Fragment #1 z książki "Merle i Kamienne Światło"

Autor: Kai Meyer

Lekki podmuch wiatru musnął twarz Serafina. Ciarki przeszły mu po plecach. Spojrzał na niebo. - Nie tylko dostarczał Lordowi Światło lustra. Na jego rozkaz przyjął pod swój dach Merle i Junipe.

- Jak to... - zaczął Dario i potrząsnął głową. Nie przepadał za dziewczynkami, ale nie aż tak. - Mów dalej.

- To wszystko. Junipa była niewidoma, sam wiesz. A Arcimboldo na życzenie Lorda Światło wprawił jej lustrzane oczy.

- Tak, te przeklęte oczy - żachnął się Dario. - One są takie niesamowite. Jak lód. Wieje od nich chłodem. - Przerwał i zamyślił się. Po chwili dodał: - Ale w jakim celu ? Jaką korzyść ma piekło czy Lord Światło z tego, że Junipa może widzieć?

- Nie mam pojęcia. - Serafin zauważył, że Dario ma wątpliwości. - Naprawdę nie mam pojęcia, l sadzę nawet, że sam Arcimboldo tego nie wie. Uczynił to, co mu kazano. By ratować warsztat i czeladników. Obawiał się, że jeśli sprzeciwi się woli Lorda Światło, to bedzie musiał odesłać was z powrotem do sierocińca. Chodziło mu wyłącznie o wasze dobro. - Serafin odczekał chwilę i dopowiedział: - I nie posiadał się z radości, że mógł pomóc Junipie. Powiedział nawet, że dziewczynka była szczęśliwa, kiedy wreszcie odzyskała wzrok.

- A dlaczego zjawiliśmy się tutaj?

- Talamar, posłaniec Lorda Światło zażądał, by Arcimboldo wydał mu Junipe. Określił nawet datę wydania. Ale, tak sądzę, przeczuwał, że mistrz odmówi. Dlatego musimy ukryć jego, Junipę i Unke. Zanim...

- Zanim Talamar sam nie zjawi się po dziewczynkę - dokończył Dario. - I ukarze Arcimbolda za nieposłuszeństwo.

- Nie wycofujesz się teraz? - Serafin wciąż pamiętał, co wydarzyło się w warsztacie, kiedy Dario skoczył na niego z nożem i posłużył się Junipą jako ochronną tarczą. Dziś jednak Serafin miał wrażenie, iż ma do czynienia z innym człowiekiem. Uczciwszym wobec innych, uczciwszym wobec samego siebie.

- Jasne, że nie! - Dario zdecydowanym ruchem, choć zdradzającym nieco bezradność, wyciągnął swoją szablę. - Nieważne, z kim stoczymy potyczkę. Nawet jeśli faraon z Lordem Światło przepijają brudzia, pokażemy im, gdzie pieprz rośnie.

Serafin uśmiechnął się i podeszli razem do drzwi warsztatu. Nad bramą wisiał napis: Warsztat magicznych luster mistrza Arcimbolda. Dziś bardziej niewiarygodny niż kiedykolwiek indziej. Tej nocy bogowie trzymali się od Wenecji z daleka.

Kiedy pusta łódź mistrza uderzyła o ścianę kanału, rozległo się ciche stukanie. Serafin i Dario przestraszyli się. Coś musiało wprawić wodę w ruch. Może tylko wiatr?

Na niebie nie było skrzydlatych lwów.

Wejście do warsztatu było otwarte. Zdziwiony Dario spojrzał na Serafina, ale ten wzruszył tylko ramionami.

Kiedy podeszli bliżej, stwierdzili, że zamek w drzwiach jest wyważony. Więcej nawet, był doszczętnie zniszczony, podobnie jak dębowe drzwi, które z całą siłą musiały uderzyć o ścianę, skoro w wielu miejscach odpadł tynk.

Serafin szepnął jedno słowo: - Talamar.

Nie wiedział, skąd ma tę pewność. Równie dobrze do środka mogli się wedrzeć wojownicy-mumie. Ale po zapachu wyczuwał tu obecność niewolników Lorda Światło, których nieprzyjemny zapach zatruwał powietrze. Wyczuwał obecność bezgranicznie złego ducha, gorszego nawet od władcy, który przysłał go tu z misją.

- Talamar - raz jeszcze- wypowiedział to imię, tym razem głośniej i ze złością.

Potem zaczął biec, ignorując ostrzeżenie Daria, i nie zważając na panujący w holu mrok. Wbiegł pędem na schody, skręcił na pierwszym piętrze i przestraszył się kiedy na ścianie zobaczył zwinnie poruszające się zarysy postaci. Ale to był tylko on sam, odbijający się w niezliczonej ilości zawieszonych na ścianach lusiter.

