Fragment książki "Anioły cienia"

Autor: Kai Meyer

Odcięci od Świata

 


Bez wątpienia było to twarde lądowanie. Skończyło się jednak łagodnie.

Uszkodzenie śmigła było większe, niż przypuszczano, także system hydrauliczny był zepsuty. To, że pilotowi mimo wszystko udało się sprowadzić samolot na ziemie, i że nikt nie odniósł obrażeń, graniczyło z cudem. Po wylądowaniu przez kilka sekund panowała jeszcze pełna leku cisza, lecz potem pasażerowie nagrodzili kapitana gromkimi brawami.

Szybko otwarto jedno z wyjść ewakuacyjnych. Na zewnątrz było ciemno. Jeśli ktoś liczył na to, że zobaczy karetki z błyskającymi kogutami oraz personel lotniska, mógł się czuć zawiedziony.

Pas lądowiska był pusty. Nikt ich nie oczekiwał, nikt nie spieszył z pomocą. Ponieważ nikt nie podjechał z platformą schodów, zaszła konieczność spuszczenia z kabiny prowizorycznej drabinki. Dzięki niej pasażerowie opuścili pokład. Odległość między kabiną a pasem była zbyt wielka, aby ludzie mogli po prostu wyskoczyć.

W końcu wszyscy cali i zdrowi stanęli na piasku. Japończycy rozmawiali po angielsku z pilotem, a profesor podszedł do dzieci.

- Nie ma niebezpieczeństwa eksplozji - wyjaśnił z nerwowym uśmiechem. - Tak przynajmniej mówi kapitan. Po tym, jak bezpiecznie sprowadził nas na ziemie, możemy mu w pełni wierzyć, jak sądzę.

- Czy wezwał pomoc? - zapytał Nils.

Profesor zaprzeczył ruchem głowy. - Krótko przed lądowaniem wysiadła elektronika.

Pracowały tylko agregaty awaryjne. Dla nadajnika już nie starczyło energii. - Gdy zobaczył zatroskane twarze przyjaciół, dorzucił pospiesznie:

- Oczywiście już w czasie tych turbulencji nadano sygnał SOS, jednak nie ma pewności, czy ktoś go odebrał. W każdym razie nie nadeszło żadne potwierdzenie.

Kira rozejrzała się dokoła z westchnieniem.

- No to jesteśmy załatwieni, prawda?

Za odpowiedź wystarczył widok opuszczonego lotniska. Poza tym, którym przylecieli, nie było tu żadnych innych samolotów, a cóż dopiero mówić o wieży kontrolnej. Jedynym budynkiem, który można było zauważyć w oddali, była szopa z blachy falistej. W malutkich okienkach było ciemno.

Piaszczysty pas lądowiska ograniczał z prawej i lewej strony grunt pokryty drobnymi skałami. Na horyzoncie błyszczało w świetle księżyca Morze Śródziemne. W innych warunkach byłby to idylliczny obraz. Teraz jednak dwunastu rozbitków czuło się tu bardzo samotnie.

- Witamy na końcu świata - skomentował sytuacje Nils.

Profesor poklepał go po plecach i poszedł osobiście sprawdzić, co znajduje się w szopie z falistej blachy. Niedługo potem kapitan uwolnił sił od gromady Japonczyków i pospieszył za profesorem. Obaj mieli nadzieję, że w budynku znajdą czynny nadajnik radiowy.

Liza spojrzała w górę, na ciemne niebo. Myślała o tajemniczym obcym, który najpierw uratował im życie, a potem uśmiechnął się do nich przez okienko samolotu.

- Myślisz, że on nas obserwuje? - spytała cicho Kira. Także ona spoglądała w górę, na niebo.

- Z pewnością - odparła Liza. - Po tym, co dla nas zrobił, będzie chciał mieć pewność że nic nam się nie stało.

Chryzek zmarszczył czoło. - A może jemu wcale nie chodziło o nas?

Spojrzeli na niego ze zdumieniem.

- Myślisz, że on chciał to jajo? - zapytał Nils.

- To. jajo wyglądało jak czaszka jednego z tych facetów - odparł Chryzek. - W każdym razie istnieje związek miedzy tym atakiem a znaleziskiem twojego ojca, Kiro.

Dziewczynka przyznała mu rację - Ojciec będzie musiał nam to wyjaśnić.

- Jak dotąd wiele nie powiedział na ten temat - zauważył cynicznie Nils. - Nie jestem pewien, czy zmieni zdanie, jeśli mu opowiemy, że na skrzydle samolotu z tego powodu pobiło się dwóch typów.

- Myślisz, że nam nie uwierzy? - spytała Liza.

