Fragment #1 z książki "Światy Solarne"


Wchodziliśmy z powrotem do centrum układu z duszą na ramieniu. Widziałem planetę, na której z taką nadzieją oczekiwaliśmy na bitwę z Shetti. Wszystkie orbity parkingowe wokół globu były puste.

Przejąłem instrukcje, książkę armatnią i szczegółowe wyliczenia toru pocisków od kapitana Anganona. Po milisekundowej teleportacji utknąłem w zniszczonej ramie na swojej dziobowej pozycji. Widziałem pod sobą gigantyczne pierścienie ostatniej z planet - Hiotona. Przesuwały swój majestat pod moim stopami w miarę jak posuwaliśmy się w głąb układu. Rząd planetarnychksiężyców ciągnął się długą linią w rozgwieżdżoną czerń. Globy tkwiły nadokładnie wymierzonych orbitach ponad gazowym olbrzymem.

Przypomniały mi się traktaty naszych wenusjańskich uczonych na temat inżynierii planetarnej i tak zwanych studni grawitacyjnych. Skomasowane działanie pływoweskoordynowanej masy satelitów potrafiło wyrwać z atmosfery sporą ilość gazów szlachetnych, mogących znaleźć zastosowanie do produkcji drogich żarówek nofitowych. Mało wiedziałem na ten temat, ale od razu uznałem, że przynajmniej w tym układzie planetarnym Alonbee popisali się swym nieprzeciętnym intelektem.

W najbliższym otoczeniu miałem roztrzaskane fragmenty poszycia żeliwnego kotła. Kadłub naszego grata prawie tu nie istniał. Pozostała tylko solidna rama z przypiętymi do niej działami. Ponownie poprawiłem na sobie sprzączki pasów kanonierskich. Mocniej zacisnąłem zaczepy. Byłem w końcu w otwartej przestrzeni, a nie wiedziałem jak podziała na mnie odrzut serii, czy szybkie manewry jednostki podczas bitwy. Czułem odległy żar słońca układu i wdychałem w płucazapewne różny od naszego eter międzyplanetarny. Wydawało mi się, że po każdym wdechu pozostaje mina języku charakterystyczny nalot. Metaliczny w smaku mroził gardło cięciami lodu. Jeszcze rok temu nie posądzałbym siebie o taką odwagę. 

Delikatnie wsunąłem trzymaną w ręce rurę elastycznego teleskopudo wnętrza oczodołu. Poprawiłem pas teleportacyjny i z niezwykłą delikatnością pogładziłem powierzone mi działo typu maszynowego. Gdybyśmy posiadali taki sprzęt w owym czasie na Ziemi, Shetti nie miałyby żadnych szans. Na stanowisku kanoniera umocowano do ramy specjalne sandały bojowe. Z wielkim trudem wpasowałem w nie stopy. Inverrie posiadali niewielkie stopy. Z całego kompletu czynnych protez pozostawiłem sobie tylko parę dodatkowych ramion. Reszta spoczęła w niewielkim futerale, który oddałem do stałej dyspozycji księciu.

Zapinałem zmrożonymi ludzkimi palcami następne sprzączki, a jednocześnie zdrewniałymi protezami precyzyjnie ustawiałem setki dźwigni.Włączyłem obieg parowy działa. Usłyszałem odległy syk. Eterprzenosił dźwięki bardzo wybiórczo. Niektóre tłumił, inne wzmacniał. Na skali armatniej lufy ujrzałem komorę pociskową. Wskazówka oparła się na napisie „pełna”.

Szliśmy teraz ostrym łukiem od strony czternastego księżyca szóstej odsłońca planety. Widziałem przed sobą odległą linię długiego konwoju Kotłów. To były gigantyczne maszyny. Nigdy przedtem, ani potem takich nie spotkałem. Byłem zdumiony skalą wykonanych prac inżynieryjnych. Cesarska potęga, z jaką usiłowaliśmy się zmierzyć nie miała sobie równych w całym znanym nam wszechświecie.