Dario biegł tuż za nim. Nagle rozległ się przeraźliwy wrzask. Dario przyśpieszył i prawie przegonił Serafina.

Któż tak krzyczał? I dlaczego? Może wcale nie z powodu męczarni i katuszy, tylko w porywie triumfu?

Po korytarzach rozchodziły się szepty dobiegające ze wszystkich stron: - Życzeniu stało się zadość, zaklęcie zadziałało, układ wypełniony.

Chłopcy skręcili w długi korytarz, prowadzący prosto do wysokich drzwi warsztatu. Od niepamiętnych czasów przypominał on bardziej laboratorium alchemika niż pomieszczenia rzemieślnika. Lustra Arcimbolda powstawały z mlecznego szkła, magii i esencji Królowej Laguny.

Ale gryzące opary, wypełniające powietrze w korytarzu, nie miały wiele wspólnego z alchemicznymi substancjami czy magią. Były raczej złowieszczymi zwiastunami obecności Talamara. Serafin o tym wiedział i czuł to przez skórę. Zmysł ostrzegawczy wysyłał sygnały i uderzał na alarm. Rozum podpowiadał, by jak najszybciej zawrócić z drogi.

Ale on biegi dalej. Podniósł do góry szablę, rozchylił usta, by wydać okrzyk złości lub bezradności - i wpadł przez otwarte drzwi do laboratorium, przedzierając się przez opary gryzącego dymu i kwasu. Potknął się i po chwili wstał z trudem.

W kącie nieruchomo leżała Unke. Może martwa, a może tylko nieprzytomna. W zasnutym mgłą pomieszczeniu trudno było stwierdzić, czy jeszcze oddycha. Na twarzy odwróconej w drugą stronę nie miała maski. Serafin wątpił, czy Dario widział już kiedykolwiek byłą syrenę bez maski na twarzy. Jeżeli nie, to nawet dobrze, że nie patrzyła w ich kierunku. Jej rybi pysk, ostatnie znamię oceanicznego rodowodu, mógł go nieźle przestraszyć.

Coś poruszyło się we mgle. Jak wielki pająk na czterech nogach. Albo nieudolnie spreparowana kukła z połamanymi kończynami. Brzuch zwrócony do góry, głowa na dół, szpiczasta broda do góry, a zdradliwe oczy na dół. Sylwetka człowieka robiącego mostek. Tyle, że pozbawiona ludzkich cech.

To posłaniec piekieł wlókł za sobą bezwładne ludzkie ciało.

Ciało Junipy.

Serafin zawahał się tylko przez moment. Upewnił się, że Dario widzi to, co on, i przebijając się przez gryzące opary, rzucił się szczupakiem na Talamara tak szybko, że ten nie zdążył zareagować. Zamiast zrobić unik, wypuścił ciało Junipy z rąk, uniósł rękę do góry, przekręcił ją w sposób niemożliwy dla człowieka, i odparł cios szabli samą skórą, twardą jak kamień, odporną niczym chitynowy pancerz owada. Ostrze odbiło się, wydając przy tym głuchy dźwięk. Serafin wykonał tak zamaszysty ruch, że o mały włos sam nie stracił równowagi. Ostatkiem sił utrzymał się na nogach, cofnął dwa kroki do tyłu i stanął okrakiem, gotów do dalszej walki.

Teraz z przekręconego czerepu Talamara wydobył się przeraźliwy śmiech. Jego rozbiegane oczy rozglądały się nerwowo i sondowały, odkrywszy drugiego przeciwnika.

Dario wyciągnął naukę z błędów Serafina. Zamiast stanąć naprzeciw bestii, zrobił krok do tylu, zamarkował skok w bok, po czym z akrobatyczną zręcznością przeskoczył przez przeciwnika, a obracając się w powietrzu, uderzył go szablą.

Talamar jęknął. gdy ostrze szabli przecięło mu skórę. Zerwał się jak przy ukąszeniu komara, wydobył z siebie serię dziwacznych dźwięków i wyjął z ciała ostrze szabli. Jej szpic zatopił się w jego skórze nie głębiej niż na grubość palca. Zbyt płytko, by go poważnie zranić czy unieszkodliwić. Dario zamaszyście wycisnął szablę, zanim Talamar zdążył ją pochwycić. Stanął na równe nogi, kołysząc się nieco, odzyskał szybko równowagę i krzyknął coś do Serafina. Ale jego głos zgubił się w gniewnym ryku potwora.

