Recenzja książki "Finneganów tren"

Autor: Aleksander Krukowski
Korekta: Bool
2 lipca 2012

Pisanie o dziele Joyce'a nie jest zadaniem trudnym, lecz wymagającym ponadprzeciętnej skrupulatności. Naukowe refleksje i próby dekonstrukcji "Finnegans Wake" podejmowało wielu uznanych literaturoznawców. No właśnie: naukowe. Stąd najważniejsze chyba pytanie, jakie należy postawić w skierowanej do czytelnika niefachowego recenzji ostatniej powieści Joyce'a: czy możliwy jest inny, nienaukowy, popularny odbiór tego dzieła?

"Finneganów tren" określany bywa mianem najtrudniejszej książki świata, książki nie do przeczytania. A jednak czytać ją można, i to przynajmniej na dwa sposoby, choć oba nacechowane są swoistym masochizmem. Pierwszy z nich to lektura okraszona opracowaniami, artykułami, analizami i słownikami. Lektura odsłaniająca przed czytelnikiem całe uniwersum znaczeń, jakie niesie tekst (czy raczej nieść może, bo nic tu nie jest i nie będzie pewne). Drugi sposób to lektura samego tekstu, zbliżona do sposobu, na jaki czyta się książki z literatury popularnej. I choć można rozmaicie te dwa sposoby wartościować, to łączy je jedno: oba są skazane na porażkę.

"Finneganów tren" to książka, którą można czytać, ale której nie można prze-czytać. Nie tylko dlatego, że pierwsze zdanie jest naprawdę dokończeniem zdania ostatniego, tak że całość zmienia się z linearnej w cykliczną i wszystko zaczyna się od nowa. Także proces lektury, jeśli będziemy go rozumieli jako próbę odtworzenia sensu, nigdy się nie skończy, ponieważ książka napisana jest specyficznym językiem, tworzącym znaczenia (i bez-znaczenia) w nieskończoność. Każdy sens, jaki udaje się czytelnikowi wydrzeć z tekstu, niemal automatycznie odsyła do kolejnych miejsc wybrakowanych i nigdy nie składa się w logiczną całość.

Język, jakim posługuje się Joyce w ostatniej ze swych powieści, nie jest typowym językiem angielskim. Autor rozkłada go na czynniki pierwsze, na morfemy, z których następnie konstruuje słowa na nowo, jakby chciał pokazać, że język uległ wypaczeniu, że w toku jego rozwoju nastąpiły błędy, które można naprawić. Zresztą "angielski" to zbyt mało powiedziane. W tekście pojawiają się słowa niemieckie, łacińskie, francuskie oraz z wielu innych języków. Ta mozaika, od której także mieni się w oczach, tworzy rebus ciągnący się przez 628 stron.

James Joyce

Warto w tym momencie wspomnieć o pracy tłumacza. James Joyce pisał "Finnegans Wake" przez siedemnaście lat, autorowi tłumaczenia, Krzysztofowi Bartnickiemu, przełożenie dzieła zajęło lat trzynaście. Jak tytaniczną musiała być ta praca, nie sposób raczej sobie wyobrazić, dość wspomnieć, że wcześniejsi tłumacze nie zdołali podołać dziełu i poddali się w trakcie. Przełożenie książki pisanej tak specyficznym językiem, a jednocześnie językiem tak znaczącym, to zadanie niemal syzyfowe. Jak z niego rozliczyć Bartnickiego, ciężko powiedzieć. Samo jednak ukończenie monumentalnej pracy zasługuje na uznanie.

Brak streszczenia fabuły w recenzji jest tu uzasadniony. Książka ta nie jest zdominowana przez historię, jaką opowiada. W zasadzie ciężko mówić o jakiejkolwiek spójnej fabule czy narracji. "Finneganów tren" to kolaż scen, epizodów i rozważań, które niejednokrotnie rozpływają się w języku. Jego lektura to przygoda przeprawy przez tkankę tekstu, wiedziona nie ciekawością rozwoju wydarzeń, lecz samą aspiracją przedarcia się na drugą stronę. Aspiracją, która - jak już wiemy - nie może zostać spełnioną, gdyż koniec jest początkiem.

Czy więc warto sięgnąć po "Finneganów tren"? Sądzę, że tak, lecz bez większych oczekiwań, raczej z ciekawością doświadczenia literatury zupełnie innego wymiaru. Jednak przed podjęciem decyzji o zakupie książki (której cena jest dość wysoka), zdecydowanie rekomenduję zapoznanie się z jej fragmentami udostępnionymi przez wydawcę w internecie.

Finneganów tren

Autor: James Joyce
Tłumaczenie: Krzysztof Bartnicki
Wydawnictwo: Korporacja Ha!art
Wydanie polskie: 2/2012
Liczba stron: 636
Format: 160 x 240 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788362574445
Cena z okładki: 100,00 zł


blog comments powered by Disqus