"Zwierciadlane oczy " - fragment #2 książki "Merle i Królowa Laguny"

Autor: Kai Meyer

Zwierciadlane oczy

We śnie Merle spotkała Królową Laguny. Zdawało jej się, że Królowa dosiada jakiegoś zwierzaka z delikatnego szkła i galopuje po wodach laguny. Wokół niej brzęczały zielonkawe i niebieskawe duszki oraz miliony kropelek tak ciepłych jak woda wypełniająca wnętrze jej lustra. Przylegały one do jej policzków, szyi, dłoni, które wystawiała przeciw nurtowi wody. Merle czuła, że scala się z Królową Laguny, zjawiskiem tak niepojętym jak wschód słońca, magia burzy i sztormu, jak życie i śmierć. Razem nurkowały pod wodą, ale Merle nie miała żadnych problemów z oddychaniem, ponieważ Królowa była w niej w środku i utrzymywała ją przy życiu, tak jakby obydwie były dwoma częściami tego samego ciała.

Po obu stronach towarzyszyły im ławice ryb połyskujących łuskami. Coraz mniej ważny stawał się dla Merle cel ich podróży. Liczyła się sama przygoda, odczuwana jedność z Królową, poznawanie urzekającej laguny.

Pomimo tego, że nic innego się nie wydarzyło, że Merle tylko pędziła razem z Królową przed siebie, jej sen okazał się najcudowniejszy od lat. Noce spędzone w sierocińcu przepełniał strach przed kradzieżą, ukąszeniem pcheł i zimnem. Tu jednak, w domu Arcimbolda czuła się wreszcie bezpieczna.

Merle obudziła się. W pierwszej chwili sądziła nawet, że ze snu wyrwał ją jakiś odgłos. Ale wokół panowała absolutna cisza.

Królowa Laguny. Słyszał o niej każdy. Ale kim była naprawdę, pozostawało niezgłębioną tajemnicą. Gdy galery Egipcjan, odnoszące triumfy we wszystkich zakątkach świata, próbowały wedrzeć się także do laguny, stała się rzecz zupełnie nieoczekiwana i niewyobrażalna. Królowa Laguny zmusiła je do odwrotu. Imperium egipskie, największa i najstraszniejsza potęga w dziejach świata, musiało się wycofać z podkulonym ogonem.

Od tej pory Królowa otoczona jest legendą. Jedno było pewne - nie była istotą z krwi i kości. Wypełniała sobą wody laguny, akweny między jej wysepkami oraz wąskie kanały miasta. Rajcowie miejscy utrzymywali, że prowadzą z nią regularne rozmowy i działają zgodnie z jej życzeniem. Jeśli jednak kiedykolwiek miałaby przemówić, to nigdy w obecności zwykłych obywateli miasta.

Niektórzy twierdzili, że jest ona niewiele większa niż kropelka wody, która spada raz tu, raz tam. Inni z kolei przysięgali, że to po prostu sama woda, nawet w najmniejszej ilości. Za nią miała się kryć bardziej siła niż istota, dla niektórych nawet bóstwo napełniające każdą rzecz i każdego człowieka.

Wyprawy wojenne egipskiego tyrana, który zdążył podbić cały świat, sprowadzały same nieszczęścia, śmierć i spustoszenie, ale już sama aura Królowej nakładała na lagunę od ponad trzydziestu lat parasol ochronny. I nie było w mieście nikogo, kto nie byłby jej za to wdzięczny. W kościołach odprawiano ku jej czci nabożeństwa, rybacy składali jej w ofierze część swoich połowów, a nawet owiana tajemnicą gildia złodziei wyrażała swoją wdzięczność, wstrzymując się w ustalonych dniach roku od złodziejskiego procederu.

Oho, znowuż jakiś odgłos. Teraz nie było już najmniejszej wątpliwości.

Merle usiadła na łóżku. Strzępy snu opłukiwały jeszcze jej zmysły jak czyni to piana morska z nogami podczas spaceru brzegiem morza.

Dziwny odgłos powtórzył się. Jakiś metaliczny dźwięk dochodzący od strony podwórza. Merle rozpoznała go. To wieko studni. Gdy tylko podnoszono jej ciężką i metalową pokrywę, metaliczny dźwięk rozbrzmiewał we wszystkich zaułkach tak samo. Studnie znajdowały się w całym mieście, na każdym publicznym placu i podwórku. Otoczone były obmurowaniem ozdobionym kamiennymi wzorami i bajkowymi postaciami. Potężne zaokrąglone wieka chroniły drogocenną wodę pitną przed zanieczyszczeniami i szczurami.

Ale kto o tej porze miałby się trudzić podnoszeniem pokrywy? Merle przetarła zaspane oczy. Zanim obudziła się na dobre, chwiejnym krokiem podeszła do okna.

W poświacie księżyca dostrzegła jakąś postać, która wspięła się na obmurowanie i weszła do środka studni. Zaraz potem z ciemności szybu wyłoniły się dłonie, które uchwyciły pokrywę, i nałożyły ją ze zgrzytem na otwór.

Merle odruchowo przykucnęła, nie bacząc na to, że postać już dawno zniknęła w czeluściach studni.

Unke! To właśnie ona była tym niespokojnym duchem hałasującym na podwórku. Ale cóż takiego mogło skłonić gospodynię do wchodzenia nocą do studni?

Merle postanowiła obudzić Junipę. Ale jej łóżko było puste.

-Junipa?- wyszeptała zdenerwowana. Rozejrzała się po pokoju, nigdzie nie widząc dziewczynki.

Chyba że...

Pochyliła się i zajrzała pod obydwa łóżka. Tam także nie było żadnego śladu jej towarzyszki. Podeszła do drzwi. Były bez zasuwy i zamka, na które wieczorem dałoby się je zaryglować lub zamknąć. Na korytarzu panowała błoga cisza.