Dario stał teraz po prawej stronie Talamara, podczas gdy Serafin cały czas był po lewej. Jeśli przeprowadzą teraz szybki i skuteczny atak, mogą wziąć bestię w kleszcze. Jeśli...

Talamar potrafił porozumiewać się w języku Wenecjan. O tym Serafin sam mógł się przekonać, chociaż dźwięki, jakie teraz wydawał, brzmiały tak obco, że wywoływały ból w uszach. Jakby stwór specjalnie wysyłał wibrujące, żywe impulsy mające osłabić i zdekoncentrować przeciwnika.

Serafin opanował się. Wodził wzrokiem za bezwładnym ciałem Junipy, częściowo zasłoniętym przez Talamara. Zdawało mu się, że przez chwilę błysnęło coś metalowego, Iustrzane oczy dziewczynki. Tak, były otwarte. I patrzyła na niego. Nie mogła się jednak  poruszać, jakby obezwładniona magicznym zaklęciem Talamara. Ale oddychała. To widział całkiem wyraźnie. Żyła. I teraz tylko to się liczyło.

Dario zagwizdał. Serafin spojrzał na niego i skinął głową. Obydwaj ruszyli na Talamara, śmigając szablami i próbując przeciąć jego pancerną skórę. Stal uderzyła w pancerz. Bez rezultatu.

Talamar zawył ponownie. Nie z bólu. Ze złości. I rozpoczął kontratak.

I postanowił zacząć od niego. Wystawiał w jego stronę zakrzywione szpony u rąk, nie krótsze niż ostrze sztyletu, i równie ostre. Bestialskie, tnące powietrze kończyny. Dario krzyknął i zatoczył się, uderzając o drewnianą ławkę. Przeleciał przez drewniany blat stołu, natychmiast kryjąc się za nim. Uczynił to we właściwym momencie, gdyż Talamar już chciał zatopić w nim swoje szpony. Zamiast w ciało Daria, wbił je w drewnianą ławę, pozostawiając na blacie pięć głębokich dziur.

Serafin wykorzystał moment zaangażowania się bestii w pojedynek z kompanem. Nie wiedział, jak przeciąć pancerną skórę Talamara, ale instynkt podpowiadał mu, że celem ataku musi uczynić czerep bestii. Ciął szablą szare opary, rozpędzał kłębiaste dymy sprzed gęby Talamara, tak że po raz pierwszy była dobrze widoczna. Przez ułamek sekundy zobaczył ostre cierniowe kolce, które potwór w formie opaski miał nałożone na oczy. Jeden kolczasty kosmyk poluzował się i zwisał w dół, sięgając mu aż do ust.

Serafin celował ostrzem szabli w gębę Talamara. Jednak pierwsze uderzenie trafiło w próżnię.

Wrzask, jaki wydobył się teraz z gardzieli bestii, skowyczący i dziki, przeszył Serafina na wskroś i po raz pierwszy wzbudził w nim strach o własne życie.

Zamiast zebrać siły do kolejnego ataku, ruszył do przodu, uderzył i poczuł, jak przeciwnik zamortyzował pchnięcie. Szabla Serafina pękła, rozsypując się na drobne kawałki.

Talamar zamachnął się i dosięgnął młodzieńca, choć gdyby uderzenie było dokładniejsze, mogło okazać się śmiertelne. Na szczęście szpony bestii drasnęły tylko chłopca, pozostawiając na policzku liczne zadrapania. Serafin zatoczył się i upadł na ziemię. Ledwo mógł oddychać. Kiedy doszedł do siebie, Talamara już nie było.

Nie było też Junipy.

- Serafinie?

Rozejrzał się i zobaczył, że Dario wstaje spod ławy, podnosi szablę z ziemi i z niedowierzaniem wlepia wzrok w pięć ostrych wgłębień w blacie stołu. Nie trzeba było mieć wybujałej wyobraźni, by wyobrazić sobie, co zostałoby z Serafina, gdyby dosięgnął go cios piekielnego potwora.

Merle #2 - Merle i Kamienne Światło (twarda oprawa)

Autor: Kai Meyer
Wydawnictwo: Videograf II
Miejsce wydania: Chorzów
Wydanie polskie: 10/2006
Tytuł oryginalny: Merle: Das Steinerne Licht
Wydawca oryginalny: Loewe Verlag
Rok wydania oryginału: 2002
Liczba stron: 304
Format: 145x210 mm
Oprawa: twarda
ISBN: 83-7183-415-2
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,00 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus