Fragment książki "Grzechy Joanny"

Autor: Joanna Marat

Rozdział pierwszy
Mediewistka

Niedziela, 15 sierpnia
Czy jesteś Joanną H. z Krakowa? Pytam, bo brzmisz znajomo. Jeśli nie, to bardzo chciałbym Cię poznać. Jestem  osiem godzin lotu stąd.
Pozdrowienia, Xawery Stadnicki

Długo czekała na kogoś takiego. Zmęczonego życiem na emigracji. Zmęczonego życiem w ogóle. „Niestety, nie jestem Joanną H., tą z Krakowa, i na szczęście, szanowny njujorkerze, nie muszę napisać ci prawdy o sobie. Pewnie i tak nie chciałbyś ze mną rozmawiać” – pomyślała.
Dla niego równie dobrze mogłaby nazywać się Juana la Loca. Postanowiła więc, że na potrzeby tej korespondencji wyciągnie z zakamarków swojego twardego dysku elegancki kostium ze słów i marzeń. Zaprojektowała go jakiś czas temu, na specjalną okazję. Teraz może go założyć i mieć nadzieję, że Njujorker   jeszcze się do niej odezwie.
Może odniesie wrażenie, że jest słodką blondynką o buzi dziecka? Intuicyjnie  wyczuła w nim kogoś, kto nie potrafi przejść obojętnie obok takiej dziewczyny.  Długonogiej, nieco anorektycznej.
Joanna H., ta z Warszawy, jest posiadaczką nóg niezbyt długich, natomiast jej włosy wpadają w szlachetny odcień miedzi. Całości dopełniają okulary w  grubych, rogowych oprawkach. Wybrała je z premedytacją, żeby postawić kropkę nad „i”. Żeby pogrążyć siebie jako kobietę ostatecznie i nieodwołalnie. I żeby nie było żadnych wątpliwości, że ona nadaje się wyłącznie do celów  naukowych.
Bowiem Joanna H. oddała się mediewistyce z rozmysłem i po głębokim namyśle. Żeby na nic innego w jej życiu miejsca nie było. Wśród bibliotecznego kurzu przybywało jej lat i dioptrii. Pudełka z fiszkami z coraz większą pewnością siebie rozpychały się po asystenckim pokoju, gdzie mieszkała od momentu ukończenia studiów historycznych.
Z wyróżnieniem i z nagrodą rektorską za rozprawę o królewskich itinerariach. W końcu sama we własnym pokoju musiała ustalić itineraria, jako że wszystko tam było nieporządkiem i nadmiarem.
Niewiele z tego nadmiaru wynikło. Zaledwie skończony pierwszy rozdział pracy doktorskiej i zarys dwóch następnych. Pół życia na to poświęciła. I pewnie za to wylali ją z uczelni. Tak po prostu, z dnia na dzień. Za te pół życia spędzone w bibliotekach. I za cztery dodatkowe dioptrie i za to, że już nigdy nie będzie młoda i obiecująca.
I wtedy umarł Stary H., jej ojciec. Z powodu niewydolności nerek. Całkowitej i nieodwracalnej. Podobno to u nich rodzinne, ta niewydolność. Niekoniecznie  nerek.
Chociaż, któż może wiedzieć, co jest, a co nie jest dziedziczne w rodzinie H.? Joanna z całą pewnością była niewydolna. Nie rokująca żadnych nadziei na bycie przy nadziei. Za stara nawet na to. Bez żadnego dorobku naukowego.
Nie licząc kilku artykułów po francusku. Nawet z akademika kazali jej się wynieść. Dobrze, że mogła zamieszkać w kawalerce Starego H. Dwadzieścia siedem metrów. Na osiedlu Za Żelazną Bramą. Od świtu jazgot śmieciarek i gonitwy karaluchów. I dzieci. Też jazgot, gonitwy, bluzgi. I tak do późnej nocy. Gdzieś tam został jej otwarty przewód doktorski o królewskich itinerariach i o snach. A ona zamiast dokończyć to, co zaczęła przed laty, wpatruje się w ekran komputera. Czatuje. Tylko nie wiadomo na co. Na kogo?
Ale tej nocy chyba jej się powiodło. Znalazła go. Ten mężczyzna brzmi ciekawiej, a w każdym razie inaczej niż całe to stado buraków cuchnących  potem lub tanią wodą po goleniu, albo po prostu wódką. To może być ON.
