Żniwa dla pana Grossa - recenzja książki "Złote żniwa"

Autor: Tomasz Nowak
Korekta: Bool
14 kwietnia 2011

Książka państwa Grossów wzbudza od kilku tygodni żywą dyskusję. Napisano i powiedziano o niej już tak wiele – zarówno ci, którzy ją przeczytali, jak i ci, którzy jej w rekach w ogóle nie mieli – że chyba trudno dorzucić coś nowego. A jednak może warto, jak zresztą na koniec sugeruje wydawca, przyjrzeć się jej ostatecznej wersji z pewnej perspektywy, już nieco z oddalenia?

„Złote żniwa” to historyczny esej mający budzić pamięć i sumienia. Biorąc go do ręki, nie sposób oprzeć się ciekawości, że być może dowiemy się czegoś nowego o powojennej historii Polski. Być może poznamy jakieś wydarzania, prawdę skrywaną, przemilczaną, o której czas pomówić głośno. Byłby to cel zaiste szczytny. Szybko jednak czytelnik przekonuje się, że to tylko środek do celu prawdziwego – ustawicznego, od wydania „Upiornej dekady”, dążenia do udowodnienia tezy o pełnym zaangażowania uczestnictwie Polaków w mordowaniu Żydów. Dodajmy – tezy po części niewątpliwie prawdziwej. Jednakże po lekturze tej (jak i wcześniejszych) pozycji Jana Tomasza Grossa trudno uwierzyć, że jego celem jest wyłącznie prawda. Niestety.

Pytania kontra rzetelność

Cały ambaras ze „Żniwami” wywołało zdjęcie chłopów i wojskowych na polu. Przed nimi leży stos czaszek i kości. Problem w tym, że po głębszym badaniu nie wiadomo w zasadzie ani kogo owo zdjęcie przedstawia, ani w jakich okolicznościach czy nawet gdzie konkretnie zostało zrobione. Dla autora nie ma to jednak znaczenia, bo „on wie”: to Treblinka, cmentarne hieny na terenie poobozowym. Ot, normalka w antysemickiej Polsce.
Teza o powszechnym udziale Polaków w mordowaniu europejskich Żydów i wyrażane w tle już bardziej nieśmiało podobne założenie w stosunku do wielu innych krajów opiera się na kilku założeniach.
Pierwsze z nich to założenie „wielkiej zmiany” – momentu, w którym dotychczasowa cywilizacja europejska, przychylna Żydom, zaczęła ich odrzucać, tępić i nienawidzić, korzystając na tym materialnie. Taka prosta i zgrabna cezura, niczym osławiona brzytwa Ockhama, odcina konieczność podjęcia szerszych rozważań kontekstowych i stawania wobec niewygodnych pytań o przeszłość i jej wpływ na takie, a nie inne podejście do mniejszości wyznania mojżeszowego w różnych krajach, właściwie na przestrzeni całych dziejów. Te jednak, niewdzięczne, przebijają się spośród tekstów cytowanych przez Grossów: problemy asymilacyjne diaspory, serwilizm wobec „wygodnej” dla siebie władzy, nie bacząc na interesy mieszkających obok sąsiadów (w Polsce: zaborców pod zaborami, sowietów, po IV rozbiorze 17 września), zmonopolizowanie niektórych dziedzin działalności gospodarczej i twarde niekoniecznie „ekonomiczne” sposoby likwidowania wszelkiej konkurencji, szczególnie spoza własnej mniejszości.

