"Syreny" - fragment #1 książki "Merle i Królowa Laguny"

Autor: Kai Meyer

Syreny

Gondola z dwiema dziewczynkami wyłoniła się z jednego z bocznych kanałów. Musiała chwilę odczekać, by przepuścić łodzie wyścigowe mknące szybko po Canale Grande. A nawet przez następnych kilka minut u ujścia kanału panował jeszcze tak duży ruch, że gondolier wolał uzbroić się w cierpliwość i dać pierwszeństwo przepływającym parowcom i łodziom.

- Zaraz płyniemy dalej!- krzyknął w stronę dziewczynek i obydwoma rękami mocno chwycił wiosła. -Chyba się nie spieszycie?

- Ależ skądże - odpowiedziała Merle, starsza z nich. Tak naprawdę jednak była podniecona jak jeszcze nigdy dotąd.

Od kilku dni w Wenecji nie mówiono o niczym innym, jak właśnie o regatach na Canale Grande. Organizatorzy zapowiadali, że łodzie będą ciągnięte przez rekordowo liczną rzeszę syren. "Kobiety-ryby", tak niektórzy z pogardą określali syreny, co było jedną z licznych inwektyw, jakimi je obdarzano. Przede wszystkim uparcie twierdzono, że syreny wchodzą w układy z Egipcjanami. Jednocześnie mało kto dawał temu wiarę, ponieważ to właśnie armie faraona przepędziły je ongiś z akwenów Morza Śródziemnego.

W dzisiejszych regatach na starcie, usytuowanym na południowym krańcu Canale Grande, na wysokości Casa Stecchini, stanęło dziesięć łodzi. Każdą z nich ciągnęło dziesięć syren. Dziesięć syren - liczba dotychczas niespotykana, prawdopodobnie rekord. La Serenissima, Najjaśniejsza, jak nazywano Wenecję, takiego widowiska jeszcze nie oglądała.

Syreny płynęły w formacji przypominającej wachlarz. Zaprzągnięto je do łodzi długimi linami, które potrafiły się oprzeć nawet im ostrym jak igła zębom. Prawa i lewa strona kanału, promenady, balkony oraz okna pałaców wypełniły się ludźmi oczekującymi na pasjonującą rozgrywkę.

Ale fala podniecenia ogarniająca Merle nie miała nic wspólnego z regatami. Jego powód był zupełnie inny, w jej przekonaniu o wiele lepszy.

Gondolier odczekał jeszcze dobre dwie, trzy minuty, zanim skierował swoją czarną smukłą gondolę do leżącej naprzeciwko zatoczki. Omal nie doszło przy tym do kolizji z łodzią jakichś ważniaków, ciągniętą przez zaprzężone do dziobu syreny. Jej załoga przy dobiegającym znad brzegu wrzasku próbowała równać się z uczestnikami regat.

Merle zarzuciła do tyłu swoje długie czarne włosy, które wiatr nieustannie zwiewał jej na oczy. Miała 14 lat i nie była ani za duża, ani za mała jak na swój wiek, jeśli już, to może tylko trochę za szczupła. Zresztą tak jak wszystkie dzieci wychowujące się w sierocińcu, gdzie jedynie Ruggero był gruby. Podobno za sprawą choroby - tak przynajmniej utrzymywali jego opiekunowie. Ale czy rzeczywiście nocne zakradanie się do kuchni i pałaszowanie podwieczorku przygotowanego dla wszystkich dzieci można było wytłumaczyć chorobą?

Merle głęboko zaczerpnęła powietrza. Widok zniewolonych syren napełniał ją smutkiem. Istoty te posiadały ludzki tułów, pokryty jasną, idealnie gładką skórą, która była przedmiotem westchnień i wieczornych modlitw niejednej damy. Zdobiły je długie włosy. Ich obcięcie uchodziło wśród syren za przestępstwo, co z respektowali także ludzie. Od normalnych kobiet syreny odróżniały się przede wszystkim długim i mocnym ogonem-płetwą wyrastającym na wysokości bioder i z rzadka tylko nieprzekraczającym dwóch metrów. Ogon ten był gibki niczym pejcz, silny jak drapieżny kot i srebrny jak szkatułka w skarbcu rady miasta.

Druga wielka różnica w stosunku do kobiet polegała na tym, że syreny miały potworne, budzące ogromne przerażenie wśród ludzi pyski, które niczym otwarta rana rozpoławiały ich głowy na dwie części. Nawet jeśli inne ich rysy, choćby najpiękniejsze, przypominały ludzkie - w licznych wierszach opiewano ich oczy, a całe zastępy zakochanych młodzieńców gotowe były wejść dla nich do mokrego grobu - to właśnie pyski syren przekonały wielu, że nie mają do czynienia z istotami ludzkimi, tylko zwierzęcymi. Gardziel syreny sięgała od ucha do ucha. Ze szczęk wyrastało kilka rzędów ostrych zębów, wąskich i ostrych jak igły z kości słoniowej. Kto upierał się, że nie ma straszniejszej szczęki niż szczęka rekina, ten jeszcze nigdy nie zajrzał syrenie do pyska.

