Fragment książki "Telemaniak"


Derek powrócił do rodzinnej wsi i znów uporczywie zaczął wpatrywać się w telewizor. Nikt nie domyślał się nawet, że jego służba wojskowa miała tak niecodzienny przebieg. Od nowa zaczęto z niepokojem obserwować zagrodę Gudłajów i czekano na - co było już tradycją wsi - kolejne niebezpieczeństwa.

Mile się jednak rozczarowano, gdyż młody Gudłaj całkowicie poświęcił swój czas usprawnianiu gospodarstwa. Przez ponad dziesięć lat w okolicy panował względny spokój. Tylko zagroda Gudłajów zmieniała się nie do poznania. Wypełniając zalecenia telewizyjnych rolników, Derek rozwinął swe zainteresowania inżynieryjne do niespotykanych w świecie rozmiarów. W miejscu dawnych zabudowań gospodarczych stanęła żelbetonowa budowla, do której nie prowadziły żadne drzwi. Pod murem ziemia się rozsuwała i to umożliwiało wchodzenie i wychodzenie. Także sprzęt zmechanizowany mieścił się w tym tunelu znakomicie.

Dom Gudłajów nazywano w okolicy twierdzą. Kiedy z Ot­wocka przybyli urzędnicy państwowi i oskarżyli Derka o brak pozwolenia na wybudowanie takiego gmachu, wówczas zaproszono ich na pole i pokazano podorywkę. Nie była to jednak zwyczajna podorywka. Na polu ukazały się trzy gąsienicowe traktory, które ciągnęły za sobą dziewięćdziesięcioskibowy pług. Prowadzący je Derek, ojciec i matka pędzili przed siebie jak szaleni i po kilku minutach trzy hektary były zaorane. Potem spod muru zagrody wyjechał ciągnik z pięcioma przyczepami i tuż za nim następny z doczepioną katapultą. Urządzenie to - zrobione na wzór starożytny - miało wielkość dwóch kombajnów. Gudłajowie wykonali parę czynności przygotowawczych i zaczęli siew z katapulty. Wysypywali ziarno z przyczep na platformę urządzenia, naciągali korbką sprężyny wy­rzutni i wziąwszy dokładny namiar odblokowywali zaczepy. Pięć razy tak miotali ziarnem i zaorane uprzednio hektary zostały obsiane. Urzędnicy nie czekali dłużej - wsiedli do małego fiata i szybko odjechali. Podobno zgłosili się natych­miast do lekarza, podejrzewając delirium.

Wszystko u Gudłajów stało się monolityczne. Krowy miały u nich wielkość słoni afrykańskich, świnie nosorożców, a gęsi, kaczki i kury przypominały strusie australijskie; tylko wierny pies Burek, którego Derek znalazł w rowie i odchował, nie chciał rosnąć.

Prawdziwe szaleństwo zaczęło się jednak później, gdy płody zasiane przez Derka urosły. Na przeszło dziesięciu hektarach zamiast normalnego żyta i warzyw widniała prawie jurajska dżungla - kłosy dochodziły do czterdziestu metrów wysokości, a dynie, pomidory, kapusta i marchewki miały średnicę miej­skiego pawilonu handlowego. Bocian, który przyleciał jak co roku osiedlić się na kominie Gudłajów, po prostu zemdlał z wrażenia. Matka musiała go cucić amoniakiem i przepraszać za niespodziankę.

Wszystko byłoby może w porządku, gdyby nie młode małżeń­stwa w powiecie, które zaczęły zjeżdżać do wioski ze swoim kredytowym dorobkiem i dłubać sobie w dyniach mieszkania. Namiętnie wracano też do prehistorycznych obyczajów. Męż­czyźni zapuszczali się z drewnianymi maczugami w tę knieję, chodzili odziani w skóry upolowanych myszy, a na głowach nosili skrzydła zestrzelonych z łuku ważek i motyli.

Wiadomość szybko doszła do województwa i wyżej, toteż jeden z ambasadorów krajów Trzeciego Świata przybył tu z wizytą. Oczywiście była ona niezapowiedziana. Wyrośnięty Murzyn podjechał do obrzeża falującego żyta, wyszedł z błysz­czącego pontiaka i zapatrzył się na zielony gąszcz. Rychło też krew przodków zaczęła w nim grać, bo zrzucił z siebie paryski garnitur, kiwnął na kolegów we wnętrzu pojazdu i skoczył między grube pnie. Tamci wyjęli pastę do zębów, także pozbyli się ubrań i z zadowoleniem przystąpili do malowania się w barwy wojenne. Któryś z nich wrzucił zapałkę do baku pontiaka i po kilku minutach samochodu nie było. Za to "skansen" wzbogacił się o nowe organizmy. Już po dwu dniach rozległy się gdzieś w głębi dźwięki tam-tamów nawołujące do podjęcia zarzuconych przed wiekami obrzędów.

Derek był zachwycony rozwojem sytuacji, nie przeszkadzało mu, że nie zbierze corocznych plonów i nie wywiąże się z ustawowych kontraktacji. Obejrzał właśnie w telewizji serial o leśnym człowieku, Tarzanie, i przystąpił do akcji. Pożegnał rodziców, założył stare, przetarte slipy i zniknął w przydomowej dżungli.