Ostatnimi laty rozmaite ‘opiniotwórcze’ media sugerowały nam otwarcie, że Jan Tomasz Gross to historyk, profesor. Jednak już przy „Sąsiadach” bez trudu udowadniano mu konfabulacje czy też „niedoskonałości warsztatowe” i w końcu okazało się, że to socjolog, badacz amator, co może tłumaczyć go z nieścisłości na gruncie historii. Co jednak, jeśli zaczynamy trącić o rzeczoną socjologię?
Dla autorów Holocaust to zjawisko wyjątkowe i niepowtarzalne w dziejach ludzkości. I choć w istocie trudno porównywać zbrodnie ze sobą, to gdzie na ich „liście” znalazłyby się dwudziestowieczne rzezie na Kurdach, przedmiotowe potraktowanie wymarłych wskutek tego ludów kolonialnej Afryki czy wycięcie omalże w pień cywilizacji Ameryki Łacińskiej?
A skoro to „nieporównywalne”, to nasuwa się tu nieprzyjemne wrażenie, że chodzi o coś zupełnie innego…
Problemy maja też autorzy z logiką: a to narzekają, że kopaczy mogił nie określono jakimś odrębnym słowem podkreślającym grozę rozgrzebywania żydowskich (to podkreślenie konieczne) grobów, a to nie podoba im się z kolei, że żerujących na żydowskiej niedoli nazwano właśnie osobnym terminem: szmalcownicy. Raz twierdzą, że Żydzi nie odstawali od Polaków po względem majątku, byli wręcz biedni, a potem poświęcają cały rozdział temu, jak to chciwi Polacy odzierali ich z jakichś kosmicznych wręcz kwot…

Fakty rwane niczym ząb

Z cytowanymi w „Żniwach” wspomnieniami czy dokumentami mówiącymi o tym, że na terenach poobozowych kopano w poszukiwaniu rozmaitych dóbr, polemizować nikt nawet nie zamierza. To fakt, fakt haniebny, godny nie tylko pogardy, ale również po prostu kary. Niemniej jest to fakt znany, a nie tajony, jak zdają się sugerować Grossowie.
To, że kopaczom nie wymierzono stosowanej kary, jest wynikiem działań władzy. Podobnie zresztą, jak i zaniedbania w zabezpieczaniu tych obszarów. I dlaczego więc po wojnie niechętnie sądzono Polaków za zbrodnie na Żydach? Może warto by tu spytać, co to była za władza? Przywieziona w teczkach z Moskwy, może znajdywała w tym procederze niejakie upodobanie? Wszak nie od dziś wiemy, że nieraz zachęcano czy też prowokowano rozmaite działania, mające osłabić opinie o stabilności Polski i jej zdolności do samodzielnego funkcjonowania na arenie międzynarodowej. Kto zatem miał w Polsce sądzić winnych? Słaba komunistyczna władza, która terrorem próbowała stłamsić wszelkie przejawy wolności? Mająca przez wszystkim na względzie napchanie własnej kabzy? A tak zupełnie na marginesie: w którym kraju władza osądziła swych obywateli z podobnego procederu? Grossowie wolą w to nie wnikać. Tak bardzo nie chcą (nie potrafią?, boją się?, tak im wygodniej?) wejść głębiej w istotę opisywanych przez siebie problemów, że dopasowując swą teorię do potrzebnej sobie postaci, posuwają się nawet do tego, że szumowiny z PPRu i bandytów z tzw. Milicji Obywatelskiej nazywają „wybitnymi członkami społeczności lokalnej”. To dopiero groza…
Oczywiście, nie są to kwestie mogące usprawiedliwić bestialstwa, które pojawiły się w jakimkolwiek z tzw. państw cywilizowanych. Jednakże z całą pewnością wskazują na złożoność sytuacji. A co z innymi mniejszościami tępionymi równie twardo przez Niemców na mocy protokółów z Wansee? Co z kolejnymi ludami przeznaczonymi do eksterminacji, którymi nie zdążyli już po prostu zając się na taką skalę (w tym: Polakami)? Przed takimi „zaciemnieniami” klarownego obrazu Grossowie jednak umykają, bo nie to wszak jest ich intencją, aby ujmować sprawy kompleksowo. Wygodniej im sprowadzić materię „ostatecznego rozwiązania” wyłącznie do kwestii żydowskiej.

Geszeft być musi – my rozumieć…

Grossa i jego publicystykę postrzega się w często w kategoriach skrajnych: jako hucpiarza, który wszelkimi środkami próbuje opluć Naród Polski, lub Prometeusza, niosącego kaganek mający rozświetlić mroki naszej historii. Tymczasem wydaje się, że mamy do czynienia z kimś podobnym na swym polu do Bogusława Wołoszańskiego. Z jednej strony porusza tematy dotykane niechętnie, mało znane, kontrowersyjne. I chwała mu za to, ponieważ burzy tym samym nasze, niekiedy zbyt zadęte, dobre samopoczucie. Z drugiej jednak, bez skrupułów wybiera i nadinterpretuje przydatne mu fakty, manipuluje nimi, wysnuwa wnioski ogólne, znajdując dla nich poparcie tylko w partykularnych przykładach.
W przypadku obu panów podobny zdaje się też cel takiej metodologii własnych opracowań – lepsza sprzedaż. U Grossa znamiona takiego podejścia było widać już w „Upiornej dekadzie”, a zupełnie wyraźnie w „Sąsiadach” i potem w „Strachu”. Skoro zatem coś sprzedaje się dobrze, po co zmieniać ton?

Co równie ważne, Jan Tomasz Gross pisze nie do Polaków, ale do Amerykanów. To różnica zasadnicza, jeśli chodzi o traktowanie tematu Holocaustu. Tam jego wspomniana wyżej wyjątkowość „w głównym nurcie” pozostaje poza dyskusją. Przy jego opisie mało kto para się „drobiazgowymi kontekstami”, pytaniami o „jakąś tam” przeszłość i jej bagaż czy nawet o zjawiska podobnej eksterminacji. Nikt nie troszczy się też o zrozumienie realiów epoki, a jak widać to choćby na przykładzie zawartej w „Złotych żniwach” „analizy” zachowań Kościoła Katolickiego, może być to kwestia kluczowa.
Ujawnienie w latach 90. ubiegłego wieku tajnych dotąd akt Inkwizycji Hiszpańskiej, wpłynęło drastycznie na zmianę opinii o jej funkcjonowaniu i roli w kształtowaniu oblicza późnośredniowiecznej Europy. Podobnie zmienia się optyka postrzegania działań Kościoła podczas II wojny światowej, na bazie „wyciekających” powoli, wciąż niedostępnych dokumentów. Widać z nich już jednak wyraźnie, po jak cienkim lodzie oficjalnej dyplomacji przychodziło czasem kroczyć jego władzom. W tym kontekście założenie, że pełne ujawnienie archiwów nie wyszłoby Kościołowi na dobre, podobnie zresztą jak łajanie „wszelkich europejskich organizacji” za „bierność wobec eksterminacji Żydów”, to już nawet nie nadużycie. To zwykłe szujostwo.

Tym samym, mniej więcej w jednej trzeciej tomu, kiedy jasny staje się zamysł autora – podział świata na „my-oni” – dalsza lektura staje się co najmniej męcząca. Grossowie nie mówią nic nowego o powojennej historii Polski. Drążą natomiast znów namiętnie kwestie mordowania Żydów i zawłaszczania ich majątków. Coraz ostrzej, radykalniej. Brak kontekstów w ich rozważaniach przywodzi tym samym na myśl prawdę zupełnie inną, zgoła obrzydliwą: że ujęcie „my-oni” stanowi bardzo pragmatyczne narzędzie „przemysłu Holocaust”. Z dualizmu tego, zaszczepionego wszak w celach głównie ekonomicznych przez nazistów, czerpano i nadal czerpie się z ogromne zyski.

My i oni, czy Polacy i Polacy

Podział ów dobitnie podkreślany jest co chwila przez autorów. Jak dalece musi być on im wygodny, uświadamia jeden z cytatów, gdzie piszą o „tłumaczeniu z j. żydowskiego”. Czyli z jakiego? Idisz? Hebrajskiego? Jednego z innych, rozlicznych? To znów chyba nieważne, grunt że z „naszego”, a nie z „ich”.
Paradoksalnie Grossowie posuwają się zatem dla swej wygody do przyjęcia optyki nazistów, która zdaje się znakomicie „pasować” do celów, jakie stoją przed „Złotymi żniwami”. Przecież to polityka hitlerowców, bardzo zresztą dobrze zorganizowana, zmierzała wprost do antagonizowania ludności, dzielenia jej na drobne spolaryzowane grupy w poszczególnych krajach!
Nie ma tu zatem mowy o żadnym poszukiwaniu prawdy czy pojednania. Nie ma też potrzeby wskazywać, że proceder rozkopywania grobów, jak i napaści – w takiej czy innej formie – na Żydów był haniebny, bo był. Może pamięć o tym zaciera się zbyt łatwo, rany bliźnią się nie w pełni tak, jakbyśmy chcieli, ale jak widać, Żydzi zawsze są chętni, żeby do tego nie dopuścić. Przynajmniej dopóki można zrobić na tym dobry interes.

