Dziękuję, Panie Jarosławie - recenzja książki "Pan Lodowego Ogrodu" tom 1

Autor: Anna Woźniak

Pełna wdzięczności wielbię Grzędowicza Jarosława, za to, że pomiędzy pleniącym się ostatnio w księgarskich szczękach Dworca Centralnego i na salonach Empiku chłamem z gatunku fantastyka polska udało mu się umieścić Pana Lodowego Ogrodu Tom I. I moja wdzięczność przeplatana zachwytem są tym większe, im bardziej badziewnym ten chłam postrzegam. I najgorsze, że w tym kontekście to się nawet zastanawiam, czy czasem trochę nie zbyt przesadnie swój pean rozbuchałam. Ale przecież to opasłe tomisko przeczytałam w trymiga bez cienia czytelniczych cierpień i narzekań, często popadając w zadumę nad tym, że jednak są jeszcze pisarze, których pióro lekkim będąc, nie jest w stanie zamęczyć nawet pięciuset stronicową wylewnością. A to duży talent, i potężny atut pisarstwa Grzędowicza. Czyli jednak moja pochwała ma bardzo konkretne uzasadnienie. Żeby jeszcze dorzucić parę innych mięsistych argumentów marynistycznie napomknę, że przez Pana Lodowego Ogrodu płynie się bez językowych podtopień i nudnych stylistycznych flaut. Historia, którą opowiada, zwieńczona szalenie udanym finałem, mimo że pełna paskudnych kreatur i wizji rodem z sennych koszmarów o dość znanych w kulturze i literaturze proweniencjach jest oparta na prostym, logicznym schemacie, który konsekwentnie utrzymywany, bezpretensjonalny i nie przegięty zapewnia jej spójność i lekkość.

Ktoś tam mądrze napisał, że Grzędowicz ma bardzo dobrze opanowany warsztat literacki. Jaki tam warsztat, pytam. Owszem, prowadził w „Fenixie” dział prozy polskiej, potem okrzyknęli go redaktorem naczelnym pisma, to się mógł uczyć na cudzych błędach. Może i warsztat jakiś ma – kto wie, czy nie klei modeli szybowców albo nie para się stolarką – ale jedno wiadomo na pewno: to nie kwestia opanowania warsztatu, ale talentu. Grzędowicz ma dryg do pisania, jest dobry, w jego opowieść się wierzy, i tyle. Udowodnił to już Księgą jesiennych demonów – zbiorem opowiadań grozy, a teraz to po prostu mistrzowsko potwierdza – Pan Lodowego Ogrodu to jego pierwsza powieść.

Pewnego gościa, Vuko Drakkainena, który jest miksem Polaka, Chorwata i Fina, wysyłają metodą odpalenia w chrabąszczopodobnej kapsule wyrzutowo-zrzutowej na planetę zamieszkiwaną przez cywilizację człekopodobną. Jego misja polega na odnalezieniu wystrzelonej tam wcześniej ekipy i dokonaniu jej sprawnej ewakuacji. I choć Vuko wsadzili w mózg adrenalinowy dopalacz, emocjonalny stabilizator i noktowizor w jednym, to i tak trudno mu przetrwać w świecie pełnym grzybkowych halunów godnych wyobraźni Boscha.

To tyle na temat Pana Lodowego Ogrodu, i aby trochę zakłócić atmosferę radosnego entuzjazmu przyznam, że z podobną emocją reagowałam parę lat temu na Opuścić Los Raques Macieja Żerdzińskiego, który, niestety, jakoś od tamtej pory tragicznie zamilkł... Panie Jarosławie, niech Pana warsztat zatem nadal dobrze prosperuje. Pełna wdzięczności nie zapeszam już więcej.

Pan Lodowego Ogrodu #1 - Pan Lodowego Ogrodu, tom 1

Autor: Jarosław Grzędowicz
Okładka: Grzegorz Kmin
Wydawnictwo: Fabryka Słów
Miejsce wydania: Lublin
Wydanie polskie: 6/2005
Seria wydawnicza: Bestsellery polskiej fantastyki
Liczba stron: 560
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN: 83-89011-61-1
Wydanie: I
Cena z okładki: 30,00 zł

Podyskutuj na forum!




blog comments powered by Disqus