Merle westchnęła głęboko. Podłoga, po której stąpała bosymi stopami, była przeraźliwie zimna. Szybko narzuciła na siebie sukienkę i włożyła mocno rozchodzone skórzane buty; sięgały jej powyżej kostek i trzeba było je zasznurować, co w tej chwili zabierało za dużo czasu. Ale nie mogła pozwolić sobie na to, by szukając Junipy, potknąć się o sznurówki. Zaczęła je nerwowo wiązać, ręce drżały jej ze zdenerwowania. Dlatego zajęło jej to więcej czasu niż zwykle.

Wreszcie wyszła na korytarz, zamykając za sobą drzwi od pokoju. Z oddali dochodziło groźne syczenie, wcale nie pochodzące od jakiegoś zwierza, brzmiące raczej jak odgłos maszyny parowej. Ale Merle nie była pewna, czy dochodziło ono z wnętrza domu. Syczenie powtórzyło się. Po nim nastąpiło rytmiczne dudnienie. Zaraz potem zapanowała idealna cisza. Dopiero kiedy Merle zbiegała po schodach, przyszło jej do głowy, że przy Kanale Odszczepieńców były zamieszkałe tylko dwa domy - warsztat szklany mistrza Arcimbolda i warsztat tkacki na drugim brzegu.

W całym domu unosił się nieokreślony zapach, będący mieszanką oleju, wypolerowanej stali i ostrej woni, którą Merle znała z warsztatów szklarskich znajdujących się na jednej w wysp laguny, w Murano. Raz jeden była tam nawet, gdy pewien rzemieślnik nosił się z zamiarem przyjęcia jej do siebie. Kiedy się u niego zjawiła, rozkazał wyszorować sobie plecy. Merle odczekała aż mężczyzna zanurzył się w balii i ile sił w nogach pobiegła do miejsca cumowania łodzi. Ukryła się w jednej z nich i w ten sposób wróciła do miasta. Taka praktyka dla nie była czymś nadzwyczajnym. Opiekunowie sierocińca nie byli zbytnio szczęśliwi z powodu powrotu Merle, ale na tyle przyzwoici, że nie wysłali jej z powrotem do Murano.

Merle zbiegła już na drugie piętro. Na razie nie natknęła się na żywego ducha. "Gdzie mogą spać inni czeladnicy?", pomyślała. Chyba, tak jak ona i Junipa, na trzecim piętrze. Unke, tego była raczej pewna, nie było w domu. Nie zastanawiała się teraz, czego w studni może szukać ta dziwna kobieta.

Właściwie pozostał tylko sam Arcimboldo. I rzecz jasna Junipa. A co zrobić, jeśli będzie musiała wyjść na zewnątrz? Niewielki wykusz, z którego okrągły szyb bezpośrednio prowadził do kanału, znajdował się także na trzecim piętrze. Tam Merle jednak nie zajrzała. Teraz przeklinała siebie za to. O tym, co jawiło się jako najbardziej oczywiste i było w zasięgu ręki, zapomniała. Być może dlatego, że w sierocińcu uznawano za naganne, gdy któreś dziecko zniknęło w nocy. Mało kto wracał z powrotem.

Właśnie chciała zawrócić, kiedy znów usłyszała syczenie. Dźwięk w dalszym ciągu brzmiał trochę sztucznie, maszynowo i powodował, że drżała na całym ciele.

Przez krótką chwilę wydawało jej się, że w tle słyszy czyjeś łkanie.

- Junipa!

Merle za wszelką cenę starała się coś dostrzec w ciemności korytarza. Na próżno. Tylko przez wysokie okno tuż obok niej wpadała do środka niewielka smuga światła księżyca, która rozświetlała kilka schodów. Na korytarzu po lewej stronie stał w półmroku zegar ścienny niczym jakieś monstrum lub trumna, którą ktoś oparł o ścianę.

Teraz była już pewna. Syczenie i łkanie dochodziło z wnętrza domu. Z dołu. Z warsztatu na pierwszym piętrze.

Zbiegła schodami w dół. Po korytarzu, który wychodził z klatki schodowej i miał wysokie sklepienie, biegła szybko i bezszelestnie. Z wrażenia zaschło jej w gardle. Jej własny oddech wydał jej się przy tym jak łoskot łodzi parowych na Canale Grande. A co będzie, jeśli ona i Junipa wpadły z deszczu pod rynnę? Jeśli Arcimboldo okaże się takim samym tyranem, jak wcześniej stary szklarz z Murano?

Przestraszyła się, kiedy wokół siebie zauważyła jakiś ruch. Ale to było tylko jej własne odbicie, które równie szybko jak ona przemknęło w jednym z licznych luster stojących na korytarzu.

Syczenie stawało się teraz częstsze i głośniejsze. Unke nie pokazała im, gdzie znajduje się wejście do warsztatu. Wspomniała tylko, że gdzieś na pierwszym piętrze. Ale tu aż roiło się od drzwi. Wszystkie były wysokie, ciemne i zamknięte. Merle nie pozostało nic innego jak nasłuchiwać odgłosów. Łkanie już się nie powtórzyło. Ale sama myśl, że gdzieś tam bezsilna Junipa narażona jest na niebezpieczeństwo, wyciskała Merle łzy z oczu.

Jedno było pewne: nie pozwoli na to, by coś złego przytrafiło się jej nowej przyjaciółce. Nawet jeśli ceną za to miałaby być zsyłka do sierocińca. O czymś jeszcze gorszym Merle nie chciała nawet myśleć. Mimo to do jej głowy wkradały się złe myśli niczym brzęczące i natrętne muchy.

"Dookoła noc. I ciemność. W kanałach zginęło już wiele ludzi. Nikt nie będzie się martwił zniknięciem dwóch dziewczynek. Dwie gęby do wykarmienia mniej. Nic więcej".

Korytarz gwałtownie skręcał na prawo. Na jego końcu czerwieniał zarys podwójnych szpiczastych drzwi. Prześwity w obu skrzydłach błyszczały i złociły się niczym drut trzymany w płomieniu świecy. W warsztacie musi palić się duży ogień - piec węglowy owej maszyny, która syczy i parska.