Tak naprawdę jednak niewiele o nich wiedziano. Wiadomo było tylko tyle, że syreny unikają ludzi. Dla wielu mieszkańców Wenecji stanowiło to wystarczający powód, by zapolować na nie od czasu do czasu. Szczególnie młodym chłopcom sprawiało wiele radości, kiedy mogli ścigać dorastające syreny, gubiące się jeszcze w labiryntach weneckich kanałów. Jeśli w trakcie pościgu któraś z nich zginęła, wyrażano po niej żal. Ale żeby z tego powodu czynić chłopcom jakiś zarzut? Nie, to było raczej niemożliwe.

Częściej jednak syreny wpadały w pułapkę. Zamykano je wtedy w arsenale, dopóki nie znaleziono powodu, by zacząć je karmić. Najczęściej czyniono to, mając na względzie wyścigi łodzi, rzadziej zupę rybną, nawet jeśli smak ich łuskowatych ogonów uchodził za legendarny, dalece przewyższający inne morskie przysmaki.

 

- Tak mi ich szkoda - westchnęła druga dziewczynka, która razem z Merle siedziała w gondoli.

Podobnie jak ona wyglądała na wygłodzoną i może jeszcze bardziej od niej kościstą. Długie jasnoblond, niemal białe włosy opadały jej na plecy. O swojej towarzyszce Merle wiedziała tylko tyle, że podobnie jak ona była wychowanką sierocińca, ale znajdującego się w innej dzielnicy Wenecji. Miała 13 lat, więc była młodsza od Merle o rok. Przynajmniej tak twierdziła. Na imię miała Junipa i była niewidoma.

- Szkoda Ci ich?- zapytała Merle. Niewidoma dziewczynka skinęła głową.

- Przed chwilą słyszałam ich głos- powiedziała.

- Przecież one nic nie mówiły.

- Ależ tak, pod wodą- zapewniła Junipa. - Śpiewały przez cały czas. Wiesz, mam świetny słuch, jak większość niewidomych.

Merle wlepiła oczy w Junipę. Dopiero teraz zrozumiała, jak nietaktownie się zachowała, i to niezależnie od tego, czy jej towarzyszka była niewidoma, czy też nie.

- Tak- wykrztusiła w końcu z siebie Merle. - Też mam takie wrażenie. Wydaje się, że one są jakby trochę melancholijne. Jakby coś utraciły, coś, co dla nich wiele znaczyło.

- Może wolność?- wtrącił gondolier, cały czas przysłuchujący się ich rozmowie.

- Coś jeszcze ważniejszego- odpowiedziała Merle, której brakło teraz słów na wyrażenie swoich myśli. - Może zdolności do przeżywania radości.- To nie było do końca to, o co jej chodziło, ale trochę bardziej oddawało jej myśl.

Merle była przekonana, że syreny są takimi samymi istotami ludzkimi jak ona sama. Inteligencją przewyższały niejednego jej kolegę z sierocińca. Ponadto miały uczucia. Oczywiście, że były one innego rodzaju, ale to jeszcze nikogo nie uprawniało do tego, by je zaprzęgać do łodzi albo według własnego uznania urządzać na nie polowania w lagunie.

Wenecjanie byli wobec syren bardzo okrutni. Właściwie wszystko , co zarzucali syrenom, czynili sami.

Merle westchnęła i powiodła wzrokiem po tafli wody. Dziób gondoli, w której siedziała, niczym ostrze żyletki przecinał szmaragdowozieloną toń wody. W wąskich kanałach woda była spokojna. Jedynie na Canale Grande pojawiały się silniejsze fale. Tu jednak, parę zakrętów od głównej arterii Wenecji, panował zupełny spokój. Gondola szybowała bezgłośnie pod sklepieniami kolejnych mostów. Niektóre z nich były zdobione inkrustracjami. Ale większość porastały chwasty.

Kamienice po obydwu stronach kanału były częściowo zanurzone w wodzie. Każda z nich miała przynajmniej cztery piętra. Przed kilkuset laty, kiedy Wenecja uchodziła za największą handlową potęgę świata, rozliczne towary wyładowywano bezpośrednio przed pałacami i kamienicami, przekazując je w ręce miejscowych handlarzy. Dziś jednak wiele murowanych platform stało pustych, w większości okien było ciemno, a niemal wszystkie drzwi stojące na wysokości powierzchni wody były nadgniłe - i to nie od chwili, kiedy wokół miasta zamknął się szczelny pierścień egipskiego oblężenia. Za ten stan rzeczy winę ponosił nie tylko ponownie narodzony faraon i jego sfinksowaci generałowie.

- Lwy...- wyrwało się nagle Junipie.

Merle skierowała wzrok w kierunku kolejnego mostu. Nigdzie nie dostrzegła ludzi, nie mówiąc już o lwach tutejszej gwardii miejskiej.

- Gdzie? Nie widzę tu żadnego!

- Ja je czuję - odpowiedziała z naciskiem Junipa, bezgłośnie węsząc nosem w powietrzu.

Merle zauważyła kątem oka, że stojący za nimi gondolier z niedowierzaniem kręcił głową. Nieprzyjemna woń zmurszałego, cuchnącego i nadpsutego muru unosiła się w powietrzu z taką intensywnością, że przewyższała nawet odór zapadającego się w wodę miasta.

- Masz rację.