Doleciał do moich uszu słaby dźwięk. Zaniepokojony spojrzałem w dół na pracującego przy innej armacie Shankbella. Przyjaciel zajął już pozycję kanonierską. Stojąc zaledwie sięgał wysokości potężnej, ozdobionej srebrną inkrustracją lufy. Onrównież przechylił głowę w stronę słońcai nasłuchiwał.Wyglądał śmiesznie. Skrępowanyszerokimi pasami kanoniera malec. Sprzączki lśniły na jego ubraniu jak rzędy medali. Hrabiowski wąs pokrywał się lodem w miarę jak ten coraz ostrożniej oddychał. Uśmiechnął się w moją stronę. Usiłował mi coś powiedzieć, ale zagłuszył go dźwięk podobny do bardzo odległych pieśni, nadchodzący od strony najciemniejszego punktu w centralnym zawirowaniu jądra Galaktyki. Byłem równie zdziwiony, jak on, że cokolwiek słyszymy. Nienawykłe do wibracji eteru ludzkie ucho powinno pozostać głuche na tak obłędne wezwania.

Tak poczułem w gwałtownych uderzeniach serca rodzącą się trwogę.

Korzystając z maksymalnego powiększenia w mojej doocznej lunecie przyjrzałem się uważniej tym światom. Przeważały pomarańczowe olbrzymy o bilionkrotnie potężniejszej sile Blasku niż nasze Solarne Słońce. To było niezmierzone bogactwo, o które musiała toczyć się niejedna wojna. Tam szukałbym legendarnych Hadów. Gwiazdy niemalocierały się o siebie w szalonym tańcu wzajemnych, grawitacyjnych powiązań. Wymarzony, ciepły, osiedleńczy świat. Dziwne, że nasi Aborygeni nie wybrali dla siebie lepszego domu. Tam dopiero mogliby dowolnie korzystać z dobrodziejstw teleportacji. Tony dziwnej pieśni to wznosiły się, to opadały. Niepokoiły. Poczułem się ospały. Jakże potężny musiał być dźwięk w okolicach źródła? Kimże były istoty władające takimi mocami w ponad eterowym medium? Mieliśmy się dopiero przekonać.

Tymczasem po odpięciu barki z ładunkiem rudy, nasz kociołek, noszący dumne imię „Ghartor” zostałdostrzeżony. Jeden z ogromnych pojazdów kosmicznych Alonbee odbił od konwoju i zmierzał w naszym kierunku. Rósł w oczach. Już z daleka sygnalizacją świetlną nawoływał do podniesienia bandery. Piloci „Ghartora” niewiele sobie z tych prób robili.

Miałem czas, żeby przyjrzeć się konstrukcji.

Na pierwszy rzut oka podobny wytwór techniczny nie powinien być zdolny do lotu w przestrzeni kosmicznej. Jego nieopływowy kształt przeczył pryncypiom awiacji eterowej. Każdy uniwersytet wenusjański wylałby konstruktora na zbity pysk.

Podziw budziła architektura.

Przede wszystkim oczarował mnie wielkością rząd dwudziestu sześciu kopcących kominów. Wiem, że spalali eter w dopalaczach i coś jeszcze, co strzelało chmurami bezgłośnych iskier. Trudno było powiedzieć. Kominy były osadzone w wielkiej osi pojazdu. Im niżej tym bardziej całość ulegała mechanicznemu skomplikowaniu. Tysiące kratownic i burt artyleryjskich wieńczyło spód, który jednocześnie mógł być szczytem. Kominy zainstalowane na centralnej osi czasem wpadały w ruch obrotowy, wtedy całość przypominała gigantyczny wiatrak. Z samego dołu zwisało kilka tysięcy potężnych łańcuchów i hydrauliczno-magnetyczne kotwice. Na moment gigant przyćmił słońce. Potem ostro przyśpieszył w naszą stronę. W jednej sekundzie ujrzałem wielką burtę i wymierzone w nas rzędy armat. Jeszcze nie padł nawet jeden wystrzał.

Jakby Alonbee celowo ścierali się z nami warczącym, wyposażonym w lufy zamiast zębów, pyskiem.

Posiadałem jasne instrukcje.

Burta była idealnym celem.

Wypaliłem serię trzydziestu pocisków. Gdyby ktokolwiek wtedy z was mógł ujrzeć tę feerię splecionych dymów idących w rozciągniętym szyku na burtę wroga?

Ruszyły jak perły z rozsypującego się naszyjnika. Gwiazdy pod wspornikami moich sandałów kanoniera zamrugały, gdy potężny ryk eksplozji wstrząsnął eterem i posadami naszego małego, pędzącego świata „Ghartora”. Na moment kocioł Alonbee zajaśniał mocniej niż marne słońce ukryte za jego rozsypującym się cielskiem. Kapitan nie żartował, gdy mówił o pikowaniu poprzez śmieci. Wprost entuzjastycznie runęliśmy poprzez otwierające się okno w wirującym wraku. Na sekundę eksplozja wytworzyła próżnię, w którą wepchnęliśmy „Ghartora”. Przeszliśmy jak burza.

Podążający w stronę granic układu korowód kotłów zwolnił. Czegoś takiego się nie spodziewali. Generałowie się naradzali. Nie wiedzieli, z kim mają do czynienia. Tylko przypuszczali. Z uwagi na bezczelność obawiali się istnienia całej ukrytej na odległych flankach floty. Przecież mały kuter, czy niszczyciel nie mógł spowodować tak poważnych strat? Prowadził wyraźną akcję zaczepną.

Z idącego konwoju oderwało się kilkanaście statków. Zawyły syreny bojowe. Nigdy w życiu nie pomyślałbym, że eter jest zdolny przenieść taką masę różnorodnych dźwięków. Kotły ustawiały się w klasycznej formacji liniowej. Widzieliśmy gęsty las ogromnych, coraz gwałtowniej kopcących kominów. Jakby ruszyła na nas linia szalonych parowozów!

Ale nasz kapitan nie zamierzał zachowywać się jak dżentelmen wobec takiej przewagi liczebnej wroga. Dokładnie wiedział, jak i gdzie uderzyć, by sparaliżować odwet. Nasz kocioł niesamowicie przyśpieszył. Runęliśmy gdzieś w dół pod brzuchy idących maszyn. Poczułem gwałtowne zawroty głowy. Obawiałem się, że wejdziemy w prędkość tentralną. Przecież nie przeżylibyśmy pozostając na zewnątrz skorupy statku.

Spanikowałem.

On naprawdę to robił!

Wyciągnąłem przed siebie drżące ręce.

Skupiłem się. Przygotowałem do teleportacji. Zobaczyłem rozgorączkowanego hrabiego. Machał do mnie wolną ręką. Uspokajał.

Alonbee ciągle nas lekceważyli. Nawet przez moment nie pomyśleli o prędkości tentralnej w takim natłoku masy. Stracili nas z pola widzenia. Byliśmy w przeciągu relatywnego kwadransa już w pobliżu niczego niespodziewającego się konwoju.

Mknęliśmy wzdłuż gigantycznej linii pojazdów. Migotały pod nami kształty. Zmieniało się brzmienie wydmuchu spalin. Anganon wypuścił kierunkowe flary. Dokładnie wymierzyłem ich śladem moje pociski. 

Wyglądało to jak nalot.

Wraz z Shankbellem waliliśmy w nich serię po serii. Taśmy z pociskami odskakiwały. Nowo założone szybko się wyczerpywały. Wszędzie wirowały rozgrzane do białości, metalowe łuski. Rozganiałem je wolną ręką. Widziałem zanoszącego się śmiechem hrabiego iwyobrażałem sobie własną minę triumfatora.

 Tuż za nami rozległa się pierwsza eksplozja, a potem zatrzęsło się całe pozostawione z tyłu niebo.Zanim zorientowali się, co się stało, nasz niewielki okręcik znalazł się burta w burtę z kilkoma niszczycielami. Ich luki armatnie nie zdążyły się jeszcze otworzyć, gdy walnęliśmy w nich z całej burty. Potem zgrabnym skokiem pomknęliśmy w przestrzeń międzygwiezdną już w stałej prędkości podtentralnej. Za nami ruszyły pierwsze wystrzelone pociski. Nie dotarły. Byliśmy już poza zasięgiem.

Dziwiłem się, że nic nie czuję. I wciąż żyję.

Zabrali mnie na pokład bez udziału mojej świadomości. Nieoceniony Yarragee wyplątał mnie z uprzęży. Obudziłem się w malutkiej kajucie podobnej do budy wielkiego wenusjańskiego psa. Obok legowiska leżała prawdziwa książka i pozostawione przez barona alonbijskie lunety do czytania. Nie zapomniał też o szklance zimnego grogu Inverrie i pudełku musowych cygar. Zapaliłem pierwsze z brzegu z prawdziwą rozkoszą.

Wciągając dym miałem przed oczymatylko piękną twarz hrabianki Cydonii Hornsby z Alckerbury. I nic poza tym.

Trylogia Solarna #1 - Światy Solarne

Autor: Jan Maszczyszyn
Wydawnictwo: Solaris
Miejsce wydania: Stawiguda
Wydanie polskie: 4/2015
Liczba stron: 480
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788375902266
Wydanie: I
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus