Rycerz po kielichu... głębszym

Autor: Tomasz Nowak
Korekta: Wiktor "Inferre" Dynarski
18 listopada 2009


I tak idę sobie ulicą i spotykam dziwną laskę. I biorę ją na chatę, bo przecież easy rider jestem, no nie? Taki jest ton i treść otwarcia książki, której bohater, wyrobnik software’owy w jakiejś dużej firmie, staje się rycerzem z bajki – dosłownie i przenośni. Nową rzeczywistość otwiera przed nim kraina snów, dokąd zabierze go nowa nie-znajoma.

Dotąd, jak i potem, wydarzenia rozgrywają się w tempie teledysku i taki jest też ich montaż – wszystko dzieje się „samo”. Wnikanie do świata snu – błahostka, tylko zamknąć oczy; splatanie z rzeczywistością – to nic, to się zdarza; machanie mieczem, latanie na smoku, starcia z mordercami… Wszystko „bywa”. Ot, lajf…

I byłoby to (może) fajne, gdyby adresatami książki były nastolatki żądne bezkompromisowych, byle żwawych przygód. O, tak, w takowych dominuje akcja i nikt nie zastanawia się, dlaczego ja, bohater, umiem coś, czego nie powinienem znać nawet w zarysie. Ach, nie, zarysy znam przecież z filmów, książek, gier, opowieści kolegów, itd. Gorzej, że wśród tak nabytych „umiejętności”, obok tworzenia wiekopomnych pieśni, jest również sztuka zaspakajania ognistych kochanek. Nie, coś tu nie gra. To raczej nie proza dla małolatów. Hm…

I tak oto, w świecie ze snu, który wciągnął mnie prawie bez reszty, już jako „lord-urwis”, o przepraszam, bohater uciśnionych, niełamiący nigdy słowa, Lanne Lloch l'Annach, trzęsę krainą quasi-średniowiecza, do której trafiłem raptem parę dni temu. To nic, że nie mam wiedzy o swojej przeszłości, na domiar złego chyba niezbyt chwalebnej. Nie szkodzi, wszak wszystko przypomina mi się z czasem. Znów „samo”. Dzięki bójkom w piaskownicy wygrywam pojedynek z wytrawnym szermierzem, a – bazując na partiach bitewniaków  pamięci o Napoleonie i cytowanych z pamięci dialogach z filmowego „Władcy Pierścieni” czy „Bravehearta” – zwyciężam w przegranej z gruntu bitwie. Banalne? Owszem, podobnie, jak większość tej książki.

To nie wszystko. Obdarzony erudycją autora lord błyska nią po oczach czytelnika nie tylko we wspomnianych wyżej chwilach. Czyni to nader chętnie i gęsto. Tylko w swym zapale nie dostrzega jakoś, że oczy te robią się coraz większe i większe...

Nawet tytułowy rycerz kielichów to też karta z takiego „lokalnego” tarota. Przy okazji okaże się, że cała talia jest zarazem niezłym systemem przekaźników, transportu, itp. Co więcej potrafi? Nie wiadomo, bo inne karty pozostały nieodkryte. Czyżby w oczekiwaniu na dalsze tomy?

Nie, nie jest to książka całkowicie bezwartościowa. Piekara ma mnóstwo pomysłów i tu też pojawia się kilka zarówno ciekawych, jak i zaskakujących rozwiązań czy celnych dialogów. Niestety, na tle ogólnej mizerii i przewidywalności drażnią one tym bardziej, pokazując, że autor może, ale...

Piekara pisze różne książki – lepsze, gorsze – to normalne, wszak stworzył ich już kilkanaście. Tę niestety napisał „z metra”, a szkoda, bo oczekiwaliśmy jej od dawna. I takoż, na kolejne, jeśli zdarzy się jej kontynuacja, czekać nie będziemy.

Rycerz Kielichów

Autor: Jacek Piekara
Okładka: Jakub Jabłoński
Wydawnictwo: Runa
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 11/2007
Liczba stron: 336
Format: 125x185 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-89595-37-9
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,50 zł



blog comments powered by Disqus