Zapach niewątpliwie pochodził od lwów, które gwardzistom weneckim służyły za zwierzęta do ujeżdżania i za towarzyszy walki. W tej samej chwili jeden z potężnych lwów nagle pojawił się przed nimi na moście. Był z granitu, jednej z najczęściej spotykanych ras weneckich lwów. Wprawdzie występowały w lagunie rasy inne, silniejsze, ale ostatecznie nie robiło to większej różnicy. Kto wpadł w pazury lwa z granitu, tego los był właściwie przesądzony. Od niepamiętnych czasów lwy stanowiły symbol miasta. Odkąd jako uskrzydlone zwierzęta były w stanie fruwać w powietrzu. Dziś tylko nieliczni Wenecjanie godzili się na to, by skromną liczbę lwów przydzielić do ochrony rajców miejskich. Wszystkie pozostałe treserzy, zamieszkujący lwią wyspę położoną w północnej części laguny, oduczyli fruwania. Wskutek tego przychodziły one na świat już ze zdeformowanymi skrzydłami, które nosiły na grzbietach niczym smutne dodatki. Żołnierze gwardii miejskiej z lubością umocowywali tam swoje siodła.

Także granitowy lew z mostu był tylko zwykłym zwierzęciem wykutym w kamieniu. Jego jeździec miał na sobie kolorowy mundur gwardzisty. Przewieszona przez ramię strzelba jakby od niechcenia ucieleśniała wojskową butę. Żołnierze nie uchronili miasta przed nawałnicą egipską - zamiast nich dokonała tego Królowa Laguny - ale od ogłoszenia stanu oblężenia miasta przed trzydziestu laty pozycja gwardii znacznie wzrosła. Arogancją ustępowała ona jednie jej mocodawcom, rajcom miejskim, rządzącym miastem według własnego uznania. Być może, że w ten sposób zarówno rajcy, jak i żołnierze chcieli sobie coś wmówić. Ostatecznie przecież byli świadomi, że w razie poważniejszego zagrożenia miasta ich siły nie wystarczą do jego obrony. Jednak tak długo, jak Królowa Laguny roztaczała nad Wenecją swoje opiekuńcze skrzydła, obydwie formacje mogły się pławić w swojej wszechmocy.

Gwardzista na moście spojrzał w dół w kierunku gondoli, puścił oko do Merle i dał lwu znak do marszu. Zwierzę, parskając lekko, ruszyło do przodu. Uszu Merle wyraźnie dobiegł odgłos lwich pazurów szurających po podłożu z kamiennej kostki. Most zadrżał w posadach, kiedy potężny drapieżnik wydał z siebie donośny ryk. Jego echo rozniosło się niczym balon odbijający się od kolejnych kamienic. Nawet cicha toń wody zaczęła się marszczyć. Gondola zakołysała się.

Gondolier odczekał, dopóki jeździec nie zniknął w ulicznym gwarze, po czym splunął do wody i wymamrotał: - Spadaj, ty stary zdrajco!

Merle odwróciła się do tyłu i zobaczyła, że gondolier z niewzruszoną miną wpatrywał się w daleki kanał. Powoli płynął przed siebie.

- Wiesz może, jak długo jeszcze będziemy płynąć?- spytała Junipa swoją towarzyszkę.

Gondolier uprzedził odpowiedź: - Jesteśmy prawie na miejscu. Widzisz to miejsce, tam z przodu, zaraz za rogiem?- I dopiero po chwili zorientował się, że określenie, którego użył, nie było żadną wskazówką dla niewidomej dziewczynki. Więc szybko dodał: - Jeszcze tylko kilka minut i już dopłyniemy do Kanału Odszczepieńców.

Ciasnota i mrok - to przede wszystkim rzuciło się Merle w oczy. Wzdłuż Kanału Odszczepieńców pięły się ku niebu wysokie kamienice, jedna mroczniejsza od drugiej. Niemal wszystkie świeciły pustkami. Okna straszyły czarnymi dziurami w szarych fasadach. Większość szyb była potłuczona, a drewniane okiennice zwisały krzywo niczym skrzydła szkieletów martwych ptaków. Z jednych, nieco uchylonych drzwi dobiegał pisk walczących między sobą kotów. W mieście, w którym rozpleniały się one w nieskończoność, nie było to nic nadzwyczajnego. Gołębie gruchały na parapetach okien, a wijące się niczym girlandy pomosty pokrywał po obydwu stronach kanału mech i ptasie odchody.

Na tle długiego rzędu zmurszałych murów odróżniały się jedynie dwie zamieszkałe kamienice. Leżały one dokładnie naprzeciwko siebie, wpatrzone w siebie jak dwóch szachistów o przeoranych bruzdami twarzach i pomarszczonych czołach. Od ujścia kanału dzieliło je tylko sto metrów. Każda z kamienic miała jeden balkon, z których ten po lewej stronie wybudowany był z kamienia, a ten po prawej z wijących się metalowych ornamentów. Z kanału dochodziły do nich wysokie balustrady. Kanał był szerokości trzech kroków. Toń wody, dopiero co błyszcząco zielona, wydawała się tutaj mętna i głęboka. Odległość między rzędami domów była tak niewielka, że docierało tu niewiele promieni słonecznych. Na falach wywołanych przez płynącą gondolę kołysało się leniwie kilka gołębi.

Merle tylko z grubsza przypuszczała, co ją tu czeka. W sierocińcu nieustannie wbijano jej do głowy, jakie to szczęście ją spotyka, że wysyła się ją tu, by przyuczyła się do zawodu. W tym kanale, ginącym w zielonoszarym półmroku, spędzi kilka następnych lat.