Złą wolę autorów „Złotych żniw” widać wyraźnie także gdzie indziej, np. w przyjętej przez nich zasadzie „gęstego opisu”. Wynika z niej, iż, mimo że nie ma twardych dowodów na to, aby mordy na Żydach dokonywane przez (przy pomocy) ludności polskiej uznać za praktykę powszechną, liczba rozpoznanych przypadków, ich zdaniem, jednak o tym przesądza. Ot, taki paradoks – kolejny już, jak widać.
Idąc zresztą tym samym tropem: skoro w 2010 roku w Nowym Jorku popełniono ponad pół tysiąca zabójstw i odnotowano po kilka tysięcy rozbojów, gwałtów, kradzieży oraz pobić (przynajmniej kilka, kilkanaście doniesień w prasie codziennej) to ze względu na „gęstość opisu” wobec wszystkich mieszkańców „Wielkiego Jabłka”, w tym pp. Grossów, należy domniemywać, iż są mordercami i bandytami. Śmieszne? Jak dla kogo.

Esej Grossów ma zatem charakter rozrachunkowy. Burzy dotychczasowy etos Polaka-bohatera, obrońcy uciśnionych, ale jednocześnie chce zastąpić go wizją chciwego Polaka-mordercy, a przynajmniej cichego wspólnika mordu. Nic więc dziwnego, że jego przeciwnicy, jak i poplecznicy, nie prowadzą w zasadzie dialogu. Okopują się jedynie na swoich pozycjach i na nich już pozostaną. Jedni – wiedzeni przekonaniem, inni – bo im za to płacą. Grunt, że medialny interes się kręci.

To książka siejąca wzajemną niechęć, pogłębiająca poróżnienia. Nadto, wrzucanie wszystkich Polaków i w opozycji do nich (!) Żydów do dwóch osobnych, przeciwstawnych worów to nie tylko tryumf filozofii Adolfa Hitlera, ale także jawny policzek wymierzony świadomie tym, którzy Żydom pomagali, jak również samym Żydom, którzy do polskości się poczuwali i wciąż poczuwają.

A czemuż to w ogóle w tej Polsce, gdzie panuje taki antysemityzm, tylu Żydów? Czyżby byli masochistami i pragnęli mieszkać pośród ludzi, który „ciągle i nieustannie ich opluwają, wyzyskują, mordują i okradają”? Prosta logika wskazuje oczywiście, że nie. Grossowie mają tu już, jak wiemy, odpowiedź deus ex machina – „sublimację agresji” – niemalże cudowne społeczne przemianowanie Żydów z „Ok” na „Be!”. I tak oto historia rodem ze „Złotych żniw” staje się czarno-biała – łatwiejsza, lepiej przyswajalna, a jej przystawalność do rzeczywistości schodzi na drugi plan… Ot, mamy tu kolejny głos w chórze tych, dla których przeciwstawność „my-oni” jest zwyczajnie korzystna. Grunt, żeby znaleźć się po „właściwej stronie”, co Grossowie skwapliwie czynią. To zaprawdę dla nich iście „złote żniwa”.

Ogólnie zatem to książka ponownie i z upodobaniem dzieląca ludzi na kategorie A i B. Niedobra pod względem formy, dokumentująca ogólniki partykularyzmami. Owszem, mogłaby stać się ważna, jako że dotyka wartości fundamentalnych, a o nich mówić i dyskutować warto zawsze. Ale jak tu dyskutować z objawieniem?

Złote żniwa. Rzecz o tym, co się działo na obrzeżach zagłady Żydów

Autor: Jan Tomasz Gross, Irena Grudzińska-Gross
Wydawnictwo: Znak
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 2011
Liczba stron: 232
Format: 144x205 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-240-1523-8
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,90



blog comments powered by Disqus