Brat skinął głową.

Kira się sprzeciwiła. - Mój ojciec wie, że matka przekazała nam znaki Siedmiu Pieczęci. I wie też, jakie to ma znaczenie.

Nils pokazał jej swoje przedramię. - Jednak znaki pozostały niewidoczne. Nie mamy żadnych dowodów na to, co się wydarzyło w powietrzu.

- On jest moim ojcem i nie będzie potrzebował żadnych dowodów, żeby nam uwierzyć - powiedziała stanowczo Kira.

- W końcu to on pisze książki o UFO i tym podobnych rzeczach - dodała Liza.

- Czy zastanawialiście się, dlaczego znamiona się nie ukazały? - rzucił Chryzek. - Myślę, że one powinny nas zawsze ostrzegać, prawda?

- A może znikły na zawsze? - powiedział z nadzieją Nils. Nie krył, jak bardzo by chciał, żeby tak było.

- Nigdy w życiu - stwierdziła Kira stanowczo. -Te znamiona nie znikają tak łatwo.

Pozostają aż do śmierci... i jeszcze dłużej. - Nie była tego do końca pewna, jednak brzmiało to prawdziwie.

- Znaki reagują na wszystko, co jest złe - myślała Liza głośno - Wobec tego jedynym wyjaśnieniem jest, że ci mężczyźni nie byli w rzeczywistości źli. I dotyczy to wszystkich trzech, nie tylko tego, który nam pomógł.

- Jednak ci dwaj chcieli nas zamordować - odparł ostro Nils.

Kira przełknęła ślinę. - Może mieli ku temu jakiś powód. Taki, który nie ma nic wspólnego ani z dobrem, ani ze złem.

- Głowa z Lachis - dodał Chryzek.

Kira skinęła głową.

Czekali w milczeniu na profesora i pilota. Gdy wrócili, ich zawiedzione miny mówiły same za siebie. Szopa była pusta. Wyglądało na to, że od lat nikt do niej nie zaglądał.

Ojciec Kiry powiedział, że powinni wspólnie zbadać wyspę i poszukać pomocy. Pilot pozostanie z Japończykami przy samolocie i oceni powstałe szkody.

Dzieci ucieszyły się z takiej decyzji. Nie musiały siedzieć bezczynnie i czekać, aż przyjdą im z pomocą pasażerowie jakiegoś statku lub samolotu. Poza tym była to okazja, aby bez obecności innych pasażerów wypytać profesora o skarb z Lachis.

- Pilot powiedział, że ta wyspa nie jest duża.

- Profesor zdjął z głowy miękki kapelusz i podrapał się po błyszczącej łysinie. - Gdy nadlatywał nad ląd, odkrył wioskę. Ona leży dalej, w górze, nad północną zatoką.

- Na północy? - spytał Nils bez przekonania. Skąd mieli wiedzieć bez kompasu, w jakim kierunku iść?

Jednak profesorowi wystarczył rzut oka na nocne niebo. Określił kierunek marszu na podstawie położenia gwiazd. - Tam dalej - powiedział i wskazać w kierunku szopy. - Jeśli się nie mylę, to obok skał jest nawet droga, prawda?

Przyjaciele spojrzeli we wskazanym kierunku. Rzeczywiście - w słabym świetle księżyca dało się zauważyć wąską ścieżkę miedzy skałami.

Ruszyli wiec w drogę i po pewnym czasie znaleźli się w położonym wyżej miejscu, skąd można było obserwować dalszą część wyspy. Morze Egejskie, malowniczy akwen wodny we wschodniej części Morza Śródziemnego, znane było z wielu małych wysepek. Oczywiście oni musieli wyl1dowaa na jednej z najmniejszych. To było do przewidzenia.

W świetle księżyca trudno było rozeznać dokładnie rozmiary wyspy, jednak Liza oceniła, że w najszerszym miejscu miała nie więcej niż cztery kilometry. Nie było tu drzew, tylko strome skały, na których rosła szczeciniasta trawa i kilka skąpych krzewów.

Gdy ich wzrok przyzwyczaił się do słabego oświetlenia, zauważyli też wioskę - Była oddalona o jakieś pół godziny drogi pieszo. Oczywiście, jeśli po drodze nie było w skałach szczelin, które uniemożliwiłyby im dalszy marsz.

 

Budynki były białe i stały obok siebie. Zostały zbudowane na skalnej ścianie, która opadała stromo do morskiej zatoki.

- Czy widać jakieś światła? - spytał Chryzek.

- Ani jednego - odparł Nils. - Sprawia wrażenie wymarłej.