Kiedy Merle na palcach podeszła do drzwi, zobaczyła, że kamienna podłoga korytarza niczym we mgle ginie w kłębach dymu. Dym wydobywał się ze szczeliny pod drzwiami.

"A jeśli w warsztacie wybuchł pożar? Spokojnie, tylko spokojnie", powtarzała sobie Merle. "Najważniejsze to zachować spokój".

Nogami przerzedziła dym kłębiący się na podłodze, wyczarowując kontury mgielnych duchów, o wiele większych i zniekształconych niż cienie na ścianach. Jedyne światło, które rozświetlało korytarz, docierało przez szczeliny wokół drzwi.

Ciemność, mgła i żarzące się przed nią drzwi. Nieprawdopodobne i zapierające dech w piersi wrażenie. Gryzący zapach, który docierał w górę klatki schodowej, był tu jeszcze bardziej dokuczliwy. Także smród oleju rozchodził się z większą intensywnością. W mieście krążyły pogłoski, że wysłannicy piekła zwrócili się do rady miejskiej, oferując pomoc w walce przeciwko imperium. Rajcowie mieli odrzucić tę propozycję, ponieważ przynajmniej tak długo, jak Królowa Laguny roztaczała swoją opiekę nad Wenecją, nie było takiej potrzeby. Od chwili, kiedy ekspedycja National Geographic Society, kierowana w 1833 roku przez sławnego profesora Charles`a Burbridge`a, udowodniła naukowo istnienie piekła jako miejsca we wnętrzu ziemi, doszło do kilku spotkań wysłanników szatana z przedstawicielami ludzkości. Ich szczegóły pozostały nieznane, niewątpliwie z korzyścią dla tych drugich.

Wszystko to przemknęło Merle przez głowę, kiedy dochodziła do drewnianych drzwi. Ostrożnie położyła na nich rękę. . Przypuszczała, że będą gorące, ale myliła się. Podobnie jak pozostałe drzwi w domu, także i te okazały się chłodne. Nawet metalowa klamka była zimna.

Przez chwilę zastanowiła się, czy może tak po prostu wejść do środka. Była w końcu sama i raczej nikt z domowników nie przyszedłby jej z pomocą.

Kiedy wreszcie podjęła decyzję, ktoś nagle nacisnął klamkę z drugiej strony. Merle raptownie odskoczyła, chciała nawet uciec, schowała się jednak w cieniu lewego skrzydła, podczas gdy prawe otworzyło się do środka.

Szeroki strumień jarzącego się światła wylał się na ginącą we mgle podłogę. Tam, gdzie jeszcze przed chwilą stała Merle, rozwiały się kłęby dymu. Wtedy na tle światła pojawił się cień. Ktoś stanął w drzwiach.

Dziewczynka z całych sił przylgnęła do drzwi. Od obcej postaci dzieliły ją jakieś dwa metry. Cienie mogą uczynić z ludzi straszydła, nawet jeśli w rzeczywistości nimi nie są. Najmniejszych powiększają i pogrubiają do rozmiarów słonia. Tak było i tym razem.

Potężny cień zmniejszał się, im bardziej niewysoki mężczyzna oddalał się od źródła światła. Stojąc tak, wcześniej nie zauważywszy Merle, wydawał się on nawet nieco śmieszny w przydługawych spodniach i chałacie, który był czarny od sadzy i dymu. Zmierzwione siwiejące włosy sterczały na wszystkie strony . Twarz świeciła się od potu. Słone krople spływały mu po czole i ginęły w gęstwinie bujnego zarostu .

Zamiast obrócić się tam, gdzie czaiła się Merle, mężczyzna stanął twarzą do drzwi i wyciągnął dłoń w kierunku światła. Cień drugiej postaci stopił się na podłodze z jego cieniem.

- Chodź, moje dziecko- powiedział łagodnie. - Chodź.

Merle zastygła w bezruchu. Nie tak wyobrażała sobie swoje pierwsze spotkanie z Arcimboldem. Jedynie opanowanie i wewnętrzny spokój, emanujące z jego głosu, dawały jej jakiś cień nadziei.

Ale zaraz potem mistrz szklarski powiedział: - Ból zaraz ustąpi.

- Ból?

- Nie musisz się niczego obawiać- kontynuował Arcimboldo, zwrócony w kierunku otwartych drzwi. - Szybko się do tego przyzwyczaisz, uwierz mi.

Merle wstrzymała oddech. Arcimboldo zrobił dwa, trzy kroki do tyłu w głąb korytarza, trzymając ręce wyciągnięte do przodu. Zachęta, by mu wyjść na przeciw.

- Podejdź bliżej... tak, dokładnie tak. Powoli, bardzo powoli.

Na zewnątrz wyszła Junipa. Niepewnie i pomału przeszła przez próg i stanęła na korytarzu. Poruszała się ostrożnie i sztywno.

"Przecież ona nic nie widzi", pomyślała Merle. "Dlaczego Arcimboldo pozwala jej błądzić w miejscu, którego nie zna?. Dlaczego nie czeka, aż uchwyci jego dłoń? Tymczasem kroczy ciągle do tyłu, oddala się od drzwi". Już dawno powinien zauważyć skrywającą się w cieniu Merle, która jak zaczarowana wpatrywała się w Junipę chwiejnie idącą korytarzem. Także Arcimboldo skupiał swą uwagę na niewidomej dziewczynce.

- Dobrze, bardzo dobrze to robisz- zachęcał ją. - Bardzo, bardzo dobrze.

Dym na podłodze stopniowo się rozrzedzał. Ze środka warsztatu nie wydobywały się już kłęby pary. Na korytarz wylewało się teraz jarzące światło, które migotało ciemnopomarańczową poświatą.

- Wszystko jest takie... zamazane- powiedziała Junipa z cichą skargą w głosie.

