"Zdrada" - fragment #4 książki "Merle i Królowa Laguny"

Autor: Kai Meyer

Zdrada

-Zaglądałaś kiedyś do środka?- spytała Junipa na drugi dzień rano, po tym, jak na korytarzu rozległ się gong, w który Unke codziennie uderzała na pobudkę.

Merle, jeszcze zaspana, przecierała rękami oczy: -Ale gdzie?

-Do wodnego lustra.

-No jasne. Często.

Junipa spuściła nogi z łóżka, przypatrując się uważnie Merle. Odłamki szkła w jej oczach mieniły się złotawo od wschodzącego słońca.

-No, ale mam na myśli nie tylko wpatrywanie się.

- Pytasz, czy zaglądałam pod powierzchnię wody?

Junipa skinęła głową.

-Dwa, albo trzy razy. Włożyłam twarz do środka tak głęboko, jak tylko było możliwe. Ramy lustra są dość wąskie. Ale udało się. Oczy miałam całkowicie pod wodą.

-No i....?

-I nic. Sama ciemność.

Nic nie widziałaś?

-Przecież mówię.

Junipa w zamyśleniu gładziła sobie włosy: -Jeśli chcesz, mogę spróbować - powiedziała.

Merle, której właśnie zebrało się na ziewanie, natychmiast zamknęła usta. -Ty? - spytała z niedowierzaniem.

-Moje lustrzane oczy potrafią widzieć w ciemności.

Merle ściągnęła brwi.

-Nic mi o tym nie mówiłaś.- Szybko starała się sobie przypomnieć, czy nie zrobiła w nocy czegoś, czego musiałaby się wstydzić.

-Wszystko zaczęło się przed trzema dniami. Ale z nocy na noc jest coraz lepiej. Widzę jak w ciągu dnia. Czasami nie mogę spać, bo światło wdziera się przez powieki. Wszystko staje się wtedy czerwone, tak jakbym patrzyła z zamkniętymi oczami na słońce.

-Musisz porozmawiać o tym z Arcimboldem.

Junipa skrzywiła się: -A jeśli wyciągnie mi lustra z oczu?

-Nie uczyni tego.- Zatroskana Merle próbowała wyobrazić sobie, jak można żyć, nie mogąc wyzwolić się od światła słonecznego. A jeśli się pogorszy, to czy jej przyjaciółka będzie w ogóle mogła spać?

-Więc jak?- Junipa zmieniła temat. -Jak sądzisz, czy mam spróbować?

Merle wyjęła lustro spod kołdry i wzruszyła ramionami. -Dlaczego nie?

Junipa usiadła na łóżku przyjaciółki.. Obydwie miały na sobie jeszcze koszule nocne i rozczochrane włosy.

-Daj mi najpierw jeszcze raz spróbować- powiedziała Merle.

Junipa przyglądała się, jak Merle przysuwa sobie lustro do oczu. Potem ostrożnie wsadziła do niego nos, a następnie całą twarz, aż jej kości policzkowe zatrzymały się na ramie, nie pozwalając wsunąć się głębiej.

Pod wodą Merle otworzyła oczy. Ale ponieważ wiedziała, co ją czeka, nie była rozczarowana. Panowała tu absolutna ciemność.

Wyjęła twarz z lustra. . Nawet kropla wody nie wylała się przy tym na zewnątrz. Także twarz Merle była całkiem sucha.

-No i- spytała podekscytowana Junipa.

-Nic, zupełnie nic. Merle podała jej lustro. -Tak, jak dotychczas.

Dziewczynka uchwyciła rączkę lusterka w swoją małą dłoń. Wpatrzona w powierzchnię zwierciadła, przyglądała się z uwagą swoim nowym oczom. -Myślisz, że są ładne?- spytała niespodziewanie.

Merle zawahała się. -Są niezwykłe - odpowiedziała

-To nie jest odpowiedź na moje pytanie.

