Wyjątek z przedmowy


„Swiaty Solarne” zapraszają czytelników do podróży w kosmos, w którym panują iście XIX-wieczne obyczaje i podziały społeczne, międzyplanetarna bryczka jest popularnym środkiem transportu, a tamtejszą wersję naszej gwiezdnej najbliższej okolicy – Układu Słonecznego – zamieszkują najróżniejsze ludzkie i quasi-ludzkie cywilizacje, sprawiając, że każda z najbliższych nam planet tętni zadziwiającym życiem (sama Ziemia pełni zaś rolę niezbyt ciekawych peryferii). A gdy już nacieszymy się tą nieprzeciętną odmianą przeszłej przyszłości, autor porywa nas w oszałamiającej prędkości wycieczkę w inne rejony Wszechświata, gdzie czekają zaawansowani w rozwoju, nieodgadnieni, ale też bardzo staroświeccy obcy. Przy splataniu w całość zasad rządzących tym uniwersum, powieść w udany sposób łączy elementy zaczerpnięte z archaicznej kosmologii – jak choćby wypełniający przestrzeń pozaziemską eter; naleciałości plemiennych wierzeń i poglądów na wszechrzecz – choćby echa spirytualnych wojaży Aborygenów; ale też własne, kojarzące się nieco bardziej z fantasty pomysły na moce wstrząsające jego posadami. Całość rozwija się w formę staroszkolnej space opery, wyzyskującej w oryginalny sposób znane z gatunku klisze, jak inwazja obcych, międzygwiezdna wojna czy namaszczony przez tajemne moce „wybraniec” (a może nawet więcej niż jedna taka postać). Choć nacisk kładziony na wyłożenie czytelnikom skomplikowanych praw natury i kulisów niezwykłych technologii używanych przez ludzkość i obcych należy uznać za ukłon w stronę hard science fiction, tylko opartego na nauce całkowicie fikcyjnej lub teoriach obalonych przez naukowców. Mylicie się jednak, jeśli uznaliście zawczasu, że to wesoła, przygodowa wędrówka przez szalone, wystylizowane na dawną fantastykę światy. Sięgając ku naszej przeszłości, Jan wydobył z niej widmo kolonializmu i rasizmu w najgorszej postaci, odtwarzając winy naszych przodków w nowych realiach. Arystokratyczny cynizm, ignorancja i bigoteria większość zdawałoby się pozytywnych postaci każe nam zastanowić się nad tym, jaka zawsze była – i pewnie nadal jest – rasa ludzka. Dodajmy do tego obce cywilizacje o nieprzeniknionych modyfikacjach, w złowieszczy próbujące zmienić losy innych gatunków i rozwijające intrygi na galaktyczną skalę – przez co jedynym wyjściem z sytuacji nawiązania z nim kontaktu jest być może brzemienna w skutkach konfrontacje. I widać już, że mrok typowy dla wizji Jana przesyca i tę, zdawałoby się mającą tylko flirtować z konwencją rzeczywistość, co razem przekłada się na niepowtarzalne podejście do estetyki takiej zabawy z przestylizowanym retro s-f. Oraz ukazuje, że można w nią udanie wpleść poważne, niepodporządkowane jedynie rozrywce rozważania nad kondycją człowieka.

Cytat pochodzi z przedmowy do książki autorstwa Marka Grzywacza

Trylogia Solarna #1 - Światy Solarne

Autor: Jan Maszczyszyn
Wydawnictwo: Solaris
Miejsce wydania: Stawiguda
Wydanie polskie: 4/2015
Liczba stron: 480
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788375902266
Wydanie: I


blog comments powered by Disqus