Zamazane? Merle nie mogła w to uwierzyć.

- To szybko przejdzie-, odpowiedział szklarz. - Musisz trochę poczekać, do jutra rana.

W świetle dziennym wszystko wygląda inaczej. Musisz mi jednak zaufać. Podejdź trochę bliżej.

Kroki Junipy stały się teraz pewniejsze.

- Co rozpoznajesz?- zapytał Arcimboldo. Co dokładnie widzisz?

- Nie wiem. Coś się porusza.

- To tylko cienie. Nie bój się.

Merle nie dowierzała własnym uszom. Czy rzeczywiście było możliwe, by Arcimboldo podarował Junipie wzrok?

- Ja nigdy nie widziałam- powiedziała nieco zmieszana dziewczynka. - Zawsze byłam niewidoma.

- Czy światło, które widzisz, jest czerwone?- spytał ponownie szklarz.

- Nie wiem, jak wygląda światło- odpowiedziała niepewnie. - I nie znam żadnych kolorów.

Grymas, który teraz pojawił się na twarzy Arcimbolda, zdradzał złość na samego siebie.

- Jakież to głupie z mojej strony! Przecież powinienem o tym pamiętać.- Zatrzymał się i chwycił wyciągnięte ręce Junipy. - W ciągu następnych miesięcy nauczysz się wielu rzeczy.

- To dlatego tu przyjechałam?

- Twoje życie zmieni się teraz, ponieważ odzyskałaś wzrok.

Merle nie mogła już wytrzymać w swojej kryjówce. Nie bacząc na wszelkie konsekwencje, stanęła w promieniach światła.

- Co pan jej zrobił?

Mistrz spojrzał na nią zdumiony. Także Junipa wydawała się zaskoczona.

Z widocznym wysiłkiem na twarzy starała się cokolwiek rozpoznać.

- Merle?- spytała.

- Jestem tutaj- Merle stanęła obok niej i delikatnie musnęła jej ramię.

- A, oto nasz drugi uczeń- Arcimboldo szybko ukrył zdziwienie. - Raczej dość ciekawski, jak mi się wydaje. Nie szkodzi. Jutro rano i tak dowiedziałabyś się o wszystkim.

Merle skinęła głową. - A pan jest mistrzem Arcimboldem? - spytała.

- W istocie.

Merle spojrzała teraz na Junipę. To, czego się dowiedziała, zrobiło na niej spore wrażenie. Na pierwszy rzut oka, w słabym świetle nie dostrzegła istotnej różnicy. Mimo to zadawała sobie pytanie, jak mogła nie zauważyć. W tym momencie czyjaś zimna dłoń dotknęła jej pleców.

- Ale..., jak...

Arcimboldo uśmiechał się dumnie. - Godne podziwu, nieprawdaż?

Merle nie mogła wydobyć słowa. W milczeniu wpatrywała się w Junipę. W jej twarz.

W jej oczy.

Białe gałki oczne Junipy zniknęły. Zamiast nich pod powiekami iskrzyły się srebrzyste lusterka, wtopione w oczodoły. Nie były zaokrąglone jak oczy, lecz płaskie. Arcimboldo zastąpił oczy Junipy odpryskami ze zwierciadła.

- Co pan...

- ej zrobił? - przerwał jej łagodnie. - Nic, moje dziecko. Teraz odzyskała wzrok, przynajmniej częściowo. Ale z dnia na dzień będzie widzieć coraz lepiej.

- Czy ma w oczach lusterka?

- Tak, w istocie.

- Ale.. ale to jest...

- Magia?- Arcimboldo wzruszył ramionami. - Niektórzy tak to właśnie nazywają. Ja określam to językiem nauki. Oprócz ludzi i zwierząt jest tylko jedna rzecz na świecie, która potrafi widzieć. Spójrz w lustro, a ono spojrzy na ciebie. To pierwsza lekcja, jakiej udzielam wam w warsztacie, Merle. Zapamiętaj ją sobie dobrze: lustra potrafią widzieć.

- On ma rację, Merle- wtórowała mistrzowi Junipa. - Ja rzeczywiście widzę. I mam wrażenie, że z każdą minutą coraz lepiej.

Mistrz ucieszył się: - To cudownie.- Po czym chwycił Junipę za ręce i odtańczył z nią taniec radości, na tyle jednak ostrożnie, by dziewczynka się nie przewróciła. - Powiedz sama, czy to nie fantastyczne?

Merle wlepiła wzrok w obydwie postaci, wciąż nie mogąc uwierzyć w to, co rozgrywało się na jej oczach. Junipa, niewidoma od urodzenia, odzyskała wzrok. Trzynaście ciemnych lat odchodzi do lamusa. Dzięki temu szczupłemu mężczyźnie z rozwichrzonymi włosami.

- Pomóż przyjaciółce wrócić do pokoju - powiedział mistrz szklarski, gdy wreszcie wypuścił Junipę z rąk. - Jutro czeka was ciężki dzień. Każdy dzień w moim warsztacie jest pracowity. Ale myślę, że wam się spodoba. Tak, na pewno wam się spodoba - to powiedziawszy, podał rękę Merle i dodał: - Witaj w domu Arcimbolda.

Nieco zmieszana dziewczynka przypomniała sobie, co w sierocińcu wbijano im do głowy.

- Bardzo dziękujemy, że mogłyśmy tu przyjechać- powiedziała z przesadną grzecznością.

Ale niemal nie słyszała swoich słów. Zdziwiona wpatrywała się w dobrotliwego starszego mężczyznę, który tanecznym krokiem wrócił do warsztatu i zamknął za sobą drzwi.

Merle nieśmiało chwyciła Junipę za rękę i pomogła jej wejść po schodach na trzecie piętro. Co chwilę pytała bojaźliwie, czy bardzo ją bolało. Za każdym razem, kiedy Junipa obracała się w jej stronę, Merle przebiegały dreszcze. W zwierciadlanych oczach przyjaciółki dostrzegała własne oblicze, dwukrotnie odbite i lekko skrzywione. Pocieszała się, że to na pewno tylko kwestia czasu, że przyzwyczai się do wzroku Junipy jak do czegoś normalnego.