Ktoś, dla kogo można by oszaleć. A jeśli nie oszaleć, to przynajmniej poudawać, że jest się kimś innym. Nie Joanną H. z krótkimi nogami i bez doktoratu, lecz Joanną H., tą z Krakowa, która może stać się marzeniem każdego mężczyzny. Platynową blondynką. Drobnokościstą, dziewczęcą. Z buzią jak u anioła. I z anielskimi włosami. A on niech się tego wszystkiego domyśla, niech się gubi w przypuszczeniach. To znakomite zajęcie dla samotnego mężczyzny, który chyba nie jest już taki młody.
Joanna H. odchodzi od komputera. Zaraz pójdzie do łazienki umyć się. Gdy zapali światło, karaluchy rozbiegną się po kątach. Obrzydlistwo. Blokowisko. Późny Gomułka, wczesny Gierek. A może jedno i drugie. Nie, nie pójdzie do łazienki. Jeszcze nie teraz. Za wcześnie. Najpierw napije się herbaty. Godzina zero dwadzieścia pięć. Ktoś wrzeszczy na korytarzu. To normalne. Wszak po to są korytarze, żeby tam wrzeszczeć i budzić niepokój samotnej kobiety.
To pewnie jakieś małolaty narąbane. A może kogoś zarzynają?
Pijany mąż pijaną żonę, na przykład. Trudno.
Żelazną zasadą Za Żelazną Bramą jest niewtykanie nosa w nie swoje sprawy. Ojciec nawet czajnika elektrycznego sobie nie kupił. Pewnie ze skąpstwa. Postawiła wodę na gazie w starym, okopconym czajniku, który pamiętała z dzieciństwa. Woda oligoceńska. Podobno wcale nie lepsza od tej z kranu.
Jeszcze raz spojrzała na monitor. Chciałby ją poznać.
Tak napisał. Wolne żarty! Imię arystokratyczne, albo pretensjonalne, albo jedno i drugie. Nazwisko dobrze jej znane.
Arystokratyczne. W każdym razie znamienite. Szlachcic, arystokrata. Jak ci od itinerariów. Sztywni i wyniośli. Pełni pogardy dla motłochu. Właściciele latyfundiów i zamieszkujących tam ludzi. Panowie życia i śmierci. Możnowładcy.
„I co z tego, że gdzieś tam jesteś, Njujorkerze? Możesz sobie być i o dwadzieścia godzin lotu stąd, na końcu świata możesz przebywać. Z Aborygenami w Australii tańczyć możesz. Ale imię masz ładne, pasuje do  nazwiska.
I brzmisz ciekawie” – pomyślała Joanna. Takiego brzmienia szukała od dawna, prawdę mówiąc. I chyba znalazła.
U niego. Więc odpisze na tego maila. Chociaż nie jest pewna, czy powinna. Bo ona nie ma w zwyczaju rozmawiać z nieznajomymi. Ma zasady. I w zasadzie ich nie łamie.
Zasady są potrzebne i wygodne. Żyć bez nich nie sposób.
Może już pójdzie spać. Dochodzi druga. Miasto uśpione, cisza. I tak o szóstej rano obudzi ją sąsiad zza ściany, włączając radio na cały regulator. Przed snem powinna się umyć, a w łazience karaluchy. Zresztą wszędzie karaluchy. To normalne, że w tym bloku więcej jest karaluchów niż ludzi. Znacznie   gorszych od karaluchów, trzeba przyznać.
Dość już tego, pora spać. Bez mycia. Żeby nie wchodzić do łazienki. Żeby nie widzieć karaluchów. Żeby nie psuć sobie smaku. Karaluchy pod poduchy. Już jej nie ma.
Dobranoc, Książę.
Poniedziałek, 16 sierpnia
Bardzo jesteś pełna zasad, widać, że lubisz sobie zadawać trochę bólu w życiu. Św. Bernard z Clairvaux powiedział tak: ecce si vir cecidit per feminam, iam non erigitur nisi per feminam( Oto jeżeli mężczyzna upadł przez kobietę, nie powstanie inaczej niż dzięki kobiecie.)
*. Szukasz rozmowy z innymi i uciekasz. Nie wszyscy na świecie są niebezpieczni, rozmowa nic nie znaczy, a czasem może pomóc.