Gondola zbliżała się do zamieszkałych kamienic. Merle z napięciem wsłuchiwała się w odgłosy dochodzące ze środka, ale mogła wyłowić jedynie niewyraźny pomruk niezrozumiałych dla niej głosów. Spojrzała na Junipę i zauważyła, że każdy muskuł w ciele niewidomej dziewczynki był naprężony jak struna. Oczy miała przymknięte, a usta układały nieskładne słowa, być może te, które rejestrowały w tym szumie jej wyćwiczone uszy. Jak zgrabne ruchy tkacza dywanów, który cieniutką igłą wyłapuje tę jedną jedyną spośród tysiąca innych nici. Junipa była w rzeczywistości niezwykłą dziewczynką.

W kamienicy po lewej stronie mieścił się warsztat tkacki sławnego na całe miasto Umberta. W powszechnej opinii za bezbożne uchodziło noszenie ubrań uszytych w jego warsztacie. Zbyt zszarganą miał opinię, a jego wojna z kościołem zataczała szerokie kręgi. Ale kobiety, które w największej tajemnicy przed wszystkimi w mieście zakładały uszytą przez niego bieliznę i suknie, przysięgały na wszystkie świętości, że posiadają one magiczne działanie. "Suknie Umberta wyszczuplają", mówiono w weneckich salonach i na ulicach. Naprawdę wyszczuplają. Te, które je nosiły, wyglądały nie tylko zgrabniej. Jakby magiczna nić mistrza tkackiego wyssała ze wszystkich kobiet strojących się w jego szaty zbędny tłuszcz. Przepełnieni nienawiścią duchowni pomstowali z ambon kościołów na złowieszczą działalność tkacza tak długo, aż dopięli swego i został on usunięty z szeregów gildii kupieckiej.

Gniew gildii kierował się nie tylko przeciwko Umbertowi. Tym samym uczuciem darzono właściciela domu leżącego naprzeciwko. Mieścił się tam warsztat pozostający na usługach piękności, przy czym nie zajmowano się w nim tkaniem szat, a jego właściciel, czcigodny Arcimboldo, głośno by protestował, gdyby ktoś chciał jednym tchem wymienić jego nazwisko z jego wielkim wrogiem, Umbertem.

"Warsztat magicznych luster mistrza Arcimbolda", lśnił wygrawerowanymi literami napis nad drzwiami wejściowymi. Tuż obok wisiała tabliczka:

Magiczne lustra
Dla dobrych i złych macoch,
Dla pięknych i brzydkich wiedźm,
Użyteczne w każdym celu.

 

 

- Jesteśmy w domu- powiedziała Merle do Junipy.

- Jak on może wyglądać?

Merle zawahała się. Trudno przychodziło jej wyrazić swoje pierwsze odczucia. Rzeczywiście, dom sprawiał ponure wrażenie, podobnie zresztą jak kanał wraz z całym otoczeniem. Ale tuż obok drzwi stała waza z kolorowymi kwiatami - przyjazny kleks rozświetlający szary półmrok. Merle dopiero za drugim razem dostrzegła, że płatki kwiatów były zrobione ze szkła.

- Jest lepszy niż mój sierociniec- stwierdziła z lekką niepewnością w głosie.

Schody prowadzące od kanału na kładkę były śliskie. Gondolier pomógł dziewczynkom wysiąść z łodzi. Należność za ich przewóz otrzymał już przy wsiadaniu. Zanim odpłynął, życzył im wiele szczęścia w życiu.

Nieco zagubione, każda z zapełnionym do połowy tobołkiem w ręku, stanęły tuż przed tabliczką oferującą niedobrym macochom magiczne zwierciadła. Merle nie była pewna, czy może to uważać za dobry znak. Prawda zapewne leżała pośrodku.

W poświacie jednego z okien warsztatu leżącego na drugim brzegu przemknęła szybko czyjaś twarz. Zaraz potem druga. "To na pewno zaciekawieni przybyciem obydwu dziewczynek czeladnicy", pomyślała Merle. Nieprzyjacielscy czeladnicy, jeśli dać wiarę krążącym plotkom.

Nie było tajemnicą, że Arcimboldo i Umberto za sobą nie przepadali. Ich jednoczesne wykluczenie z gildii niewiele tu zmieniło. Jeden zrzucał winę na drugiego. "Dlaczego wykluczacie mnie, a nie tego szalonego majstra od luster?" cytował Arcimboldo słowa wypowiedziane rzekomo przez Umberta. Z kolei mistrz tkacki twierdził, że Arcimboldo przy jego wykluczeniu miał wykrzykiwać: "Ja opuszczam szeregi gildii, ale wy tylko dobrze na tym wyjdziecie, jeśli temu nędznemu tkaczowi wytoczycie proces!" Trudno było dociec, co z tego wszystkiego jest prawdą. Jedno tylko nie ulegało wątpliwości, że obydwaj zostali wykluczeni pod zarzutem uprawiania magii.

- Czarodziej... - szepnęła podekscytowana Merle. - Arcimboldo jest prawdziwym czarodziejem!

Drzwi warsztatu otwarły się z lekkim skrzypnięciem. Za nimi stała niesamowita kobieta. Jej długie włosy były spięte w kok. Na sobie miała skórzane spodnie, podkreślające smukłość jej nóg, i luźną bluzkę przetykaną srebrną nitką. Tak wysmakowanego stroju Merle mogła spodziewać się raczej w warsztacie tkackim, na przeciwległym brzegu, ale nie w domu Arcimbolda.