A jednak. Cień niepewności został. Przedtem oczy dziewczynki były ślepe i mleczne, teraz są zimne niczym wyszlifowana stal.

- Ja widzę, Merle. Naprawdę widzę! - Junipa mamrotała te słowa, kiedy obydwie leżały już w łóżku.

Raz jeden, godzinę później Merle obudziła się, kiedy znów usłyszała dobiegający z podwórza, bardzo odległy zgrzyt pokrywy studni.

Pierwsze dni w warsztacie Arcimbolda przebiegały pod znakiem wytężonej pracy. Merle i Junipa musiały wykonywać wszystkie te czynności, na które trzech starszych czeladników nie miało ochoty. I tak Merle wielokrotnie musiała chwytać za miotłę, by wymieść drobne okruchy szkła, które zbierały się na podłodze w warsztacie tak jak piasek na pustyni docierający do Wenecji w niektóre lata.

Zgodnie z tym, co przepowiedział Arcimboldo, Junipa z dnia na dzień widziała coraz lepiej. Wprawdzie w dalszym ciągu rozpoznawała jedynie kontury, ale mogła je od siebie odróżnić. Jednocześnie upierała się, by wykonywać w warsztacie samodzielne prace. Na szczęście obarczono ją nie tak ciężkimi obowiązkami jak Merle, choć nie były one wcale przyjemne. Po wydarzeniach pierwszej nocy nie dano jej dnia na odpoczynek i od razu musiała zabrać się do odważania piasku kwarcowego i wsypywania go do pojemników. Do czego mistrzowi tak naprawdę były potrzebne dziewczynki, pozostało dla nich na razie tajemnicą.

W ogóle wytwarzanie luster w warsztacie Arcimbolda miało niewiele wspólnego z tradycyjną, odziedziczoną po przodkach metodą, z której Wenecja była tak dumna. W XVI wieku ze sztuką wytwarzania luster zaznajomionych było niewielu. Wszyscy wtajemniczeni mieszkali pod ścisłym dozorem na wyspie szklarzy Murano. Tam pławili się w zbytkach, nie brakowało im niczego z wyjątkiem wolności. Gdy tylko zostali czeladnikami, nie wolno im było opuścić wyspy. Próby ucieczki karano śmiercią. Agenci Serenissimy tropili uciekinierów po całej Europie i likwidowali ich natychmiast, zanim ci zdążyli wyjawić tajemnicę robienia luster. Zwierciadła rodem z Murano jako jedyne zdobiły ściany pałaców najświetniejszych europejskich rodów, ponieważ jedynie w Wenecji znano sztukę ich wytwarzania. Bacznie strzeżona tajemnica była dla miasta bezcenna. Jednak za sprawą kilku szklarzy, którym udało się uciec z Murano, w jej posiadanie weszli Francuzi. Ci pozbyli się ich szybko i otworzyli własne warsztaty. Wenecja bezpowrotnie straciła monopol na produkcję luster, które wytwarzano teraz w wielu krajach Europy. Zakazy i kary obowiązujące szklarzy na Murano przestały mieć znaczenie i szybko popadły w zapomnienie.

Produkcja luster Arcimbolda łączyła w sobie jednak sztukę rzemieślniczą i alchemię. Dlatego Merle przypuszczała, że miną lata, zanim zostanie wtajemniczona w jej tajniki Nawet trzech starszych czeladników, w tym najstarszy stażem Dario, już ponad dwa lata pracujący w warsztacie, nie miało najmniejszego pojęcia, na czym polegała tajemnica wytwarzania luster u Arcimbolda. Jasne, że cała trójka podsłuchiwała, podpatrywała, zapuszczała czujki, ale proces technologiczny pozostawał dla nich tajemnicą.

Dario, smukły młodzieniec z czarną czupryną, był z całej trójki najważniejszy.

W towarzystwie mistrza zachowywał się bardzo grzecznie, ale tak naprawdę pozostał tym samym urwisem, jakim był w chwili przybycia tu przed dwoma laty. W rzadkich wolnych chwilach był arogancki, niekiedy też despotyczny, i to częściej wobec swoich dwóch kolegów niż w stosunku do Junipy i Merle. Właściwie przez cały czas ignorował obydwie dziewczynki. Nie podobało mu się, że Arcimboldo przyjął je do warsztatu już choćby z tego powodu, iż sam zbytnio nie przepadał za Unke. Obawiał się, że w razie konfliktu dziewczynki automatycznie staną po stronie gospodyni albo że wypaplają jej kilka jego tajemnic. Chociażby tę, że regularnie zakrada się do wina, które Unke serwowała Arcimboldowi, a które trzymała pod kluczem. Unke nie miała pojęcia, że Dario, dorobił sobie wytrych do szafy, gdzie stało wino. Merle już trzeciej nocy odkryła że popija on wino Arcimbolda , kiedy przez przypadek napatoczyła się na idącego z dzbanem chłopca. Nigdy nie przyszło jej na myśl, by wykorzystać to na swoją korzyść. A tego właśnie obawiał się Dario. Od tej chwili przyjął wobec niej jeszcze bardziej obojętną , graniczącą z wrogością postawę, chociaż nie ważył się wywoływać otwartego konfliktu. Przez większość czasu traktował ją jak powietrze, co, prawdę mówiąc, wymagało dużo większego zachodu, niż ignorowanie Junipy, która zupełnie dla niego nie istniała.