- O tej porze to nic dziwnego - powiedział profesor, chcąc podnieść dzieci na duchu. - Ludzie przecież śpią. Są prawdopodobnie rybakami lub pasterzami kóz, a tacy muszą wcześnie wstawać.

Kira i Liza wymieniły spojrzenia, powstrzymały się jednak od komentarzy. Obie myślały o tym samym: jeśli wioska po tamtej stronie była wioską duchów, to nieprzypadkowo wylądowali właśnie tutaj. Coś nimi kierowało, jaka. siła, która nie miała nic wspólnego ze zbiegiem okoliczności. Ktoś lub coś chciało, aby znaleźli się na tej wyspie, z dala od cywilizacji. I dziewczęta ze strachem oczekiwały następnego posunięcia przeciwnika.

Maszerowanie ścieżką biegnącą miedzy skałami na północ, w kierunku wioski, zajęło im około dziesięciu minut. Nagle ciemność przed nimi rozświetliły dwa reflektory samochodowe.

Były to światła jeepa.

Pojazd zbliżał się z rykiem silnika. Gdy zahamował koło nich, żwir zaskrzypiał pod szerokimi oponami.

Za kierownicą siedział niski mężczyzna; jego twarz wyglądała jak owoc, który za długo leżał na słońcu - była szczupła i pofałdowana, a słony morski wiatr wyżłobił na niej bruzdy przypominające niewprawne uderzenia dłuta rzeźbiarza. Z o wiele za długich szortów wystawały stare, zmęczone nogi. Miał na sobie koszule z krótkim rękawem oraz czapkę bejsbolówkę z kolorowym nadrukiem. Liza próbowała zgadnąć, w jakim może być wieku - ale bez powodzenia. Mężczyzna mógł mieć zarówno czterdzieści, jak i sto lat.

Przywitał ich w kilku językach, zanim odkrył, że są Niemcami.

- Domyślam się, że przyleciał pan tym samolotem - powiedział do ojca Kiry z francuskim akcentem. Potem spojrzał na dzieci:

- Mam nadzieję, że wszyscy są cali i zdrowi po tym lądowaniu.

- Wszystko w porządku - powiedział Chryzek, jednak nie zabrzmiało to zbyt przyjaźnie.

Liza ukradkiem spojrza3a na swoje przedramię - żadnych znaków. Jednak po tym, co zdarzyło się w powietrzu, nie miało to większego znaczenia. Rzeczywiście, musiała przyznać, że ten mężczyzna nie wyglądał szczególnie groźnie. Raczej dziwacznie.

- Doktor Jean-Denis Pastel - przedstawił się Francuz. - Kierownik stacji meteorologicznej na tej gościnnej wyspie. I jedyny pracownik tej stacji.

- Żabka-pogodynka - wyrwało się Lizie. Gdy wszyscy na nią spojrzeli, poprawiła się ze wstydem: - Chciałam powiedzieć meteorolog.

Ojciec Kiry też się przedstawił i wymienił imiona dzieci.

Castel skinął głową, jakby to spotkanie z nieznanych powodów sprawiło mu dużą przyjemność. - Jesteście w drodze do wioski, jak się domyślam. Ten marsz możecie sobie darować. Tam nikt nie mieszka.

Kira, która już miała przed oczyma sterty trupów, zbladła. - Co się stało?

Castel roześmiał się - Co się stało? Nic takiego. Ludzie opuścili te wyspę przed kilkoma laty. Nie pozostało im nic innego. Młodzi ludzie od lat uciekali stąd na stały ląd lub na którąś z większych wysp. A starzy... no cóż, wszyscy jesteśmy śmiertelni. Niektórzy umarli, a pozostali odeszli, gdy połowy ryb przestały dostarczać odpowiedniej ilości pożywienia.

- To znaczy, że pan jest jedynym człowiekiem, który mieszka na tej wyspie? - zapytał profesor.

- Obawiam się, że tak. - Francuz szeroko się uśmiechnął, a na jego twarzy pojawiło się jeszcze więcej bruzd. - Jeśli szuka pan kogoś, kto mógłby udzielić wam pomocy, to musi się pan zadowolić mną. I do tego nie mam pewności, czy jestem w stanie naprawdę wam pomóc.

- Z pewnością ma pan w swojej stacji nadajnik radiowy.

- No tak, oczywiście.

- Wspaniale.

- Niestety, jest zepsuty.

Profesor spojrzał na Castela zdziwiony. - Zepsuty?

- Uszkodzony... nie działa... czy jak pan to zechce nazwać. - Castel wykonał zapraszający ruch. - Ale proszę mi towarzyszyć. Być może wspólnie znajdziemy jakiś sposób, aby go zreperował. Ja sam za bardzo się do tego nie nadaje.

Liza zauważyła, że dłonie Francuza drżą. Wiedziała, że starzy ludzie często cierpią na tę chorobę. Nie miała jednak pojęcia, jak ona się nazywa.

Profesor spojrzał pytająco na pozostałych. Choć byli od niego dużo młodsi, nie chciał bez ich zgody podejmować decyzji. To była jedna z wielu rzeczy, za które tak bardzo go lubili. Traktował ich jak dorosłych... przynajmniej czasami.

Liza miała nadzieje, że w czasie pieszej wędrówki uda im się wydobyć z profesora jakieś szczegóły dotyczące Głowy z Lachis. Teraz jednak, gdy był z nimi Castel, mogli o tym zapomnieć: ojciec Kiry nie powie przy obcym ani słowa o swoim znalezisku.

- No nie wiem - mruknęła Kira, która myślała podobnie jak Liza. - Powinniśmy mimo wszystko najpierw pójść do wioski.

Chryzek i Nils skinęli głowami, a Liza dodała: - Może znajdziemy tam coś do jedzenia. Jestem głodna. - To było małe oszustwo, bo w tej chwili nikt nie myślał o jedzeniu. Miała nadzieję, że tym sposobem skłoni profesora do rezygnacji z jazdy z Castelem.

Jednak ojciec Kiry już podjął decyzję. - Myślę, że powinniśmy najpierw pojechać z doktorem. Być może ma on coś jadalnego u siebie.

Francuz przytaknął. - Suszone mięso, suszone owoce, płatki i mleko w proszku. Nic szczególnego, ale starczy dla wszystkich.

Nie pozostało im nic innego, jak się przyłączyć. Gdy wszyscy wsiedli do małego jeepa, Castel nacisn13 energicznie na gaz. Liza ze strachu wstrzymała oddech. Kira i chłopcy też nie wyglądali na szczęśliwych.

Samochód jechał przez pusty, skalisty teren wyspy. Stacja meteorologiczna Castela leżała na wzgórzu w zatoce zachodniej, niecałe sto metrów od morza. Budynek był mały i szary. Na dachu błyszczało kilkanaście anten i innych tajemniczych urządzen.

Tuż po przybyciu weszli do jedynego pomieszczenia stacji, które było zawalone maszynami i pulpitami sterowniczymi, migającymi monitorami komputerów i staromodnymi urządzeniami pomiarowymi. W kącie stała wąska leżanka z rozgrzebaną pościelą, obok lodówka i kuchenka elektryczna. Na zewnątrz, na tylnej ścianie budynku huczał generator prądu.

Castel wskazał mały nadajnik radiowy stojący na biurku, zakopany w papierach i wydrukach komputerowych. Przed nim leżały cienkie, druciane, lekko powyginane słuchawki. Jakby ktoś ze złością rzucił nimi o ścianę.

- Tam stoi to bydlę - powiedział meteorolog. - Od prawie tygodnia nie mam kontaktu ze światem zewnętrznym. Zapasy wystarczą jeszcze na miesiąc, ale jeśli złamię nogę lub stanie mi się coś innego, znajdę się w położeniu bez wyjścia.

Profesor pochylił się nad urządzeniem, zdjął już odkręconą pokrywę i przyglądał się plątaninie kabli i kontaktów. Westchnął ciężko i spojrzał na Castela.

- Czy zna się pan na tym?

- Poniekąd. - Francuz podniósł trzęsące się ręce. - Boje się tylko, że moje palce nie nadają się do mechaniki precyzyjnej. Mogę panu mniej więcej powiedzieć, co jest do zrobienia, ale naprawy musi pan dokonać sam.

Profesor wstał. - Zgoda. Pozwoli pan, że najpierw pojedziemy z powrotem do samolotu. Musimy zawiadomić pozostałych. Poza tym, pożyczymy sobie z samolotu skrzynkę z narzędziami.

Liza odkryła pod łóżkiem Francuza kalendarz z pożółkłymi zdjęciami nagich kobiet.

Był sprzed ośmiu lat.

Chciała natychmiast stąd zniknąć.

Siedem Pieczęci #5 - Anioły cienia

Autor: Kai Meyer
Tłumaczenie: Roman Niedballa
Wydawnictwo: Videograf II
Miejsce wydania: Chorzów
Wydanie polskie: 12/2006
Tytuł oryginalny: Sieben Siegel:
Liczba stron: 144
Format: 125x195 mm
Oprawa: twarda
ISBN-13: 978-83-7183-427-1
Wydanie: I
Cena z okładki: 6,99 zł


blog comments powered by Disqus