Najbardziej niezwykła była jednak maska skrywająca część twarzy kobiety. Ostatni karnawał wenecki - niegdyś znany na całym świecie - odbył się przed prawie czterdziestu laty. Był wtedy 1854 rok, trzy lata po obudzeniu się faraona Amenophisa z piramidy w Amun-Ka-Re do nowego życia. Ale dziś, w czasach wojny, niedoli i oblężenia, nie było powodu, by się przebierać.

A jednak kobieta miała na twarzy papierową maskę pokrytą masą szklaną i artystycznie przyozdobioną. Niewątpliwie musiała ona pochodzić z któregoś z weneckich warsztatów. Maska zakrywała dolną część twarzy i sięgała aż do nosa. Jej biała powierzchnia błyszczała niczym porcelana. Artysta, który ją wykonał, domalował jej delikatne ciemnoczerwone usta.

- Unke- powiedziała nieznajoma i ledwo słyszalnym szeptem dodała: -To moje imię.

- Merle. A to jest Junipa. Jesteśmy nowymi czeladniczkami.

- Tak, tak. - Jedynie oczy Unke zdradzały, że się uśmiecha. Merle zastanawiała się, czy to przypadkiem nie choroba zniekształciła twarz kobiety.

Ta tymczasem wpuściła dziewczynki do środka. Za drzwiami znajdował się duży hol wejściowy, jak zresztą w większości domów w mieście. Oszczędnie umeblowany, ściany wytynkowane, bez tapety - wszystkie środki przedsięwzięte w razie nagłych powodzi, które od czasu do czasu zimą nawiedzały Wenecję. Z reguły domowe życie Wenecjan toczyło się na pierwszym i drugim piętrze. Parter świecił pustkami.

- Zrobiło się już późno- powiedziała Unke, jakby właśnie w tej chwili spojrzała na zegar.

Ale Merle nigdzie go nie dostrzegła.

- Arcimboldo wraz z najstarszymi uczniami jest jeszcze w warsztacie. Nie można im przeszkadzać. Poznacie ich jutro. Teraz pokażę wam wasz pokój.

Merle nie mogła powstrzymać radości, choć już wcześniej sądziła, że ona i Junipa będą mieszkać razem. Dostrzegła też, że słowa Unke ucieszyły jej niewidomą towarzyszkę.

Kobieta z maską na twarzy poprowadziła je na piętro wijącymi się do góry schodami.

- Jestem gospodynią w warsztacie Arcimbolda. Będę wam gotować i prać wasze rzeczy. Wy w pierwszym okresie waszego tu pobytu będziecie mi pomagać. Tego przeważnie wymaga od nowo przybyłych mistrz, tym bardziej, jeśli jesteście teraz jedynymi dziewczynami w domu - wyjaśniła.

Jedynymi dziewczynami? Merle nie przyszło nawet do głowy, że wszyscy pozostali czeladnicy mogą być chłopcami. Tym bardziej odetchnęła z ulgą, że ma obok siebie Junipę.

Niewidoma dziewczynka nie była zbytnio rozmowna. Merle przypuszczała, że w sierocińcu za bardzo jej nie rozpieszczano. Z własnego doświadczenia wiedziała, jak okropne mogą być dzieci w stosunku do uznanych za słabszych rówieśników. Upośledzenie Junipy z pewnością niejednokrotnie dostarczało im powodów do żartów.

Dziewczynki cały czas kroczyły za Unke. Na ścianach wisiało mnóstwo luster. Większość z nich odbijała się w sobie. Lustro w lustrze, a to znowu w kolejnym lustrze. Merle powątpiewała, że to są te sławne, magiczne lustra mistrza Arcimbolda, ponieważ niczego niezwykłego nie potrafiła się w tym doszukać.

Kiedy gospodyni poinformowała dziewczynki o porze posiłków, zasadach wychodzenia na miasto i zachowania się w domu, Merle zaptyała:

- A kto właściwie kupuje lustra Arcimbolda?

- Jesteś szalenie ciekawska- stwierdziła Unke, nie zdradzając jednak, czy ta cecha charakteru podoba jej się, czy nie.

- Bogaci ludzie?- Junipa nie dawała za wygraną i w zamyśleniu gładziła swoje włosy.

- Być może. Kto wie?- Unke zakończyła temat, a dziewczynki już więcej nie dopytywały się.

Będą przecież miały dostatecznie dużo czasu, by dowiedzieć się wszystkiego o warsztacie i jego klientach. "Dobre i złe macochy", powtarzała sobie Merle w myślach. "Piękne i brzydkie czarownice". To brzmiało doprawdy ekscytująco.

Pokój, który wskazała im Unke, nie był duży. Rozchodziła się w nim nieprzyjemna woń. Na szczęście był słoneczny i jasny, gdyż znajdował się na trzecim piętrze budynku. W Wenecji promienie słoneczne docierają do środka przy sprzyjających warunkach już na wysokości drugiego piętra. Okno pokoju dziewczynek wychodziło na morze czerwonożółtych dachówek. Sam pokój leżał w oficynie warsztatu. W dole, pod oknem Merle mogła rozpoznać niewielkie podwórko z okrągłą cysterną pośrodku. Stojące naprzeciwko domy zdawały się niezamieszkane. Wielu Wenecjan z chwilą wybuchu wojny z imperium faraońskim opuściło miasto i znalazło schronienie na lądzie, co później okazało się tragicznym w skutkach błędem.