Xawery
„Co chciałeś mi powiedzieć między wierszami, cytując św. Bernarda? Że wykształcony jesteś” – pomyślała Joanna. A przecież to było dla niej oczywiste od początku.
Podobnie jak to, że zależało mu na tym, żeby myślała, że on szuka pocieszenia. W jej słowach, a nawet – kto wie – w jej ramionach. W niej. Tak miała myśleć, choć przecież św. Bernardowi niezupełnie o ten rodzaj  pocieszenia chodziło. Sentencja jest o czym innym, i tak się składa, że oboje wiedzieli o czym. Ale on chciał, żeby pomyślała, że to jakaś nieczuła kobieta go skrzywdziła, a teraz ona ma mu pomóc się podnieść. A przecież dobrze wiedział, że to jej potrzeba czułości. Męskiego ramienia. I że jest łatwą zdobyczą. Miała wrażenie, że Njujorker ma ochotę się zabawić, tylko nie wie czy warto.
I dlatego prosi ją o zdjęcie. „Więc dość już tej durnowatej korespondencji!” – pomyślała. – „A zdjęcie możesz sobie obejrzeć, jeśli tak ci na tym zależy. Jest w Internecie, wystarczy dobrze poszukać. Ale odpowiadać na jego maile nie będę”.
Farewell, dear Xavier, farewell!
Tak, dość tego! Joanna nie będzie się uzależniać od jakiegoś podstarzałego amanta, który siedzi przy komputerze o osiem godzin lotu stąd w Nju Jorku i pozuje na intelektualistę, marząc o długonogiej blondynce, którą mógłby przelecieć, o ile jeszcze cokolwiek może w tej dziedzinie. Xawery, lat  pięćdziesiąt z hakiem. No może nie z jakimś wielkim, ale ze średnim na pewno. Możnowładca.
Niech sobie popatrzy na jej zdjęcie. Zrobione w zeszłym roku, na dorocznym zjeździe mediewistów w Leeds, gdzie prowadziła jeden z warsztatów. W  rogowych okularach, z włosami ostrzyżonymi krótko, na chłopaka. Niech popatrzy w jej ciemne, inteligentne oczy. Niech się domyśli, że nie ma długich nóg, że jest raczej drobna, delikatna.
Nie w jego typie. Niech to wreszcie zobaczy i przestanie odpisywać na jej maile.
Zamiast z nadzieją gapić się w monitor, pójdzie teraz do łazienki, stawi czoła karaluchom, wejdzie do pokrytej rdzą wanny, weźmie prysznic. A potem zrobi sobie kawę.
I wreszcie popracuje nad CV. I zadzwoni do matki – wariatki.
Może nawet się do niej wybierze, chociaż nie była w mieszkaniu swojej  rodzicielki od lat. Ilu? Trudno powiedzieć.
Wielu, zbyt wielu. Więc może jednak najpierw ulepszy CV, a potem w nagrodę  za poświęcenie i trud sprawdzi pocztę. Pan Stadnicki pewnie jeszcze nie  odebrał jej maila. I nie zobaczył zdjęcia w Internecie, jeszcze się łudzi, że kobieta, której właśnie zaczął zawracać głowę, ma na tej głowie burzę  wspaniałych blond loków i najwyżej dwadzieścia cztery lata na liczniku. Jeśli  jednak już się obudził i przeczytał jej ostatni pożegnalny komunikat, a co gorsza, zajrzał pod wskazany przez nią adres, wie już wszystko. Wie, że jego  korespondentka nie jest godna uwagi. Bo nie ma już dwudziestu lat, blond czupryny i niebieskich oczu. Jej oczy są ciemne, pełne powagi i doświadczenia. To ostatnie najbardziej jej ciążyło. Doświadczenie.
Ale także niedoświadczenie w sprawach wiadomych, na których się nie znała z powodów oczywistych.
Login, hasło. I oto jest! Odpisał, mimo wszystko.
Nie spodziewała się tego.
Wtorek, 17 sierpnia
Miła Joanno, dziękuję Ci za zaufanie i za zdjęcie – jesteś ładna, skupiona, podobasz mi się. I nie żegnaj się, bo chciałbym się z Tobą zobaczyć za kilka miesięcy, kiedy będę w Polsce. Odpisz proszę.
Ściskam, Xawery