-Nie gniewaj się...- Merle wolałaby zaoszczędzić przyjaciółce prawdy. -Czasami na ich widok dostaję gęsiej skórki. Ale nie dlatego, że twoje oczy są brzydkie, tylko..., no, one są...

-Takie zimne- dodała Junipa cicho. -Czasami mnie samej jest zimno, nawet kiedy świeci słońce.

Jasność w nocy, zimno w słońcu.

-Naprawdę chcesz zajrzeć do środka?- spytała Merle.

-Właściwie nie. Ale jeśli chcesz, mogę spróbować. Chyba, że nie chcesz wiedzieć, co jest w środku, skąd dochodzi ręka.

Merle skinęła głową bez słowa.

Junipa podsunęła sobie lustro do twarzy, zanurzając ją w nim. Miała mniejszą głowę niż Merle. W ogóle była drobniejsza, bardziej krucha i delikatna.

Jej głowa zniknęła pod powierzchnią lustra. Merle siedziała obok, wpatrując się w smukłą postać przyjaciółki w zbyt obszernej koszuli nocnej, w jej przebijające spod niej plecy, w wystające spod dekoltu obojczyki, tak wyraźne, jakby leżały nie pod skórą, a na niej.

Widok był niesamowity, niemal nie do wiary, ponieważ po raz pierwszy widziała kogoś, kto dotykał jej lustra. Z szaleństwami można żyć za pan brat, jeśli się je czyni samemu. Gdy popełnia je jednak ktoś inny, wtedy kręci się nosem albo obraca się na pięcie i szybko ulatnia.

Ale Merle cały czas siedziała na łóżku, zadając sobie pytanie , cóż takiego Junipa w tej chwili widzi .

W końcu nie wytrzymała i spytała:

-Junipa, słyszysz mnie?

Oczywiście, że ją słyszała. Uszy dziewczynki wystawały ponad powierzchnię wody. Mimo to nie odpowiedziała.

-Junipa?

Merle zaniepokoiła się, ale jeszcze wytrwała na swoim miejscu. Powoli ogarniały ją wizje, jak to dzikie bestie z drugiej strony rzucają się na twarz przyjaciółki, odgryzając kawałek po kawałku. Gdy wreszcie wyciągnie głowę, pozostanie po niej tylko czaszka pokryta włosami. Dokładnie jak ten hełm znaleziony przez profesora Burbridge`a podczas jego ekspedycji w głąb ziemi.

-Junipa!- krzyknęła, tym razem mocno zaniepokojona. Złapała ją za rękę. Była ciepła, puls całkiem normalny.

Junipa wróciła. W istocie był to powrót. Sprawiała wrażenie, jakby przez jakiś czas przebywała w odległych i nieznanych krajach, które leżały po drugiej stronie ziemi lub wypełniały jej wyobraźnię.

-Co tam było?- spytała zatroskana Merle. Co widziałaś?

W tym momencie oddałaby góry złota, byleby móc Junipie spojrzeć w oczy, jakie mają zwykli ludzie. Oczy, z których dałoby się cokolwiek wyczytać. Czasami nieprzyjemną prawdę, ale prawdę.

Ale oczy przyjaciółki pozostały zimne i nieruchome.

"Czy ona potrafi jeszcze płakać?", przemknęło Merle przez głowę. I ta myśl zaprzątnęła teraz całą jej uwagę.

Junipa nie płakała. Jedynie kąciki jej ust poruszały się nerwowo. Merle pochyliła się nad nią, wzięła lusterko z ręki, położyła je na łóżku i pogładziła przyjaciółkę po plecach.

-Co jest w zwierciadle?

Dziewczynka milczała przez chwilę. Potem skierowała wzrok na Merle.

-Tam jest ciemno.

"To wiem", miała Merle na końcu języka, zanim przyszło jej do głowy, że Junipa mogła mówić o innej ciemności, niż o ta, którą sama znała.

-Opowiedz mi- naciskała.