Unke zostawiła dziewczynki same, informując je, że w ciągu godziny przyniesie im coś do jedzenia. Zaraz potem mają się położyć, żeby następnego ranka, w pierwszym dniu pracy, były wypoczęte. Junipa wymacała kąt łóżka i delikatnie osunęła się na materac. Ostrożnie gładziła rękami kołdrę.

- Widziałaś kołdrę? Jest taka miękka!

Merle usiadła obok niej. - Musiała być strasznie droga- rzekła po chwili. W sierocińcu przyzwyczaiła się do cienkich i szorstkich kołder. Zresztą panoszyło się tam różnego rodzaju robactwo, które potrafiło ukąsić podczas snu.

- Wygląda na to, że mamy szczęście- powiedziała Junipa.

- Jeszcze nie widziałyśmy Arcimbolda.

Junipa uniosła jedną brew. - Ten, kto zabiera niewidomą dziewczynkę z sierocińca, by ją czegoś nauczyć, nie może być złym człowiekiem.

Merle pozostała nieprzejednana w swojej podejrzliwości. - Arcimboldo jest znany z tego, że często przyjmuje sieroty do swojego zakładu. Którzy rodzice zgodziliby się na to, żeby ich dzieci pobierały naukę w tym miejscu, zwanym nieprzypadkowo Kanałem Odszczepieńców?

- Merle, ja przecież nie widzę! Przez całe życie byłam jedynie kulą u nogi.

- Wbijali ci to do głowy w sierocińcu?- Merle z ciekawością przyjrzała się Junipie. Szybko uchwyciła szczupłą i bladą rękę dziewczynki: - W każdym razie jestem szczęśliwa, że tu jesteś.

Junipa uśmiechnęła się lekko zmieszana. - Rodzice pozbyli się mnie, kiedy skończyłam pierwszy rok życia. Do sukienki wsadzili list, w którym napisali, że nie chcą wychowywać inwalidy.

- To wstrętne.

- A jak ty trafiłaś do sierocińca?

Merle westchnęła. - Jeden z tamtejszych opiekunów opowiadał mi, że znaleziono mnie w wiklinowym koszu dryfującym po Canale Grande.-. Wzruszyła ramionami od niechcenia i dodała: - Brzmi jak w bajce, prawda?

- Jak w smutnej bajce.

- To się stało kilka dni po moim urodzeniu.

- Któż może wyrzucić dziecko do kanału?

- A kto chce się go pozbyć, bo jest niewidome?

Dziewczynki uśmiechnęły się do siebie. Merle ogarnęło przeczucie, że nawet jeśli oczy Junipy błądziły dookoła, to jej spojrzenie nie było puste. Dzięki wyostrzonemu zmysłowi słuchu i dotyku odbierała świat prawdopodobnie dużo bardziej intensywnie niż większość ludzi.

- Twoi rodzice nie chcieli, żebyś się utopiła- powiedziała Junipa. - W przeciwnym razie nie wkładaliby cię do koszyka z wikliny.

Merle spuściła oczy. - Oni włożyli do koszyka coś jeszcze. Chcesz to...- nagle zamilkła.

"...zobaczyć?- Junipa dokończyła pytanie i skrzywiła się.

- Przepraszam cię.

- Ależ nie musisz. Ja mogę tę rzecz dotknąć i wymacać placami. Masz ją przy sobie?

- Zawsze, obojętnie gdzie jestem. Raz w sierocińcu ukradła mi ją koleżanka. Omal nie powyrywałam jej za to wszystkich włosów z głowy.- I trochę zawstydzona żachnęła się. - No tak, miałam wtedy tylko osiem lat.

Junipa również się uśmiechnęła. - W takim razie wolę na noc związać włosy w kok.

Merle delikatnie pogładziła włosy koleżanki. Były gęste, grube i jasne jak włosy Królowej Śniegu.

- No to co jeszcze leżało w wiklinowym koszu?- spytała Junipa.

Merle wstała, rozwiązała tobołek i wyjęła z niego najpierw swój najcenniejszy dobytek -jedyną sukienkę, nie licząc tej prostej, miejscami pocerowanej, którą miała na zmianę. Wreszcie wyciągnęła podręczne lusterko, tak duże jak jej twarz, owalne i z krótką rączką. Ramę z ciemnego stopu w sierocińcu niejeden ciekawski brał za przyczernione złoto. W istocie nie była ona ani ze złota, ani z innego znanego metalu, za to twarda jak diament.

Najbardziej niezwykłym elementem lusterka była jego zwierciadlana powierzchnia. Wcale nie ze szkła, tylko z wody. Można było wywoływać na niej małe fale, ale jak by się lusterka nie trzymało, nie wyciekła z niego ani kropla.

Merle włożyła Junipie uchwyt lusterka do otwartej dłoni i zacisnęła wokół jej palce. Dziewczynka, zamiast przedmiot obmacać, przyłożyła go sobie najpierw do ucha.

- To szepcze- powiedziała cicho.

Merle była zaskoczona. - Szepcze? Nigdy nie słyszałam żadnego szeptu.

