Fragment książki "Ryzykowny pomysł"


Przez ostatnie dwa tygodnie wpatrywałem się w ekran komputera i modliłem o cud. Potrzebowałem dowodu, że w salonie kosmetycznym pani Marzeny dzieje się coś dziwnego. Dzień po dniu Radek Sito kręcił film, a ja przeglądałem zdjęcia. Ludzi, którzy odwiedzali salon było dużo, o wiele za dużo, co utrudniało zapamiętywanie. Notowałem na kartce różne spostrzeżenia, ale do satysfakcji pisarskiej pani Rowling lub pana Tolkiena było mi daleko. No bo co można powiedzieć o kobiecie, która wchodzi do salonu ubrana w żakiet, a wychodzi w bluzce? Na pewno, że utrudnia robotę. Często dopiero na zbliżeniach odkrywałem, że mam przed oczami tę samą osobę. Salon odwiedzali także mężczyźni. Różni - mali, wysocy, starzy, młodzi i nijacy. Sam kwiat, prawie prezenterzy telewizyjni.

Mój pokój przypominał hotel po wizycie wrogo nastawionej drużyny piłkarskiej. Wokoło leżały ubrania, kasety, butelki po winach, opakowania po czipsach, pizzach, chińszczyźnie i kurczakach. Tyle dobrego, że ze zdenerwowania nie wyprułem bebechów z kanapy i foteli. Od czasu do czasu miałem telefony z różnych miejsc i chyba to mnie naprawdę uspokajało. Mama, redakcje, producenci, reżyserzy, a czasami jakaś aktoreczka o botoksowych ustach chcieli wiedzieć, czy czegoś mi nie brakuje. O tak, brakowało mi szczęścia. Nie mogłem dobrać się do miodu. Moje podejrzenia okazywały się nic nie warte. Nawet Radek zaczynał mieć dość. Ostatnio powiedział mi, że od tego podglądania odechciewa mu się jeść. Niewątpliwie imały się go myśli samobójcze.

Drgnęło czternastego dnia. O drugiej w nocy, kiedy byłem już nieźle wstawiony po wypiciu dwóch win, zauważyłem, że do salonu weszła staruszka w kapelusiku i w ogóle z niego nie wyszła. Porobiłem zbliżenia wszystkich klientów w tym dniu i okazało się, że mam coś jeszcze. Z salonu wyszła kobieta, która wcześniej tam nie wchodziła. A dworzec kolejowy to przecież nie był. Kobieta, czy raczej dziewczyna, miała nieprawdopodobnie piękną twarz i mogła mieć najwyżej dwadzieścia pięć lat. Powiększyłem obraz staruszki i dziewczyny, porównałem z innymi zdjęciami, ale niczego mądrego nie wymyśliłem. I tu wkroczyła na scenę piracka kopia pewnego programu. Po chwili wiedziałem już, że staruszka odwiedziła panią Zofię tydzień wcześniej. Wtedy jednak, co za ulga, po piętnastu minutach wyszła z salonu o własnych siłach. Teraz, biedactwu, najwyraźniej już się nie udało.

Położyłem się spać około czwartej i oczywiście nie zasnąłem do siódmej. Potem wstałem, wziąłem prysznic, ogoliłem się i starannie ubrałem. Tyle przynajmniej mogłem dla siebie zrobić. Zabrałem ze sobą odbitki zdjęć obu tajemniczych kobiet i ruszyłem na spotkanie z Radkiem. Chciałem go przekonać, że znalazł cel w swoim życiu i powinien kręcić dalej. Co najmniej przez następne dwa tygodnie. Pierwszą niespodzianką była nieobecność Radka w samochodzie. A było wpół do dziesiątej. Od pół godziny powinien mieć włączoną kamerę. Po raz drugi zdziwiłem się, kiedy stwierdziłem, że samochód był otwarty. Wyglądało na to, że mój kamerzysta poczuł się w Warszawie bezpiecznie i dał temu wyraz. Kiedy nie pojawił się przez następne dwie godziny, wiedziałem, że coś jest nie tak. Zadzwoniłem do niego do domu, ale nikt nie podniósł słuchawki. Sprawdziłem dokładnie wnętrze samochodu. Niestety, kamery nie znalazłem. Panel do radia tkwił za to w schowku i wołał o rękę złodzieja.

