Fragment #3 książki "Krzyk pod wodą"


Krzyk?

Czy to był krzyk? A może to lis? Ich odgłosy mogły przypominać kobiecy krzyk. Straszny i przeraźliwy. Ślady lisów w ogrodach nie należały do rzadkości.

Adam Ehlers zdecydował się pokonać nieprzyjemne uczucie związane z opuszczeniem ciepłego łóżka i bliżej zbadać sprawę, mimo że była godzina – spojrzał na zegarek… – prawie dziesięć po piątej. Miał wstać dopiero za dwie godziny. Całą noc kiepsko spał: czujnie i niespokojnie przed porannym zebraniem zarządu. Kryzys finansowy dał się porządnie we znaki firmie doradczej, którą założył prawie dziesięć lat temu.

Mimo wszystko nigdy wcześniej nie słyszał lisa o tak mocnym głosie. Jego żona jak zwykle spała twardym snem i najwyraźniej niczego nie usłyszała. Przemierzywszy piętro, skierował się do pomieszczenia, w którym pracował, urządzonego w narożnym pokoju, wychodzącym na ogród rodziny Wintherów, skąd, jak podejrzewał, dochodził dźwięk.

Rzut oka na ogród potwierdził jego przeczucia. To, co ujrzał w świetle ulicznej latarni, sprawiało wrażenie zaskakującego i nierzeczywistego zarazem.

Kobieta, w której rozpoznał swoją sąsiadkę, Vibeke Winther, kucała pochylona nad postacią leżącą na ziemi, którą, jak Adam Ehlers domniemywał, musiał być Mads Winther, jej mąż. Czy próbowała udzielić mu pierwszej pomocy? Ale dlaczego znajdowali się w ogrodzie? – zastanawiał się. W śniegu? W taki ziąb? O tej porze? Jego mózg zbyt wolno przetwarzał wrażenia. Nagle otrząsnął się ze stanu przypominającego trans i uznał, że musi coś zrobić. Zawołał żonę.

– Anne Marie, obudź się. Coś się stało u Wintherów.

Jego żona usiadła rozkojarzona na łóżku. Adam chwycił komórkę, zbiegł po schodach, włożył kalosze, kurtkę i wybiegł z domu.

– Niee… – Już w drodze usłyszał ciche zawodzenie sąsiadki.

– Nieee…

Vibeke Winther wyglądała, jakby się poddała; teraz siedziała i niemal ciągnęła za ubranie nieruchomą postać.

Gdy Adam Ehlers podszedł bliżej, zrozumiał dlaczego.

Mads Winther był martwy.

Nie trzeba było lekarza, żeby to stwierdzić. Tułów Madsa stanowił zakrwawioną masę, twarz miał bladą i groteskowo zastygłą w zdumieniu.

Adam Ehlers położył dłoń na ramieniu Vibeke Winther. Nie zareagowała.

Odszedł kilka kroków i wystukał 112 na swoim telefonie komórkowym.

 

*

 

Katrine otworzyła oczy i mogłaby przysiąc, że to dźwięk jej własnych, dzwoniących zębów wyrwał ją ze snu. W sypialni panował taki ziąb, jak zapewne na zewnątrz. Coś musiało być nie tak z grzejnikami w domu. Wstała i szybko wskoczyła we wczorajsze ubranie, po omacku odnalazła włącznik światła i udała się do salonu. Tu nie było wcale cieplej. Zerknęła na zegarek. Kwadrans po piątej. Do pobudki pozostała jeszcze prawie godzina. Jednak to niemożliwe, żeby udało jej się zasnąć w tym zimnie… Może jogging? To z pewnością poprawiłoby krążenie krwi. Odszukała strój do biegania i rozpaliła w kominku. Przynajmniej będzie cieplej, kiedy wróci do domu.

Na szczęście pamiętała, żeby kupić latarkę na czoło. Tutaj drogi nie były oświetlone. W nocy spadło jeszcze więcej śniegu, ale powietrze wydawało się cieplejsze niż wczoraj i zanosiło się na odwilż. Jej buty zaczynały przemakać. To, na co się zdecydowała, nie należało do prawdziwych przyjemności, ale pocieszała się, że po powrocie poczuje się lepiej.

Gdy pół godziny później otworzyła drzwi do domu, zadzwoniła jej komórka. Trzy długie kroki i sięgnęła po nią.

– Tu Katrine – wydyszała do telefonu.

– Dzień dobry, Katrine, tu Per Kragh. Przepraszam, jeżeli cię obudziłem.

– Nie, nie, w porządku, właśnie wróciłam z joggingu.

– No proszę, świeża i wypoczęta o poranku – usłyszała, że Per się uśmiecha. – Dzwonię, ponieważ okazuje się, że mamy właśnie nowe zabójstwo, więc pomyślałem, że równie dobrze mogłabyś udać się bezpośrednio na miejsce, gdzie znaleziono zwłoki. Twój partner jest już w drodze.

– Dobra, podaj mi tylko adres, przyjadę tam jak najszybciej.

Otrzymała adres we Frederiksbergu.

– Okej, tam się spotkamy.

– Tam?

– Owszem, zawsze pojawiam się w miejscu znalezienia zwłok.

– No tak. Oczywiście.

Będzie musiała się przyzwyczaić do zupełnie innej częstotliwości popełniania zabójstw. Jeżeli naczelny kryminalnych w Londynie miałby fatygować się do wszystkich spraw… To byłoby fizycznie niemożliwe.

Pompki musiały poczekać do wieczora. Zwykle po biegu dochodziła do setki. Do tego sto brzuszków. Powinna też jak najszybciej zakupić kilka ciężarków do treningu siłowego. Zestaw, który nabyła w Szarm, zostawiła Ianowi. Czterdzieści kilo żelastwa w dodatkowym bagażu okazało się za drogie.

W zawrotnym tempie wzięła prysznic, przełknęła porcję owsianki, chwyciła aparat fotograficzny oraz sprzęt do nagrywania i wypadła z domu. Na kawę i makijaż zabrakło już czasu. Wpisała adres do GPS-u i ruszyła.

Krzyk pod wodą

Autor: Ole Tornbjerg, Jeanette Øbro Gerlow
Tłumaczenie: Justyna Haber
Wydawnictwo: Insignis
Miejsce wydania: Kraków
Wydanie polskie: 6/2012
Liczba stron: 408
Format: 140x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788361428718
Wydanie: I
Cena z okładki: 9,99 zł


blog comments powered by Disqus