Merle zastanawiała się, dlaczego akurat tego krnąbrnego Daria Arcimboldo przyjął do swojego domu. Nieuchronnie jednak cisnęło się jej drugie, mniej przyjemne pytanie: cóż takiego dostrzegł on w niej samej? Żadna odpowiedź nie zakiełkowała jej w głowie. Junipa mogła być na przykład idealnym królikiem doświadczalnym do przeprowadzenia eksperymentu z okruchami lustra. W międzyczasie bowiem dziewczynki dowiedziały się, że takiej operacji Arcimboldo wcześniej nie przeprowadzał. Ale co skłoniło go do przygarnięcia z sierocińca właśnie jej? Nigdy wcześniej jej nie widział, nigdy jej nie spotkał, nic o niej nie wiedział. W istocie musiał polegać na informacjach otrzymanych od opiekunów z sierocińca, którzy, jak przypuszczała Merle, nie powiedzieli o niej nic dobrego. Tam uważano ją za krnąbrną i zadzierającą nosa, określenia, które w ustach jej opiekunów oznaczały osobę ciekawą świata i stanowczą.

Jeśli chodzi o dwóch pozostałych czeladników, to byli oni tylko o rok starsi od Merle. Jeden z nich, o jasnej karnacji i rudych włosach, nazywał się Tiziano, drugi z kolei, szczuplejszy i z zajęczą wargą, miał na imię Boro. Obydwaj wydawali się zadowoleni z faktu, że nie są już najmłodszymi czeladnikami Arcimbolda i dzięki temu mogą rozkazywać Merle. Ich władcze zachowanie nie było jednak podyktowane złośliwością. Jeśli zauważyli, że Merle nie może podołać powierzonym obowiązkom, szybko przychodzili jej z pomocą, i to bez specjalnego zaproszenia. Przed Junipą natomiast trzymali się na dystans. Szczególnie Boro unikał jej jak ognia. Akceptowali uprzywilejowaną pozycję Daria, jednak bez cienia wiernopoddańczej służalczości, tak dobrze znanej Merle z relacji między członkami band w domach dziecka. Ale ze względu na dłuższy o rok staż czeladniczy Daria, obydwaj chłopcy odnosili się do niego z należnym respektem.

Po niecałych trzech tygodniach Merle znów zaobserwowała, że Unke około północy schodzi do studni. Przez chwilę pomyślała, żeby obudzić Junipę. Szybko jednak zrezygnowała z tego pomysłu. Niczym słup soli zastygła przy oknie, wpatrując się w pokrywę od studni, po czym niespokojna wróciła do łóżka.

Już następnego wieczora zwierzyła się przyjaciółce ze swojego odkrycia.

- I to naprawdę ona schodziła do studni?- spytała Junipa.

- Przecież ci mówię!

- Może urwał się sznur od wiadra?

- A schodziłabyś do zupełnie ciemnej studni w środku nocy? I to tylko dlatego, że urwał się sznur? Gdyby tak się rzeczywiście stało, trzeba by było naprawić go w ciągu dnia. I pewnie kazano by to zrobić jednej z nas- Merle potrząsnęła głową. - Nie miała ze sobą nawet lampy.

W zwierciadlanych oczach Junipy odbijało się światło księżyca, wpadające tego wieczora do pokoju. Dwa żarzące się ogniki, białe i zimne. Merle musiała opanować dreszcz przeszywający w takich momentach jej ciało. Niekiedy ogarniało ją uczucie, że oczy Junipy przenikają przez zewnętrzną powłokę ciała. .

- Boisz się Unke?- spytała Junipa.

Merle zastanowiła się. -Nie, ale musisz przyznać, że zachowuje się dziwnie.

- Może każdy się tak zachowuje, jeśli musi nosić na twarzy maskę?

- To dlaczego ją nosi? Nikt prócz Arcimbolda nie wie dlaczego. Pytałam nawet Daria.

- Może spytałabyś o to ją samą?

- To byłoby nieuprzejme z mojej strony, jeśli rzeczywiście cierpi na jakąś chorobę.

- Cóż więc pozostaje?

Merle zamilkła. Często zadawała sobie to pytanie. W głowie zaświtała jej pewna myśl. Pojawiła się nagle i nie chciała zniknąć. Mimo to nie zamierzała zdradzić jej Junipie.

Od tej pory dziewczynki do tematu Unke już nie wróciły. Zbyt wiele innych spraw zaprzątało im głowy - każdy nowy dzień przynosił przecież tyle nowych wrażeń, odkryć i wyzwań. Przede wszystkim dla Junipy, której wzrok ciągle się poprawiał i dla której każdy kolejny poranek oznaczał nowe przygody. Merle zazdrościła przyjaciółce , że ta potrafi okazywać radość z najmniejszych rzeczy. Jednocześnie cieszyła się, że Junipa widzi coraz lepiej.

Na drugi dzień po owej nocy, kiedy Merle widziała, że Unke znów schodzi do studni, zdarzyło się coś, co odwróciło uwagę dziewczynek od tajemniczego postępowania gospodyni.

Doszło wtedy do wspólnego spotkania z czeladnikami z drugiej strony kanału, czyli uczniami mistrza tkackiego Umberta.

W ciągu jedenastu dni, które spędziła w domu szklarza, Merle zupełnie zapomniała o istnieniu warsztatu tkackiego. Nie czuło się atmosfery osławionej kłótni, niegdyś wywołującej ogromne emocje w całym mieście. Przez ten czas Merle nie opuszczała domu. Przebywała w warsztacie, w jadalni i w swoim pokoju. Wprawdzie ktoś ciągle musiał towarzyszyć gospodyni, kiedy szła na targ warzywny na Rio San Barnabo, ale za każdym razem jej wybór padał na któregoś z chłopców. Jako roślejsi mogli bez trudu dźwigać ciężkie skrzynki z zakupami.

Merle była więc bardzo zaskoczona, kiedy uczniowie z naprzeciwka przypomnieli jej o swoim istnieniu. Jak się później dowiedziała, obydwie strony wciąż urządzały sobie psoty, które nierzadko kończyły się sińcami i skaleczonymi kolanami, rozbitymi szybami w oknach i pomstowaniem obydwu mistrzów. Ostatniego figla spłatali przed trzema tygodniami Dario, Boro i Tiziano. Chłopcy mistrza tkackiego szykowali się do rewanżu.