Można powiedzieć, że poczułem się samotny i niechciany. Na policję nie miałem po co dzwonić. Było jeszcze za wcześnie. Poza tym nie wiedziałem, co miałbym im powiedzieć. Temat był tak niewiarygodny, że nadawał się raczej do "Archiwum X", a nie na normalny posterunek. Wyobraziłem sobie jak tłumaczę jakiemuś mundurowemu, iż w salonie kosmetycznym pani Marzeny znikają i pojawiają się różne kobiety. Ot, tak sobie, raz dwa: baba jest, baby nie ma. Już widziałem ten wzrok i pełne zrozumienia potakiwanie. Rozejrzałem się po ulicy, przespacerowałem się wzdłuż raz jedną, raz drugą stroną, i uznałem, że pora na dociśnięcie pani Marzeny. Wszedłem więc do jej salonu, zatrzymałem się przy wejściu i skinąłem na powitanie głową. Prawie jak świętej pamięci aktor John Wayne, co zrobiło dobre wrażenie. Pani Marzena zostawiła klientkę na łóżku i podeszła do mnie z obiecującym ruchem bioder. Nie ulegało wątpliwości, że seks mógł mieć na nazwisko "Marzena".

- Dzień dobry - W taki sposób perlił się proszek do prania. - Nie daje mi pan spokoju. Mówiłam już panu, że nie rozumiem o co chodzi...

- Wychodzi na to, że będę musiał się powiesić - odparłem. - Mam dwa zdjęcia, które chcę pani pokazać. Poznaje pani te kobiety?

Klientka na łóżku westchnęła, co miało oznaczać, że audiencja dobiegła końca. Obrzuciłem wzrokiem "to coś" i poczułem niesmak. Dziewięćdziesiąt kilogramów i figura świnki Piggy. Twarzy nie widziałem, bo była zakryta maską. Domyśliłem się, że miałem do czynienia głównie z charakterem. I niech tak zostanie, uznałem. Pani Marzena przynajmniej cieszyła oko. Obejrzała zdjęcia staruszki i młodej piękności z filmu Radka, po czym uśmiechnęła się tajemniczo.

- Chce mnie pan poderwać? - szepnęła i zrozumiałem w jednej sekundzie, co oznacza silnik nowej generacji. - Kończę o szóstej. Ostatecznie możemy pójść na kawę i porozmawiać. To jak?

- Będę punktualnie - odpowiedziałem równie cicho i wyszedłem z salonu. W ustach pani Marzeny "to jak?" przypominało wyleczoną wadę zgryzu. Plus nasze cztery łydki, oczywiście.

Radka nadal nie było. Ogarnęło mnie głupie uczucie. Wokoło tętniło życie, zatrzymywały się i ruszały samochody, chodzili ludzie, otwierały się i zamykały dziesiątki drzwi, a ja naprawdę zaczynałem denerwować się o swojego kamerzystę. Gdyby poszedł coś zjeść, to do tej pory powinien wrócić. Poza tym jeszcze mu nie zapłaciłem, a to każdego mogło utrzymać przy życiu. Znów miałem ochotę pojechać na policję i o wszystkim im opowiedzieć. Jednak była to tylko ochota praworządnego obywatela. Ten drugi, niepraworządny, chciał robić coś zupełnie innego. I wygrał. Pojechałem do telewizji i zacząłem pytać o Radka. Nikt go nie widział od dwóch tygodni. Czyli wszystko wyglądało normalnie. Sekretarka, panna Ilona Vogler, zwana na korytarzu "Matką", zauważyła moje rozdrażnienie i przytomnie podała mi adres Radka. Uznałem, że mam sobie szybko pójść. Wykrzywiłem twarz w uśmiechu i w milczeniu opuściłem gmach telewizji. Po drodze spotkałem kilka osób z tak zwanej starej gwardii - jedna powitała mnie podskokiem w mini mimo dawno ukończonych czterdziestu lat, druga pocałowała w policzek, jakby żaby miały to wpisane w geny, a trzeci podał mi rękę z tym wyrozumiałym wyrazem twarzy redaktora bez libido. No i pojawił się nagle mój przyjaciel, zresztą jedyny, jakiego miałem, Roman Czomski. W telewizji pracował prawie od urodzenia - teraz był szefem redakcji reportażu i filmu dokumentalnego. Rasowy wyżeracz w tej branży. Gdybym chciał policzyć jego układy, musiałbym wpaść na matematykę Uniwersytetu Warszawskiego.