Junipa potrząsnęła głową. -Nie, o to nie możesz mnie prosić.

-Co takiego?!- wyrwało się Merle.

Junipa odsunęła się od niej i wstała. -Nie pytaj, co tam widziałam- odpowiedziała chłodno. -Nigdy.

-Ależ proszę.

-Przecież to nie może być nic złego!- Merle nie dawała za wygraną. Zaczęła ją ogarniać przekora i zwątpienie. -Przecież czułam twoją dłoń!

Gdy za oknem czarna chmura przysłoniła wpadające do pokoju promienie słońca, lustrzane oczy Junipy zasępiły się. -Zapomnij o tym, Merle. Najlepiej zapomnij o tym lustrze- to powiedziawszy, odwróciła się na pięcie, otworzyła drzwi i wyszła na korytarz.

Merle siedziała na łóżku w bezruchu, niezdolna objąć myślami to, co zdarzyło się przed chwilą. Kiedy usłyszała trzaśnięcie drzwi, poczuła się bardzo, bardzo samotna.

 

Tego dnia Arcimboldo posłał dziewczynki na poszukiwanie ukrywających się w lustrach zjaw.

-Chcę wam dziś pokazać coś niezwykłego- oznajmił . Merle dostrzegła kątem oka, że Dario, Tiziano i Boro spojrzeli na siebie porozumiewawczo, z szyderczym uśmiechem.

Mistrz wskazał drzwi, które prowadziły do magazynu za warsztatem.

-Jeszcze tam nie byłyście- powiedział. -I to nie bez powodu.

Merle przypuszczała, że przechowuje w magazynie magiczne lustra.

-Kontakt z lustrami, które powstają w moim warsztacie, jest trochę niebezpieczny.- Arcimboldo oparł się rękami o ławkę. -Od czasu do czasu trzeba je z pewnych- mistrz zawahał się na chwilę -elementów oczyścić.

Trzej uczniowie znowu się uśmiechnęli. Merle ogarnęła wściekłość. Nie znosiła, kiedy Dario wiedział więcej niż ona.

-Dario z chłopcami zostaje tu, w warsztacie. Junipa i Merle, wy idziecie ze mną - powiedział Arcimboldo.

Odwrócił się i podszedł do drzwi magazynu. Dziewczynki szybko wymieniły spojrzenia i podążyły za mistrzem.

-Dużo szczęścia!- krzyknął za nimi Boro. W jego głosie nie brzmiała nuta fałszu.

-Dużo szczęścia!- podchwycił Dario, mamrotając jeszcze coś pod nosem, czego Merle nie zrozumiała.

Arcimboldo wpuścił dziewczynki do pomieszczenia i zamknął za nimi drzwi.

-Witajcie!- powiedział. -Witajcie w sercu mojego warsztatu!

Widok, który ujrzały, usprawiedliwiał jego uroczysty ton.

Trudno było określić wielkość pomieszczenia, ponieważ jego ściany aż do sufitu były wyłożone lustrami. Pośrodku stały rzędy luster opierające się o siebie jak kamyczki domina na krótko przed zawaleniem się. Przez szklany dach wpadało do środka światło słoneczne - warsztat znajdował się w przybudówce, która nie była tak wysoka jak reszta budynku.

Lustra były zabezpieczone łańcuchami przymocowanymi do ściany. Nie miały prawa upaść, chyba, że Wenecję nawiedziłoby trzęsienie ziemi albo ziemia rozstąpiłaby się pod miastem, jak to zdarzyło się kiedyś na początku wojny w Marrakeszu, mieście leżącym w Afryce Północnej. Ale od tego czasu minęło prawie trzydzieści lat. Dziś już nikt nie wspominał tego wydarzenia. Miasta nie było na mapach, nie wspominali też o nim ludzie.

-Ile luster się tu znajduje?- spytała Junipa.

