"Dziewczyna, którą kochały pioruny" - recenzja książki


Apokalipsa w amerykańskim stylu

Jennifer Bosworth zadebiutowała nieco ponad rok temu powieścią dla młodzieży Struck. Książkę przyjęto dość dobrze, autorka udzieliła kilku wywiadów dla większych i mniejszych blogerów książkowych, a na popularnym portalu Goodreads zdobyła niemal 4 gwiazdki (na pięć możliwych). Młodsi oceniający dawali jej zwykle dużo lepsze noty niż starsi. Teraz mamy okazję przeczytać jej pierwszą – i jak na razie jedyną – powieść również po polsku, wydaną nakładem wydawnictwa Amber jako Dziewczyna, którą kochały pioruny.

Los Angeles zostało zrujnowane przez gigantyczne trzęsienie ziemi. Po mieście tułają się tysiące ludzi, którzy stracili cały dobytek. Bandy Wysiedlonych kradną wszystko, co wpadnie im w ręce. Nikt nie jest bezpieczny. Ale Mia ma szczęście – jej dzielnica nie ucierpiała zbytnio w trzęsieniu. Dom nadal stoi, prąd zwykle jest, podobnie woda, a czasami nawet Internet. Jednak jej matka, po uratowaniu spod zawalonego budynku, nie wróciła do zdrowych zmysłów. Mia musi zaopiekować się sobą, bratem i chorą matką, a jakby tego jeszcze było mało, zaczynają ją agitować dwie dziwne grupy: Wyznawcy Proroka, ubrani zawsze na biało, oraz Tropiciele, zwalczający Wyznawców. Bo Mia pod czarnymi golfami i rękawiczkami skrywa pewien sekret – ciało pokryte bliznami po setkach piorunów, które w nią uderzyły. A to pociąga za sobą kolejne konsekwencje.

Fabuła jest, trzeba to przyznać, dość niestandardowa jak na amerykańskie czytadło dla nastolatek. Poza obowiązkowym wątkiem romantycznym mamy tu i apokalipsę (co przypomina nieco wątek z innej wydanej przez Amber tego typu książki, Eve), i problem telewizyjnych proroków i kapłanów, tworzących własne sekty (nieznany zbytnio w Polsce), a także problemy rodzinne. Bohaterka na pewno przypadnie do gustu wielu piętnastoletnim czytelniczkom: to wyobcowana, niezrozumiana przez otoczenie nastolatka, która – poza nadnaturalnymi problemami z ratowaniem świata – właśnie szykuje się do udźwignięcia swojej pierwszej miłości w świecie gruzów i błyskawic.

Jednak, mimo tych pozytywów, trudno nazwać Dziewczynę, którą kochały pioruny wciągającą i dobrą książką. Mimo zadatków na nienajgorszą powieść, czytelnicy – czy raczej czytelniczki – szybko mogą zacząć przeskakiwać strony. Pierwszoosobowa narracja chwilami wprowadza zamęt, a próby pokazania przez autorkę konfliktów i problemów buzujących w głowie Mii często kończą się wyłącznie denerwującymi dłużyznami. Także profile dwóch wrogich grup, Wyznawców i Tropicieli, nie są zbyt dopracowane. Wyglądają raczej jak standardowe postaci wrogów w kreskówkach – pojawili się nieomal znikąd, a ich jedynym zadaniem jest zwalczanie się nawzajem i próby zawłaszczenia głównej bohaterki. Jedynie dwie główne postaci – Mia i Jeremy – mają w sobie trochę głębi i charakteru. Może nie będzie to przeszkadzało młodym czytelniczkom, ale dla każdego starszego odbiorcy będzie sporą wadą. Ostatecznie też cała fabuła staje się bardzo przewidywalna i zakończenie jest tylko formalnością, czytaną już siłą rozpędu i z obowiązku.

Jak na debiutancką powieść, Dziewczyna, którą kochały pioruny nie jest najgorsza. Widać, że autorka może jeszcze rozwinąć skrzydła i przy odrobinie praktyki i sporej ilości pracy osiągnąć naprawdę ciekawe efekty – ma pomysły i całkiem dobrze operuje językiem. Jednak sama w sobie książka ta ani nie zachwyci, ani nie pochłonie bez reszty. To standardowe, nie takie złe czytadło do zabicia czasu, w sam raz do połknięcia w kilka godzin. Idealne dla nastolatek; każdy inny lepiej niech omija z daleka.

Dziewczyna, którą kochały pioruny

Autor: Jennifer Bosworth
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 3/2013
Tytuł oryginalny: Struck
Liczba stron: 368
Format: 130x205 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788324146000
Wydanie: I
Cena z okładki: 37.80 zł



blog comments powered by Disqus