Jakub Ćwiek "Kłamca 2,5. Machinomachia" - recenzja książki


Nienajgorszy come back

Powrót na półki księgarń Kłamcy – Lokiego, boga oszustwa i iluzji – i jego barwnego towarzystwa wywołał spore poruszenie wśród fanów pisarza. I całkiem słusznie: Kłamca 2,5. Machinomachia, wydany pod sztandarem Wydawnictwa SQN w komplecie z grą karcianą, to naprawdę powrót w niezłym stylu. Ci, którzy twierdzili, że już w Kłamcy 3. Ochłapie sztandaru i Kłamcy 4. Kill’em all Ćwiek stracił parę i nie powinien wracać do tego bohatera, na pewno zmienią zdanie. Mimo że nie wszystko jest idealne.

W Kłamcy 2,5 dostajemy dwa opowiadania – jedno króciutkie, drugie nieco obszerniejsze – oraz nowelę, niepowiązane ze sobą w specjalny sposób. Akcja dwóch pierwszych tekstów – Handlarza snów oraz Swata – toczy się na osi czasowej tomu pierwszego (tak przynajmniej deklaruje autor, a brak Kłamczucha czy nieobecność duetu Eros/Bachus zdają się to potwierdzać). Tytułową Machinomachię można umiejscowić między tomem 3 a 4.

Handlarz snów to zaledwie piętnastostronicowa historyjka, w której Loki w starym, dobrym stylu rozprawia się z Kojotem, indiańskim tricksterem, i jego sprytnym planem przywrócenia świetności swojemu ludowi – kojarzy się z pierwszymi opowieściami o Kłamcy. Jest szybko, jest akcja, są niezłe dialogi, podszyte nieco żalem i współczuciem – dość dla serii nietypowo. Kompozycyjnie poprawnie, językowo bardzo sprawnie. Można się zastanowić, czy motyw, w którym Kojot szokuje swojego szamana, odrywając (odklejając?) sobie przyrodzenie, był obliczony tylko na rozbawienie młodszego czytelnika, czy po prostu nie do końca udaną próbą rozbawienia wszystkich, ale jest to potknięcie, które da się wybaczyć.

Swat to już nieco bardziej rozbudowane opowiadanie. Kłamca w pewnym barze poznaje kobietę – co w sumie nikogo nie dziwi – po czym umawia się z nią na randkę i... dostaje łomot, lądując w szpitalu. Okazuje się, że Diana znajduje się pod opieką krewkiego samozwańczego anioła stróża – uznanego przez niebiosa za martwego weterana wielu bitew. I ten, zakochany w dziewczynie, reaguje dość impulsywnie na najmniejsze zagrożenie czy urazę, w zasięgu których znajduje się Diana. Loki postanawia dobić z nim targu i zeswatać go z dziewczyną – i tu sprawa komplikuje się coraz bardziej, aż do nie do końca przewidywalnego finału. To opowiadanie, może dzięki rozbudowanym wątkom i charakterystycznym postaciom, jest o wiele ciekawsze niż poprzedzający je Handlarz snów. Groteskowe, komiczne portrety wynajętych "pomagierów" Lokiego dodają historii kolorytu i nieco topornego humoru rodem z czasów warszawskich cwaniaków. Gorącokrwisty anioł stróż jest dość jednowymiarowy, jednak daje radę jako bohater opowiadania. A Loki, cóż, nie zmienił się wcale. To dobra historia, ciekawie poprowadzona, z pewnością usatysfakcjonuje czytelników. Mimo pewnych potknięć fabularnych, będą zadowoleni.

Tytułowy tekst – dłuższa nowela Machinomachia – to już nieco inna para kaloszy. Zaczyna się od retrospekcji w starożytnej Grecji, potem przenosi nas w sam środek zorganizowanej przez Lokiego zakrojonej na szeroką skalę akcji "odławiania" bogów. Jednak sprawy się komplikują i ostatecznie znajdujemy się w centrum opisanej na okładkowym blurbie "wielkiej draki w centrum Tokio". Mniej więcej tyle można zdradzić bez brzydkiego spoilera. Ćwiekowi chwali się i fajne użycie retrospekcji (nie tylko na początku Machinomachii), i kilkukrotne zaskakiwanie czytelnika niestandardowymi zachowaniami znanych bohaterów, i ładne połączenie tej opowiastki z główną osią fabularną serii. Z drugiej strony – niektóre rozwiązania lekko trącą kiczem, a użycie humoru czasami zdaje się być wymuszone. To samo może odnosić się do tytułu opowiadania – nawiązanie do Monachomachii nie dla każdego młodego czytelnika będzie zrozumiałe, niestety; poza tym było nieco na wyrost.

Nie można nie wspomnieć też o samym wydaniu. Pod względem graficznym wydawnictwo SQN nawiązuje do Fabryki Słów – na pierwszy rzut oka okładka jest bardzo podobna, a styl grafiki ten sam. Dopiero po bliższych oględzinach widać różnicę. Grafiki wewnątrz, chociaż zupełnie różne od "fabrycznych", mogą przypaść do gustu – są wyraziste, całkiem dopracowane. Ogólnie – nieźle.

Największą wadą książki jest jej objętość. Niecałe 200 stron – raczej nie tego oczekiwali fani po powrocie ulubionego trickstera polskiej fantastyki. Można Machinomachię przeczytać w jeden wieczór, a potem pozostaje tylko niedosyt… i karcianka, dołączona w pakiecie do książki.

Gra autorstwa znanej z ciekawych tekstów o RPG i grach w ogóle grupy Lans Macabre to świetny dodatek do uniwersum Kłamcy. Jej recenzję dostaniecie na Gildii już za kilka dni… Recenzentka potrzebuje jeszcze kilku partyjek Kłamcianki, żeby ją jak najlepiej opisać. Jest na co czekać!

Opowieść o Kłamcy #5 - Kłamca 2,5: Machinomachia

Autor: Jakub Ćwiek
Wydawnictwo: Sine Qua Non
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 5/2014
Liczba stron: 192
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788379241972
Wydanie: I
Cena z okładki: 49,90 zł



blog comments powered by Disqus