Merle nie dowiedziała się nigdy, dlaczego uczniowie Umberta przypuścili atak na warsztat Arcimbolda akurat tego ranka. Nie była też pewna, jak w ogóle przedostali się do domu, choć prawdopodobnie musieli przerzucić przez kanał długą deskę, sięgającą od jednego do drugiego balkonu. Fakt, że zdarzyło się to przed południem, czyli w godzinach pracy, rzucał cień podejrzenia na Umberta dającego na wszystko przyzwolenie. Nie inaczej zresztą jak w przypadku psot Daria, mających błogosławieństwo Arcimbolda.

Merle kleiła akurat drewnianą ramę lustra, gdy przy drzwiach do warsztatu rozległo się głuche dudnienie. Przestraszona spojrzała w górę, obawiając się, że to Junipa potknęła się o jakieś narzędzie.

Ale to nie była Junipa, tylko niewielka postać, która poślizgnęła się na śrubokręcie i próbując zachować równowagę, chaotycznie wymachiwała rękami. Jej twarz kryła się za papierową maską niedźwiedzia. Jedną ręką wymachiwała w powietrzu, podczas gdy z drugiej wpadł jej worek z farbą, robiąc na podłodze potężnego kleksa.

- Tkacz!!!- wrzasnął Tiziano i natychmiast przerwał pracę.

- Tkacz! Tkacz!- wtórował mu Boro w drugiej części warsztatu. Także Dario szybko dołączył do pokrzykujących kolegów.

Merle trochę poirytowana wyprostowała się i zaczęła się rozglądać po warsztacie. Zupełnie nie wiedziała, co się tu dzieje, bo też nie miała zielonego pojęcia o toczącej się rywalizacji pomiędzy uczniami z obydwu warsztatów.

Postać w masce wywróciła się już u wejścia, poślizgnąwszy się o rozlaną przez siebie farbę. Nieproszony gość z hukiem runął na podłogę. Zanim Dario, Tiziano i Boro zdążyli parsknąć śmiechem, w korytarzu pojawiło się następnych trzech chłopców w kolorowych maskach z papieru. Jedna z nich szczególnie przykuła uwagę Merle. Przedstawiała w połowie głowę człowieka, w połowie ptaka. Długi zakrzywiony dziób połyskiwał złotem, a na pomalowanych brwiach iskrzyły się malutkie szklane kamyczki.

Merle nie zdążyła jeszcze przyjrzeć się pozostałym maskom, kiedy w jej kierunku nadleciało kilka worków z farbą. Jeden z nich pękł tuż u jej stóp, tryskając czerwoną kleistą zawiesiną. Inny uderzył ją w plecy i zsunął się po niej na podłogę. Junipa, która stała z dużą miotłą w ręku, była początkowo zupełnie zdezorientowana. W lot jednak pojęła, w czym rzecz, schyliła się szybko, podniosła worek z farbą i cisnęła nim w kierunku napastników.

Chłopiec w masce niedźwiedzia uskoczył w bok. Kolorowy pocisk trafił kolegę w masce ptaka, pękając z hukiem na końcu dzioba i oblewając nieszczęśnika zieloną farbą.

Dario wydał okrzyk triumfu, a Tiziano z uznaniem poklepał Junipę po plecach. Tymczasem napastnicy przeprowadzili kolejny atak. Tym razem uczniom Arcimbolda szczęście nie dopisało. Bora, Tiziana, a także Merle dosięgnęły worki z farbą.

Merle kątem oka dostrzegła jak Arcimboldo, przeklinając po nosem, zamknął i zaryglował drzwi prowadzące do magazynu z lustrami. Jeśli już jego uczniowie chcą rozwalić sobie głowy, to przynajmniej niech magiczne lustra pozostaną nienaruszone.

Chłopcy byli zdani na własne siły. Szanse zdawały się wyrównane, czterech na czterech. Choć właściwie pięciu na czterech, jeśli liczyć Junipę - było nie było, pomimo słabego wzroku jako pierwsza zadała napastnikom celny cios.

- To czeladnicy tkacza z przeciwnego brzegu kanału!- krzyknął Boro do Merle, chwytając miotłę i wymachując ną jak mieczem. -Nieważne, co się stanie. My musimy obronić nasz warsztat!

"Ot, chłopcy", pomyślała Merle, bezradnie rozmazując farbę na swojej sukience. "Dlaczego oni muszą ciągle coś sobie udowadniać?" W tym momencie spojrzała w górę i została trafiona w czoło workiem z żółtą mazią, która zaczęła ściekać jej po głowie i plecach.

Dosyć! Z dzikim okrzykiem chwyciła butelkę kleju, którego przed chwilą używała do klejenia ram, i rzuciła się na pierwszego z brzegu tkacza, w niedźwiedziej masce. Ten, widząc ją, sięgnął po kolejny worek z farbą. Za późno, bo Merle pchnęła go do tyłu, powaliła na plecy, usiadła mu na brzuchu i podsunęła pod oko flaszeczkę kleistej zawiesiny. .

- Zamknij oczy!- ostrzegła go , wlewając pod maskę za jednym zamachem sporą ilość kleju. Chłopiec zaklął. Zaraz potem jego słowa zamieniły się w bulgot: -Iiiiiiiihhhhhhh.

Kiedy uznała, że przeciwnik przynajmniej chwilowo został wyeliminowany z walki, zwolniła uścisk i podniosła się. Flaszkę trzymała niczym pistolet, głównie dla postrachu, ponieważ kleju zostało w niej niewiele. Kątem oka dostrzegła, jak Boro i Tiziano walczą z dwójką tkaczy, okładając się nawzajem z taką determinacją, że jednemu z napastników pękła maska. Zamiast jednak udzielić wsparcia kolegom, podbiegła do Junipy, chwyciła ją za ramię i ukryła pod jedną z ławek.