Spotkanie za kilka miesięcy. Też coś! Żadnych spotkań z Njujorkerem Joanna nie przewiduje ani teraz, ani za kilka miesięcy. Zaletą ich znajomości jest  dystans, owe osiem godzin lotu, które łatwo zmienić w sześć lub nawet siedem tysięcy kilometrów, jak w Baśniach z tysiąca i jednej nocy. Odległość nie do  przebycia, nie do pokonania. I oto właśnie chodzi, żeby nigdy się nie spotkać! Żadnych marzeń, panie Xawery, żadnych marzeń. „A swoją drogą i ty mógłbyś jakieś zdjęcie nadesłać, żebym wreszcie mogła cię ujrzeć!” – pomyślała.
Popatrzyłem dzisiaj jeszcze raz na Twoje zdjęcie - trzymasz głowę jak Primavera Botticellego. Kiedyś znałem kogoś, kto tak przechylał głowę... Fajne zdjęcie.
Pa, Xawery
Bezsenny zza Oceanu. Pisze, że nie może spać od lat.
I jak tu porzucić taką korespondencję? No jak? Po prostu się nie da. Nie da się i już. A przecież powinna! Z braku lepszego zajęcia napisze do niego kolejnego maila. Przecież i tak nie ma nic do roboty. Po co pisać jakieś  bzdurne CV? Po co starać się o pracę w archiwum, po co w ogóle pracować? Po co dzwonić do matki, która niczego od niej nie oczekuje? A tym bardziej  ona od matki. Lepiej korespondować z bezsennym możnowładcą, który już  chyba wyzbył się złudzeń co do jej wyglądu.
Tego dnia napisała trzy maile pod rząd. Nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Ani  słowa. Więc napisała po raz czwarty, pytając wprost i bez ogródek, czy aby jej  korespondent nie jest trochę zmęczony odpowiadaniem na jej wołania o pomoc.
Nie jestem trochę zmęczony. Pierwszego dnia po bezsennej nocy zawsze jestem bardzo, bardzo zmęczony i to nie, do cholery, odpowiadaniem na Twoje maile! Jak będę tym zmęczony, to Ci to napiszę. Teraz jest dziesiąta rano, spokój w pracy, przestaje mnie łupać w głowie i mogę trochę napisać. Przeuroczy chudeusz jesteś! Śliczny masz uśmiech. Bardziej podobałabyś mi się w długich włosach - nie wiem, to chyba taka atawistyczna macho  preferencja.
Mam problemy z bezsennością, dziś wieczorem wezmę tylko melatoninę i zobaczymy, co będzie. Jest też taki trick na problemy ze spaniem (sposób  number 35a) – urwać się z roboty i wystawiać twarz na słońce aż do spalenia – u nas słońce jest b. ostre, wtedy wydzielanie melatoniny naturalnej cofa się b. mocno i organizm nie próbuje kompensować za niewydzieloną noc, a  wieczorem jest lepiej. Zrobiły mi się od tych praktyk ciemne plamy na nosie. Muszę przerwać cdn. za dwadzieścia minut...
Pa, X.
Najważniejsze, że przysłał jej zdjęcie. Nie wygląda na swoje lata. Śliczny ma uśmiech, taki słoneczny, rozbrajający.
Pewnie nieraz ratował go z opresji, ten uśmiech. A do tego włosy w kolorze starego srebra. I czoło takie wysokie.
To przez te włosy, które uciekają coraz wyżej i wyżej. Tylko dlaczego on nie może się pogodzić z tym, że łysieje? Dlaczego to maskuje? Zaczesuje. Robi pożyczki. Przecież to śmieszne i nie w jego stylu! A jednak chyba się  zauroczyła.
Nie po raz pierwszy w życiu zresztą. Właśnie dlatego, że miał słabości, nie tylko te, o których mówił otwarcie, ale także te zaczesane. Bardzo jej kogoś przypominał. Kogoś ważnego...

Grzechy Joanny

Autor: Joanna Marat
Wydawnictwo: Replika
Wydanie polskie: 11/2011
Liczba stron: 240
Format: 130 x 200 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788376741543
Cena z okładki: 9,99 zł


blog comments powered by Disqus