- Bo nie jesteś niewidoma. - Na czole Junipy pojawiła się niewielka pionowa bruzda. Starała się skupić. - Słyszę wiele szeptów. Słów nie mogę zrozumieć, zbyt wiele głosów dochodzi, a wszystkie są bardzo odległe. Ale one szepczą między sobą.- Opuściła lustro i lewą ręką wodziła wokół owalnej ramy. - To obraz?- zapytała.

- Zwierciadło- odpowiedziała Merle. - Nie przestrasz się tylko, ono jest z wody.

Junipa nie okazała zdziwienia, jakby miała do czynienia z najbardziej oczywistą rzeczą. Dopiero gdy dotknęła powierzchni wody, wzdrygnęła się.

- Jest zimna- stwierdziła.

Merle potrząsnęła głową - Nie, wcale nie. Woda w zwierciadle jest zawsze ciepła.

I cokolwiek do niego włożyć, po wyciągnięciu zawsze będzie suche.

Junipa raz jeszcze dotknęła tafli wody. - Dla mnie ta woda jest lodowata.

Merle chwyciła lustro i wsadziła wskazujący i środkowy palec do środka.

- Ciepła- powtórzyła trochę jakby z przekory. - Jeszcze nigdy nie była zimna, przynajmniej tak długo, jak sobie przypominam.

- Czy ktoś oprócz ciebie go kiedyś dotknął?

- Jeszcze nikt. Tylko raz chciałam pozwolić na to pewnej zakonnicy, która przyszła do naszego sierocińca, ale tak się wystraszyła, że uznała lustro za narzędzie szatana.

Junipa zamyśliła się.

- A może woda dla każdego z wyjątkiem właściciela jest zimna?

Merle zmarszczyła czoło. - Całkiem możliwe.- Spojrzała na powierzchnię, która jeszcze się nie uspokoiła, zataczając kręgi. W lustrze odbijało się jej oblicze, drżące i zniekształcone.

- Zamierzasz je pokazać Arcimboldowi?- spytała Junipa. - W końcu on zna się na magicznych zwierciadłach.

- Nie sądzę. Przynajmniej nie od razu. Możliwe, że później.

- Obawiasz się, że może ci je zabrać?

- A ty byś się nie obawiała-? westchnęła Merle. - To jedyna rzecz, która mi została po rodzicach.

- Ty jesteś częścią twoich rodziców, nie zapominaj o tym.

Merle zamilkła na chwilę. Zastanawiała się, czy może Junipie zawierzyć, czy może niewidomej dziewczynce powiedzieć całą prawdę. W końcu spojrzała w kierunku drzwi i upewniwszy się, że nikt jej nie słyszy, szepnęła: - Woda to jeszcze nie wszystko.

- O czym ty mówisz?

- Mogę zanurzyć rękę w wodzie aż po ramię, a ta nie wyjdzie z drugiej strony.

Rzeczywiście, odwrotna strona zwierciadła była sporządzona z tego samego twardego materiału jak jego rama.

- Zrobisz to teraz?- spytała zdumiona Junipa. - To znaczy w tym momencie?

"Jeśli chcesz- Merle zanurzyła w wodzie najpierw palce, potem całą dłoń, aż w końcu całe ramię. Wydawało się, że jej ramię zupełnie znikło z realnego świata.

Junipa wyciągnęła rękę przed siebie i obmacywała Merle od pleców aż po ramę lustra. - I jaka jest woda?

- Bardzo ciepła, niezwykle przyjemna i nie za gorąca- jej głos stał się niższy i bardziej tajemniczy. - Chwilami czuję jeszcze coś.

"Co?

- Dłoń.

- Dłoń?

- Tak, ta obca dłoń szuka mojej ręki, chwyta ją bardzo delikatnie i trzyma.

- Trzyma cię mocno?

- Nie, nie mocno. No, tak po prostu, trzyma mnie za rękę. Tak, jak czynią to przyjaciółki.

- Albo rodzice?- Junipa przyglądała się jej w napięciu. - Myślisz, że to tata, albo mama trzyma cię za rękę, tam w środku?

Merle niezbyt przyjemnie było wypowiadać się na ten temat. Mimo to czuła, że może Junipie zaufać. Po krótkiej chwili zawahania przełamała wreszcie swoją nieśmiałość.

- To byłoby całkiem możliwe. Ostatecznie to oni włożyli mi zwierciadło do koszyka. Możliwe, że postąpili tak, by w jakiś sposób utrzymać ze mną kontakt, bym czuła, że oni gdzieś tam są...

Junipa skinęła głową. Ale wyjaśnienie Merle nie przekonało jej do końca, choć przyjęła je ze zrozumieniem. Trochę zasmucona powiedziała: - Przez długi czas wyobrażałam sobie, że mój tata jest gondolierem. Wiem, że gondolierzy są najprzystojniejszymi mężczyznami w Wenecji... Myślę, że każdy to wie, nawet jeśli ja ich nie mogę zobaczyć.

- Ale nie wszyscy są przystojni- odparła Merle.

Głos Junipy brzmiał trochę tak jakby bujała w obłokach:- Wyobrażam sobie też, że moja mama pracuje jako roznosicielka wody.

Z kolei o roznosicielkach wody, które, ustawione wzdłuż ulic sprzedawały wodę w dużych naczyniach, mówiono, że są najpiękniejszymi kobietami pod słońcem. I tak jak w przypadku gondolierów, tkwiło w tym źdźbło prawdy.