- Fajnie wyglądasz - powitał mnie, co oznaczało w jego języku: "będziemy mieli pogrzeb?".

- Węszę - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. - I właśnie zgubiłem ślad...

- Mogę pomóc? - I za to właśnie go lubiłem. Konkretny jak wlew paliwa.

- Jeszcze nie - uspokoiłem go. - Ale jak dobrze pójdzie, to dam ci znać.

- Ty mówisz poważnie - stwierdził z grobową miną.

- Mam coś, o czym nikomu się jeszcze nie śniło. Muszę to tylko sprawdzić...

- Nie wdepnij - ostrzegł mnie. Uśmiechnął się, poruszał mi hipnotycznie palcami lewej dłoni przed nosem i odszedł. Za to też go lubiłem.

Jechałem na ulicę Jana Pawła do włoskiej restauracji i zastanawiałem się, w jaki sposób odnaleźć kobiety ze zdjęć. Nie byłem pewien, czy pani Marzena zechce ze mną współpracować. Wszedłem do restauracji i zamówiłem spagetti z pieprzem i masłem. Danie zrozumiałe dla każdego pod warunkiem, że był głodny. Poszukałem wzrokiem znajomych, ale o tej porze wszyscy ciężko pracowali. Bez takiej pracy waliły się państwa, ginęły narody i wypaczał sens życia. Rozumiało to każde dziecko i niektórzy dorośli. Ja wolałem jeść i patrzeć na młodą kelnerkę, która marzyła o szczęściu w ramionach swojego chłopaka. Jej spojrzenie informowało mnie, że jest zdecydowana i nigdy już nie wróci do rodzinnej wsi. Nie mówiło tylko, że jej chłopak ma na imię Rysiek albo Waldek. Tak po ludzku.

Po jedzeniu postanowiłem pojechać do siebie i przespać się. Na osiemnastą musiałem być w formie. Nigdy nic nie wiadomo. Nacisnąłem pilota, mój mini mrugnął, wsiadłem i straciłem przytomność. Co za przyjemne uczucie. Zaczynałem się przyzwyczajać. Dopiero potem boli głowa i chce się pić. Ocknąłem się w jakiejś piwnicy. Wyglądała nawet, nawet. Pomalowana, ze stołem bilardowym, fotelami i barkiem długim jak wspomnienie po pierwszej dziewczynie. Siedziałem w fotelu i dochodziłem do siebie. Pomacałem głowę, ale nie stwierdziłem żadnych obrażeń. To się nazywało stracić przytomność w dobrym stylu. Cham pewnie miałby łeb rozbity rurką. Przede mną siedział facet - a jakże - w czarnej czapce z dziurami na oczy i usta. Elegancki inaczej, czyli nowobogacki. Dałbym głowę, że umiał grać w polo i fotografował się z królami. Na rękach miał sygnety, które wyglądały na rodowe. Najwyraźniej gość lubił nosić przy sobie dwa herby na raz. Za nim, ubrany znacznie biedniej, ale też z szacunkiem dla rozmówcy, stał wielki chłop z dłońmi większymi od okładki albumu. Światło było skąpe - paliła się tylko jarzeniówka nad barem.

- Mam z panem kłopot, panie Arturze - odezwał się podwójny arystokrata. - Zainteresował się pan tematem, który należy do mnie. - Miał miły głos. Niestety, zdradzał go akcent. Dzielnica, ulica, szkoła, wychowanie, towarzystwo... I co tam jeszcze sobie dodamy. Ktoś taki dzielił się ze mną swoimi najskrytszymi myślami.

- Gdzie jestem? - Uwielbiamy stawiać takie pytania, to jasne.

Mój rozmówca rozejrzał się wokoło i zgodnie z prawdą odpowiedział:

- W piwnicy. Jesteśmy w piwnicy, panie Arturze.

- Kim pan jest? - zapytałem bez nadziei na odpowiedź. Myliłem się.

- Biznesmenem. Tak można powiedzieć - Piękna kwestia. Następny ruch należał do mnie.

- I czego pan ode mnie chce?

