Fragment #1 z książki "Światy Alonbee"


Miejsce akcji: Pluton.

Rozbitkowie odkrywają, że nie są sami.

Do dziś nie pojmuję, co bardziej mną wzburzyło: treść wiadomości, ton jego głosu, czy nieswoja mina? Przeszedł mnie dreszcz aż po koniuszki palców i zimno pleców wprost niespotykane. I wtedy właśnie doleciał do nas ten okropny, wibrujący w powietrzu wrzask.

Brzeg rzeki był oddalony o jakieś piętnaście metrów od naszego siedziska, więc przebyliśmy tę drogę w kilku skokach, chwytając po drodze każdy przedmiot nadający się na broń. Obaj wyobrażaliśmy sobie najgorsze.

Krokodyl kładowy lub żółw z zasysaczem próżniowym ciągnący o arę pod skorupę, nie wspominając o wszelkich innych wodnych drobnych nieszczęściach z topielicą plutońską ciągnącą miękkie kobiece nogi włącznie!

Panna stała sina i prawie od przestrachu nieprzytomna, wskazując ręką piaszczystą łachę i dalej na błoto ciągnące się wzdłuż brzegu i trzciny. Z boku nadbiegł Vanhalger, równie roztrzęsiony z nerwów.

– Co się stało? – spytał pierwszy.

– Widziałam zjawę – wymamrotała Lagris. – Tam uciekła.

Znów wskazała trzcinę.

– Diabeł! Czarny diabeł.

– Dawno mówiłem, żeby wznieść palisadę – mruknął baron groźnie.

Vanhalger tymczasem już zeskoczył ze skarpy i począł przepatrywać ślady. W miarę jak posuwał się w stronę błot, robił się coraz bardziej kredowy na twarzy.

Zeszliśmy z Shankbellem i my. Ruszyłem po mokrym piasku. Obraz jaki ujrzałem sprawił, że zaniemówiłem.

– Przecież to ślad ludzkiej stopy? – niemal wrzasnąłem. – Tutaj, na Plutonie ludzie? – Podniosłem głowę i zawołałem w stronę brzegu: – Panno Lagris, jak wyglądał stwór, czy był naprawdę dwunożny?

Szum wody zagłuszył odpowiedź. Pobiegłem więc na skarpę wzburzony i gniewny. Odepchnęła mnie, bo cisnąłem się w jej pobliże i rozkazywałem, czego u mnie wprost nie znosiła.

– Widziałam ducha ludzkiego pokrytego rytualnym rysunkiem lub wielkim skórnym przeszczepem – wyjaśniła. – Patrzył się na mnie nomada, bez domu, zły, ubogi i rozczarowany. Wykropkowany białą farbą był tu na pewno sam. – Zdawała się powtarzać niezmordowanie, co wrzuciłem na karb przeżytego szoku. – Podchodził i cofał się, a w dłoniach jego widziałam rzeźnicze noże.

– A może się pani przywidziało? Ktoś z naszej paczki tu dreptał, a pani po prostu roztrzęsiona od porannej gorączki nadinterpretuje fakty? Nie ma przecież żadnych ludzi na Plutonie – stwierdziłem, sam wątpiąc w to, co mówię.

– To nazbyt wielka stopa jak na naszą kompanię – zauważył wdrapujący się na brzeg Shankbell. – Na oko szesnastka.

– Wobec tego tylko Vanhalger może tu stanąć i przystawić własną nogę. To olbrzym i pokraka – monitowałem, bo włosy powoli stawały mi dęba.

– Ależ ja przenigdy nie ściągnąłem moich alonbijskich oficerek – wyjaśnił spokojnie nadchodzący baron. Wskazał przy tym na podeszwy pełne aktywnych zębatych kółek wystających poza powierzchnię progumy. – Wolałbym uszyć nową cholewkę niż stąpać boso po tym pełnym robactwa plutońskim bagnie.

Staliśmy przez chwilę w zupełnym milczeniu, wsłuchując się z niepokojem w szemrzące wody. Baliśmy się, czy czasem nie dojdzie do nas dźwięk nowych bandyckich kroków.

– Proponuję przejść się wzdłuż brzegu. Tam dalej są błota i ślad może się okazać wyraźniejszy.

Posłuchaliśmy rady barona i przemknęliśmy pomiędzy drzewami, gubiąc oddech. Przywykliśmy do naszej samotności i związanego z nią pokoju myśli. Przeczuwaliśmy, że od teraz nasze życie będzie wyglądać inaczej. Czekał nas strach i niepewność na każdym kroku.

Jakieś dwadzieścia metrów dalej zauważyliśmy na brzegu nowe ślady. Jako że jedyny byłem uzbrojony w broń palną, zdecydowałem się udać na samotny reko- nesans. Z bijącym sercem, uzbrojony dodatkowo w długi nóż Shankbella z rzeźbioną w drewnie rękojeścią, przebrnąłem przez gęstwinę trzciny. Wreszcie rozchyliłem ostatnie łodygi wysokiej trawy i wyjrzałem na błotnistą lagunę. Widok ukazał się mym oczom okropny. Oto od brzegu do wody i wzdłuż płycizny i po darni rozbiegały się głębokie ludzkie ślady we wszystkich możliwych kierunkach. Jakby zerwało się stąd stado przerażonych, wielkich gęsi. Ktoś odrywał stopę, ktoś inny podskakiwał i bez ekwipunku lekko lewitował, a wtedy już oderwany od powierzchni całą mocą teleportacyjnej diody transportował się w odległą krainę, pozostawiając woń spalenizny i okropnego pomieszanego ze świeżą krwią potu.

Z obrzydzeniem pomyślałem o tych dzikich. Myślałem, że dostrzegam ich tchórzliwe cienie przekradające się przez nisko zwieszone chmury w kierunku ogromniejącego satelity. I groza się na mnie wylała, rodząc myśl, że już nie jesteśmy sami na naszej kosmicznej wyspie. Że aby przeżyć, przyszło mi na starość zabijać.

(...)

Trylogia Solarna #2 - Światy Alonbee

Autor: Jan Maszczyszyn
Wydawnictwo: Solaris
Miejsce wydania: Stawiguda
Wydanie polskie: 6/2016
Liczba stron: 500
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788375902600
Wydanie: I
Cena z okładki: 35,99 zł


blog comments powered by Disqus