

Niby wszystko wygląda jak piękna baśń i pokrywa się z tym, co pamiętamy z nieśmiertelnej animacji Disneya. Jednak oryginalna opowieść kryje w sobie o wiele, wiele więcej. Zagubieni Chłopcy to dzieci, które "wypadły z wózka” i "nie mają szansy na powrót do domu”. Piotruś Pan, pozornie radosny psotnik, jest – jak dziecko jeszcze nieświadome istnienia moralności – pozbawiony wszelkich skrupułów, okrutny i bezwzględny. To w końcu on pozbawił Haka dłoni i przygotował "psikus” z zegarkiem w brzuchu krokodyla, a także chciał zabić jednego ze swoich „podopiecznych” za udział w intrydze Dzwoneczka. A Dzwoneczek? Jest uosobieniem zawiści i złośliwości, co widać wyraźnie w jej próbach doprowadzenia do śmierci Wendy.

A to ledwie wierzchołek góry lodowej. Czytając Piotrusia Pana już jako dorośli odbiorcy, z pewnością zauważymy wiele podobnych motywów. Nie bez znaczenia pozostaje też warstwa historycznoliteracka, momentami ciekawsza niż sama baśń (podobnie zresztą jak w przypadku Alicji w Krainie Czarów). James Barrie nie ukrywał, że jednym z pierwowzorów Piotrusia był jego starszy brat, David, który zginął w wypadku w 1867 roku. Matka pisarza pogrążyła się w rozpaczy, która doprowadziła ją do choroby psychicznej – kobieta cały czas pocieszała się tym, że jej David „na zawsze pozostanie chłopcem”. Brzmi znajomo?

Barrie ożenił się, jednak badacze przychylają się do tezy, że małżeństwo nie zostało nigdy skonsumowane. Zakończyło się z resztą rozwodem w 1909 roku. Wiadomo także, że pisarz przejawiał pewne… niepokojące zachowania względem chłopców. Niemal na pewno wykluczono pedofilię, jednak wielu historyków literatury wskazuje na zafascynowanie "niedorastaniem” – możliwe, że z powodu choroby matki – zbliżone do tego, z którym kojarzymy teraz Michaela Jacksona. Barrie napisał również inne utwory, w których bohaterowie wypowiadają różne kwestie o zdecydowanie seksualnym wydźwięku, a dotyczące niedorostków. Więcej na ten temat można przeczytać w dwóch biografiach autora, jednej autorstwa Andrew Birkina, drugiej – Piersa Dudgeona.

W kontekście tej wiedzy trudno odnosić się do Piotrusia Pana jak do zwykłej, radosnej opowiastki dla dzieci, czy też zabawnej (wręcz płytkiej) bajki, jak odmalowuje to wersja animowana. Jednocześnie nie można książce odmówić epickiego, baśniowego rozmachu. Dla dziecka to prawdziwy raj: historia o tym, że można nigdy nie dorosnąć i całe dnie bawić się z przyjaciółmi; rajska wyspa pełna magii, wróżek, piratów, Indian, syren, centaurów i skarbów. Przygody bohaterskiego i przesympatycznego (oczywiście) Piotrusia Pana, ścierającego się z wyraźnie złym i zasługującym na karę Kapitanem Hakiem, z pewnością rozpalą dziecięcą wyobraźnię tak samo, jak potyczki Harry’ego Pottera z poplecznikami Voldemorta. To przenikanie się warstw książki jest ogromną siłą dzieła (tak, nie bójmy się tego słowa) Barriego.

Wracając do poruszonego we wstępie problemu – powtarza się nam, że „klasyka się nie starzeje”. Może się jednak znudzić. Z tym na szczęście pięknie zawalczyło wydawnictwo Media Rodzina. Nowe wydanie Piotrusia Pana przetłumaczył Andrzej Polkowski (tak, ten sam, który pracował przy Harrym Potterze). Z zadania wywiązał się pięknie: język jest soczysty, płynny jak miód, idealnie oddaje baśniowy charakter książki. Jednocześnie udało się uniknąć infantylizacji treści; czyta się tego Piotrusia z prawdziwą przyjemnością, a dzieciaki nie zostaną zaatakowane słodkimi zdrobnieniami i masą stylistycznych koszmarków.

Oprawa graficzna to kolejna perełka. Ilustracje przygotował francuski artysta specjalizujący się w książkach dla dzieci, Quentin Gréban. Praktycznie na każdej stronie – a jest ich 160 –znajdziemy mniejszą lub większą grafikę, kolorową i wręcz pyszną. Gréban oparł się pokusie posłużenia się disneyowską kliszą: jego Piotruś może i jest rudy, ale na tym wszelkie podobieństwa się kończą. Rysunki są idealnie wyważone między realizmem a bajkowością. W odpowiednich momentach są lekkie i delikatne, w innych – nadają odpowiednio mroczny lub smutny ton. Oglądanie ich to prawdziwa uczta dla oczu – sami zobaczcie poniżej.

To pięknie wydana książka, którą powinno się mieć na półce. Masz starsze wydanie? Nie szkodzi, możesz mieć dwa, od przybytku dobrych rzeczy głowa nie boli.

Piotruś Pan (wyd. 2015)

Autor: J. M. Barrie
Tłumaczenie: Andrzej Polkowski
Wydawnictwo: Media Rodzina
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 3/2015
Liczba stron: 160
Format: 230x300 mm
Oprawa: twarda
ISBN-13: 9788380080317
Cena z okładki: 39,00 zł



blog comments powered by Disqus