- Proszę nie denerwować mojej przyjaciółki. To nie jest temat dla pana - wyjaśnił elegant.

- Ona mnie nie interesuje...

- W ogóle?

- Ona w ogóle - O naiwności! Facet jadł mnie palcami jak chciał. Nie byłem związany i prawdę mówiąc zbierałem się do wyjścia.

- Proszę nie wstawać, odwieziemy pana - Teraz mój gospodarz prawie pogłaskał mnie po głowie. - A więc ustalmy. Nie ma tematu "Marzena". Rozumiemy się? - Jasne, że tak. Rozumieliśmy się, jak szpadel grabarza z ziemią.

- Chcę nakręcić film... - Odważnie zaatakowałem mur obojętności. Wtedy facet podniósł rękę do góry, a stojący za nim goryl podał mu kamerę. A dokładniej: podał mu kamerę Radka Sity. No i mamy pierwszego trupa, pomyślało mi się szybciutko.

- Czas zdjęciowy już się skończył - zdecydował za mnie mężczyzna. Chyba mnie lubił. Wiadomo, że decydowanie to ciężki kawałek chleba. - Zwracam panu kamerę, oddaję kamerzystę i proszę brać się do pracy.

Ładnie budował zdania. "Zwracam", "oddaję, "do pracy" - wspaniała mapa charakteru. Poza tym "oddawał mi kamerzystę". Wzór dobrego wychowania. Pewnie dlatego pokiwałem głową i wstałem. On też wstał. Pokazał mi ręką kierunek. Nacisnął jakiś przycisk w ścianie i przez chwilę wydawało mi się, że na taką okazję czekał od urodzenia. Dopiero teraz zauważyłem, że z tyłu piwnicy znajdowało się olbrzymie akwarium. Rozejrzałem się i wykazałem niezdrową ciekawość. Goryl szedł za mną. Zjadł tyle sterydów, że jego oddech przepalał mi marynarkę. Elegant z sygnetami odsunął zasłonę leżącą na akwarium, po czym pochylił się i podniósł do góry coś, co przypominało fragment grubej gałęzi. Zbliżył to do światła i zrobiło mi się niedobrze. Pan Śmiertelny Strach błyskawicznie się ze mną zaprzyjaźnił. Miałem przed oczami odrąbaną ludzką rękę. Dłoń z palcami i przedramieniem. Nawet w mdłym świetle akwarium widać było zakrzepłą krew. Mężczyzna bez słowa włożył odrąbaną rękę do akwarium i na własne oczy zobaczyłem, jak ryby zaczęły ją szarpać. Wytrzymałem tylko dzięki sztuce filmowej. Dobrodziejka przyzwyczajała mnie do tej chwili przez całe życie. Ale i tak było mi niedobrze. Po chwili ręka zniknęła. Na dnie akwarium pozostały tylko ogryzione kości. Miałem nadzieję, że nadal jestem nieprzytomny.

- Widział pan kiedyś coś takiego? - Pytanie zabrzmiało najzupełniej poważnie. Ot, ktoś mnie pytał, czy smakował mi deser.

- Chciałbym wiedzieć, gdzie jest mój kamerzysta? - To się nazywało wziąć się za siebie. Mój gospodarz objął mnie ramieniem. Na początek. Klepanie po plecach jeszcze bardziej zbliżyło mnie do tego człowieka. Dzielił się za mną wszystkim, co miał.

- Siedzi w swoim własnym samochodzie - wyjaśnił gangster. - I proszę pamiętać. Pani Marzena dla pana umarła - Odwrócił się do mnie tyłem i zaczął wodzić palcem po szybie akwarium. Dłonie miał także z podwójnym herbem. Poczułem, że na mojej głowie znalazł się płócienny worek, a usłużna ręka popchnęła mnie do przodu.

- Mój asystent odwiezie pana na miejsce - usłyszałem ten sam głos. Don Corleone mógłby brać u niego korepetycje. Od tej chwili postanowiłem uważać na wszystkich asystentów.

Artur Brandt #1 - Ryzykowny pomysł

Autor: Jacek Dąbała
Wydawnictwo: Red Horse
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 9/2006
Liczba stron: 200
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-60504-07-5
Wydanie: I
Cena z okładki: 6,90 zł


blog comments powered by Disqus