Sprawa nabrała międzynarodowego rozgłosu. Ambasady krajów Trzeciego Świata coraz bardziej pustoszały, niektóre nawet zamknięto. Wiele państw wystąpiło ze skargami do władz polskich i oskarżono Polaków - co było w modzie - o celowe usuwanie ludzi. Prasa zastanawiała się, dlaczego murzyńscy ambasadorowie mieliby być niewygodni dla polskich władz, ale nie znajdowano żadnej rozsądnej odpowiedzi. Skoro jednak dżungla była faktem - plemiona murzyńskie łączyły się lub prowadziły sporadyczne utarczki, biali osadnicy mieszkali w dy­niowych osiedlach, a Tarzan wył po nocach wśród lian i paproci - postanowiono zbadać sprawę na miejscu. Okazją do tego było też wystąpienie komun i organizacji murzyńskich w Sta­nach Zjednoczonych, które prosiły kompetentne polskie władze o azyl i możliwość osiedlenia się w Gudłajowej dżungli. Najbardziej naciskał Harlem.

Ponieważ teren należał do Gudłajów, władze przesyłały wszystkie noty na ich ręce. Wyraźnie dawano światu do zrozumienia, że własności prywatnej nie jest w stanie naruszyć żaden urząd. Stary Gudłaj nauczył się w tym czasie świetnie czytać, a niekiedy rozumiał nawet język angielski. Matka natomiast najlepiej się czuła, oglądając zdjęcia zabiedzonych murzyńskich rodzin, które przysięgały nie naruszyć równowagi biologicznej na ich hektarach, jak te deklarowały swoje wstąpie­nie do wskazanych im szczepów. Rodzina Gudłajów zaczęła więc borykać się z problemem murzyńskim. Wówczas to stary Gudłaj zwrócił się oficjalnie do władz o pomoc. Nie odmówiono mu.

Przyjechał do wsi antyrasista Mściwój Kunta Kinte, przed­stawiciel MSZ, i zamknąwszy się w piwnicy ze starymi Gudłajami, rozpoczął naradę. Trwała ona prawie dwa tygod­nie - dzień i noc.

- A co robi syn? - rozpoczął wnikliwie przybysz.

- Jest Tarzanem - odpowiedzieli zgodnie Gudłajowie.

- Ile ma lat ten Tarzan, co?

- Teraz idzie mu trzydziesty piąty.

- A Murzynów lubi? - nalegał tamten. Starzy popatrzyli na siebie i ostrożnie odrzekli:

- Pewnie lubi, skoro tylu ich tam ma. Ale Derek jest normalny i wcale ich nie wykorzystuje. Ot, szczepy chłopaczyna zakłada...

Antyrasiście Kunta Kinte nie bardzo podobało się spojrzenie rodziców Tarzana, bo warknął:

- Mówicie, że szczepy zakłada. A pozwolenie ma?

- Panie, toż tam strach wejść - zaoponował stary Gud­łaj. - Tam teraz tylko w bębny walą i tańczą.

- A syn tańczy?

- Jakże to? Tarzan po drzewach skakał, a nie tańczył - wyjaśnił ojciec. - On jak małpa żyje. Matka mu co miesiąc podkłada slipy na próg. My go już prawie rok nie widzieli.

Rozmawiając w ten sposób, niewiele zdołali ustalić. W końcu oddali decyzję w ręce Kunta Kinte i z westchnieniem go pożegnali. Działacz ten nie zwlekał długo. Przeczytał w "Kobie­cie i Życiu", że niejaki Frank Coppola z Hollywood będzie kręcił film wojenny w dżungli i poszukuje odpowiedniego terenu. Zadzwonił więc do reżysera i za okrągłą sumkę pozwolił tamtemu zrealizować niezwykłe przedsięwzięcie.

Pewnego wieczoru nad wsią pojawiły się trzy eskadry promów kosmicznych "Columbia", które ustawiły się bezpośrednio nad dżunglą Derka i zaczęły wysuwać z kadłubów rozłożyste łopaty. Wbiły się one lekko w ziemię i po chwili dziesięć hektarów prawie jurajskiej przyrody leciało już do Ameryki Łacińskiej. Od tamtej pory pole Gudłajów położone było w depresji.

Derek uratował się tylko przypadkiem - akurat tego wie­czoru przyszedł odebrać nowe slipy. Widział wyraźnie, co się stało. Przysiągł sobie, że był to jego ostatni wyczyn inżynieryjny na tak wysokim poziomie. Postanowił też zniszczyć swój dorobek w gospodarstwie i powrócić do dawnych zwyczajów. Po trzech miesiącach nie było już śladu twierdzy, a w słońcu prażyła się staropolska rudera, swojska i przyjazna okolicy.

Gudłajowie nigdy nie żałowali tego powrotu do źródeł, a gdy po paru latach wyświetlono w remizie film Czas Apokalipsy i zobaczyli, co Coppola zrobił z tamtą dżunglą, utwierdzili się w tym ostatecznie.

- Bydlę i bezbożnik - oceniła matka, a Derek tylko charknął przez ramię i poszedł po staremu wyszczać się na drogę.

Telemaniak (wyd. II)

Autor: Jacek Dąbała
Wydawnictwo: Red Horse
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 8/2006
Liczba stron: 160
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-60504-00-8
Wydanie: II
Cena z okładki: 4,97 zł


blog comments powered by Disqus