- Nie ruszaj się- szepnęła jej do ucha.

Ale Junipa zaprotestowała: - Nie jestem tak bezradna jak sądzisz.

- Pewnie, że nie.- Merle rzuciła ironiczne spojrzenie na tkacza z ptasią maską. Jego tułów oblany był zieloną farbą. - Ale będzie lepiej, jeśli się tu skryjesz. To długo nie potrwa.-

Wyprostowała się i rozglądając się po warsztacie musiała przyznać, że jej triumf był przedwczesny. W starciu górę brali ich przeciwnicy. A Dario przepadł gdzieś bez śladu. Dostrzegła go dopiero, gdy stanął na tle drzwi. W ręku trzymał nóż, którego Arcimboldo używał zwykle do przecinania cienkich metalowych płyt mocowanych w tylnej części lustra. Jego ostrze nie było długie, za to ostre jak brzytwa.

- Serafin...- warknął Dario buńczucznie do tkacza w masce ptaka. -Podejdź, jeśli się nie boisz.

Chłopiec, choć widział połyskujący w rękach Daria nóż, nie zawahał się. Jego dwaj towarzysze cofnęli się w kierunku drzwi, podczas gdy Boro pomógł wstać Tizianowi i popchnął Merle na pod ścianę.

- Czy oni obydwaj potracili głowy?- wycedziła przez zęby. -Pozabijają się nawzajem.

Zmarszczki na czole Bora zdawały się potwierdzać jej troskę. - Dario i Serafin nienawidzą się już od pierwszego spotkania. To Serafin zainicjował bratobójcze walki - powiedział.

- To jeszcze nie powód, by ruszać na niego z nożem.

Wtem Dario i Serafin ruszyli na siebie. Przy tej okazji dziewczynka mogła stwierdzić, że Serafin porusza się z lekkością tancerza. Zwinnie wymykał się dość prostym ciosom Daria, którego nóż przecinał jedynie powietrze. Zanim Dario zdążył się zamachnąć, przeciwnik wytrącił mu nóż z ręki. Chłopak z dzikim okrzykiem rzucił się na tkacza i ściśniętą pięścią zdradziecko uderzył go w krtań. Żółtawa maska ptaka uleciała na bok, odsłaniając piękne rysy twarzy i kilka piegów na nosie. Chłopiec miał blond czuprynę, choć nie tak jasną jak Junipa. Teraz blond włosy przeplatały mu się z zielonymi pasemkami.

Niebieskie oczy tkacza błysnęły groźnie i szybko wymierzył Dariowi cios, zanim ten zdążył uskoczyć w bok. Dario przeskoczył przez ławkę, która chroniła go od przeciwnika. Schowana tam Junipa zrobiła krok do tyłu. Ale Serafin chciał najpierw porachować się z Dariem, którego nos po ostatnim ciosie trochę krwawił. Jednak Dario, zamiast stanąć twarzą w twarz z przeciwnikiem , zakręcił się dookoła, chwycił Junipę za ramiona, przycisnął do siebie i pchnął w objęcia Serafina.

Merle wydała przeraźliwy okrzyk: - Co za tchórz!!!

Tkacz widział, że Junipa szybuje w jego kierunku, ale jednocześnie zauważył, że Dario, wietrzący swoją szansę, gotuje się do zadania ciosu. Serafin miał do wyboru: albo złapać Junipę, lecącą dokładnie na szklaną szafkę, albo też uskoczyć na bok i odeprzeć atak arcywroga.

Serafin złapał Junipę. Na moment przytrzymał ją w rękach i próbował uspokoić. -Wszystko będzie dobrze- szepnął jej do ucha. - Nie stanie ci się żadna krzywda.

Ledwo wymówił te słowa, poczuł na twarzy pięść Daria, który dosięgnął go zza ramienia Junipy.

- Nie!- krzyknęła oburzona Merle, przebiegając przed Borem i Tizianem. Wskoczyła na ławkę i stanęła pomiędzy Dariem a Serafinem i Junipą.

- Co robisz?- warknął młodzieniec, ale Junipa zdążyła już powalić go na ziemię.

Na jedną krótką chwilę jej wzrok spotkał się ze wzrokiem Serafina, który ostrożnie postawił Junipę na ziemi. Uśmiechnął się tylko, umazany w zielonej farbie i krwi, po czym czmychnął do swoich kumpli, stojących przy wejściu.

- Spadamy- powiedział. W mgnieniu oka tkacze ulotnili się z warsztatu.

Merle nie zważała na Daria. Całą uwagę poświęciła Junipie, która, oniemiała z wrażenia, stała obok szklanej szafy.

- Wszystko w porządku?

Junipa skinęła głową. - Tak..., dziękuję. Już dobrze.

Za plecami Merle Dario ciskał przekleństwa. Nawet stojąc tyłem, wyczuwała bijącą od niego wrogość. Nagle odwróciła się w jego stronę, spojrzała mu głęboko w oczy i z całej siły wymierzyła policzek.

Zanim zdążył do niej doskoczyć, między nimi stanęła Unke. Merle poczuła silne szarpnięcie. To gospodyni chwyciła ją za ramię i odciągnęła od Daria. Ale dziewczynka zupełnie nie słuchała, co mówi do niej Unke. Nie docierały do niej też ordynarne oskarżenia Daria, który aż kipiał ze złości. Z melancholią wpatrywała się w korytarz, gdzie przed chwilą zniknął Serafin z kolegami.

Merle #1 - Merle i Królowa Laguny (twarda oprawa)

Autor: Kai Meyer
Wydawnictwo: Videograf II
Miejsce wydania: Chorzów
Wydanie polskie: 3/2006
Tytuł oryginalny: Merle: Fliessende Königin
Wydawca oryginalny: Loewe Verlag
Rok wydania oryginału: 2001
Liczba stron: 272
Format: 150x210 mm
Oprawa: twarda
ISBN: 83-7183-382-2
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,00 zł


blog comments powered by Disqus