Właściwie nie można było nawet w przybliżeniu określić ich liczby, nie mówiąc już o dokładnym ich policzeniu. Jedne odbijały się w drugich, optycznie zwielokrotniając swoją ilość. Merle zastanowiła się, czy lustro, które odbijało się w innym lustrze, istniało w rzeczywistości, tak jak jego oryginał. W końcu spełniało taką samą funkcję jak jego pierwowzór - odbijała się w nim rzeczywistość.

Wtedy po raz pierwszy zadała sobie pytanie, czy przypadkiem wszystkie lustra nie są magicznymi lustrami.

"Lustra mogą widzieć", powiedział kiedyś Arcimboldo. Teraz uwierzyła jego słowom.

-Poznacie dziś szczególny rodzaj natrętów. Moje ulubione - zjawy lustrzane- wyjaśnił.

-Co to są... zjawy lustrzane?- spytała Junipa nieśmiało, jakby obrazy tego, co zobaczyła w lustrze Merle, dalej migotały jej przed oczami, przepełniając lękiem.

Arcimboldo podszedł do pierwszego lustra, stojącego w środkowym rzędzie. Sięgało mu ono aż do brody. Jego ramy były wykonane ze zwykłego drewna, podobnie zresztą jak ramy innych luster w warsztacie. Ramy nie służyły jako ozdoba, lecz podczas transportu chroniły palce przed skaleczeniem.

-Przypatrzcie się mu uważnie- polecił mistrz.

Dziewczynki podeszły do lustra.

Junipa dostrzegła coś pierwsza: -Coś tam jest - powiedziała.

Bezkształtne w formach zjawy przypominały postrzępione nitki mgiełki przebiegające po powierzchni lustra. Ale nie ulegało wątpliwości, że ich blade zarysy znajdowały się pod lustrem, w jego wnętrzu.

-Lustrzane zjawy- powiedział rzeczowo Arcimboldo. -Irytujące pasożyty, które zagnieżdżają się w moich lustrach od czasu do czasu. I zadaniem uczniów jest je wszystkie wyłapać.

-Ale w jaki sposób?- Merle domagała się szczegółów.

-Wejdziecie do lustra i wypędzicie je za pomocą środka, który wam teraz dam - mistrz roześmiał się. -No, nie patrzcie tak na mnie! Dario i pozostali uczniowie robili to już setki razy. Jeśli to zadanie wydaje się wam nawet trochę dziwne, w gruncie rzeczy nie jest trudne. Jeśli już, to raczej nużące. Dlatego wykonujecie je wy, podczas gdy wasz stary mistrz wyłoży sobie nogi na stół, zakurzy fajkę, czując się jak u Pana Boga za piecem.

Merle i Junipa spojrzały na siebie. Obydwie obawiały się, czy sprostają temu zadaniu. Jednak za wszelką cenę chciały dobrze je wykonać. Ostatecznie przecież, jeśli podołał mu Dario, one też sobie poradzą.

Arcimboldo wyciągnął z kieszeni kitla mały przedmiot i trzymając go kciukiem i palcem wskazującym, podsunął go dziewczynkom pod nos. Przezroczysta kula, nie większa niż pięść Merle.

-Prawda, że mała?- uśmiechnął się tajemniczo. A Merle po raz pierwszy zauważyła, że ma lukę między zębami. -Ale to najlepszy środek na zjawy lustrzane. Niestety też jedyny.

Zamilkł na chwilę, ale dziewczynki nie odważyły się o nic go zapytać. Merle była pewna, że Arcimboldo będzie kontynuował swój wywód.

Po krótkiej przerwie, kiedy mogły dokładnie przypatrzeć się kuli, powiedział do nich: -Pewien szklarz z Murano wytwarza te czarodziejskie kule na podstawie moich planów.

Plany? Merle nie mogła ukryć zdziwienia. Dla prostej kuli ze szkła?