Junipa opowiadała dalej: - Wyobrażałam więc sobie, że moi rodzice są tak pięknymi ludźmi, że ich piękno stanowiło także o mnie, o moim prawdziwym Ja. Próbowałam nawet ich usprawiedliwić: dwoje idealnych ludzi, tak sobie wmawiałam, nie może wychowywać dziecka-kaleki. Mieli do tego prawo, by się mnie pozbyć.- Nagle gwałtownie potrząsnęła głową. Jej jasne włosy zawirowały w powietrzu.

- Dziś jednak już wiem, że to wszystko bzdura. Może są piękni, ale równie dobrze mogą być brzydcy. Możliwe, że już nie żyją. Ale to wszystko nie ma ze mną nic wspólnego. Ja to ja, to wszystko, co się liczy. A moi rodzice uczynili mi krzywdę, ponieważ bezbronne dziecko po prostu wyrzucili na ulicę.

Merle słuchała z przejęciem. Wiedziała, o co chodzi Junipie, choć nie bardzo rozumiała, co to ma wspólnego z nią i jej ręką zanurzoną w zwierciadle.

- Merle, nie powinnaś się okłamywać- powiedziała niewidoma dziewczynka, a jej słowa brzmiały przy tym niezwykle mądrze, za mądrze jak na jej dziewczęcy wiek.

- Twoi rodzice ciebie nie chcieli. Dlatego włożyli cię do kosza z wikliny. I jeśli ktoś w twoim zwierciadle podaje ci rękę, to nie musi to być ani twój tata, ani twoja mama. To, co czujesz, Merle, jest magiczne. A z magią należy się obchodzić ostrożnie.

Przez krótki moment Merle czuła, jak wzbiera się w niej złość. Urażona pomyślała , że Junipa nie ma prawa mówić jej czegoś takiego. Nie ma prawa pozbawiać jej tych wszystkich marzeń, które powstają, kiedy trzyma dłoń zanurzoną w zwierciadle. Ale szybko pojęła, że Junipa jest wobec niej uczciwa i szczera, i ta szczerość stanowiła najpiękniejszy prezent, jakim mogła zostać obdarowana u progu ich przyjaźni.

Merle wsunęła zwierciadło pod poduszkę. Dobrze wiedziała, że w ten sposób ani nie narazi go na rozbicie, ani też materiał poduszki nie nasiąknie wodą nawet wtedy, gdy wodna powierzchnia będzie do niego mocno przylegać. Potem usiadła obok Junipy i objęła ją ramieniem. Niewidoma dziewczynka odwzajemniła ten gest i obydwie trwały we wzajemnym uścisku niczym siostry lub dwoje ludzi nie mających przed sobą żadnych tajemnic. Merle ogarnęło niesamowite uczucie bliskości i zrozumienia, dalece przewyższające ciepło bijące od ręki w zwierciadle. To był spokój i siła, dzięki którym Junipa zdobyła jej zaufanie.

Po chwili powiedziała: - Jeśli chcesz, możesz je wypróbować.

- Zwierciadło?- Junipa pokręciła głową. -Ono należy do ciebie. Bo jeśli zechciałoby, żebym włożyła do niego rękę, to i ja odczuwałabym ciepłotę wody.

Merle czuła, że Junipa ma rację. Niezależnie od tego, czy tam w środku dotykała ją dłoń rodziców czy też zupełnie kogoś innego, jedno nie ulegało wątpliwości, dłoń w zwierciadle akceptowała tylko ją. Dla kogoś sięgającego głęboko do przestrzeni za lustrem mogło to być nawet niebezpieczne.

Dziewczynki siedziały jeszcze na łóżku, kiedy otworzyły się drzwi i stanęła w nich Unke. Na drewnianej desce przyniosła im kolację: aromatyczny rosół z warzywami i bazylią, do tego białe pieczywo i szklanica wody z cysterny stojącej na podwórzu.

- Gdy rozpakujecie swoje rzeczy, połóżcie się spać- wysepleniła, skrywając się za maską. -Macie jeszcze mnóstwo czasu, by się nagadać do woli.

Czy Unke podsłuchiwała i w ten sposób dowiedziała się o zwierciadle wciśniętym pod poduszkę? Merle szybko wytłumaczyła sobie, że nie ma powodu być tak bardzo podejrzliwą wobec gospodyni, która do tej pory zachowywała się po przyjacielsku i była nad wyraz wspaniałomyślna. Sam fakt, że połowę jej twarzy zakrywała maska, nie przesądzał jeszcze o nieprawości jej charakteru.

O masce Unke Merle rozmyślała jeszcze w łóżku, zanim zasnęła. W półśnie zadała sobie pytanie, czy nie jest przypadkiem tak, że każdy nosi na twarzy maskę. Maskę radości, smutku, obojętności. Maskę z napisem "wy i tak nie widzicie".

Merle #1 - Merle i Królowa Laguny (twarda oprawa)

Autor: Kai Meyer
Wydawnictwo: Videograf II
Miejsce wydania: Chorzów
Wydanie polskie: 3/2006
Tytuł oryginalny: Merle: Fliessende Königin
Wydawca oryginalny: Loewe Verlag
Rok wydania oryginału: 2001
Liczba stron: 272
Format: 150x210 mm
Oprawa: twarda
ISBN: 83-7183-382-2
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,00 zł


blog comments powered by Disqus