-Kiedy staniecie naprzeciwko zjawy lustrzanej, musicie wypowiedzieć tylko jedno słowo, a zostanie ona uwięziona w środku kuli- wyjaśnił dalej. -To słowo to intorabiliuspeteris. Musicie je sobie dobrze zapamiętać, jak własne imię. Intorabiliuspeteris.

Dziewczynki kilka razy z trudem powtórzyły dziwne słowo. Ale były pewne, że dobrze je zapamiętały.

Mistrz wyciągnął drugą kulę i wręczył je dziewczynkom. Merle i Junipa podeszły do luster.

-W wielu lustrach grasują zjawy. Ale dziś wystarczy, jeśli wypędzicie je z jednego.- Skłonił się przed wybranym lustrem i wypowiedział niezrozumiałe dla dziewczynek słowo w obcym języku.

-Wejdźcie- powiedział.

-Tak po prostu?- spytała Merle.

Arcimboldo zaśmiał się: -Oczywiście, chyba, że chcecie wjechać tam na koniu?

Merle przebiegła wzrokiem powierzchnię lustra. Była gładka i wyglądała na solidną. Inaczej niż w przypadku jej lusterka. Skojarzenie, które jej się nieuchronnie nasunęło, kazało jej spojrzeć na Junipę. Obojętnie, co przyjaciółka dziś zobaczyła, wywarło to na niej duże wrażenie. Teraz wyglądała na przestraszoną i bała się wykonać polecenie Arcimbolda. Merle przez chwilę była nawet gotowa opowiedzieć mu o wszystkim i przekonać go, by to ona weszła do środka lustra, a przyjaciółka została na zewnątrz.

Ale właśnie w tej chwili Junipa zrobiła pierwszy krok, wyciągając ręce przed siebie. Palcami przełamała powierzchnię lustra, ale tak delikatnie, jak przerywa się kożuch na mleku. Spojrzała przez ramię na Merle, uśmiechnęła się do niej i weszła do środka lustra. Zarys jej sylwetki stał się niewyraźny, jakby bardziej płaski i trochę nieprawdziwy; wyglądała niczym postać z obrazu. Skinęła do Merle.

-Odważna dziewczyna- wyszeptał zadowolony Arcimboldo.

Merle jednym krokiem przeszła przez powierzchnię lustra. Czuła lekkie drgawki na całym ciele. Jak lekki podmuch wiatru o północy. Zaraz potem znalazła się po drugiej stronie lustra. Rozejrzała się.

Kiedyś słyszała o lustrzanym labiryncie, który miał się rzekomo znajdować w pałacu przy Campo Santa Maria Nova. Nie znała jednak nikogo, kto by go widział na własne oczy. Ale wyobrażenia, jakie o nim miała, nie mogły równać się z tym, co zobaczyła teraz.

Jednego była pewna: świat luster był imperium złudzeń. Był miejscem sztucznym, wyimaginowanym, wyśnionym przez tych, którzy w niego wierzyli. A jednocześnie wydawał się Merle tak prawdziwy jak ona sama. Czy na przykład postacie z jakiegoś obrazu wierzą w realność miejsca, w którym się znajdują? Więźniowie, którzy nie są świadomi swojej niewoli?

Przed jej oczami rozpościerał się widok na lustrzaną salę. Różniła się znacznie od magazynu luster Arcimbolda. Stanowiła przestrzeń, którą z góry na dół, z lewa na prawo wypełniały wyłącznie lustra. Ale pierwsze wrażenie było złudne. Jeśli zrobiło się krok do przodu, natrafiało się na niewidoczną ścianę ze szkła., podczas gdy tam, gdzie powinien być koniec sali, zaczynała się pusta przestrzeń, wypełniona kolejnymi lustrami, niewidocznymi przejściami i dalszymi złudzeniami.

Minęło trochę czasu, zanim Merle zorientowała się, co się w tym miejscu nie zgadza: lustra odbijały się w sobie wzajemnie, ale już nie stojące między nimi dziewczynki. Dlatego mogły kroczyć prosto do lustra, wejść do niego, nie będąc ostrzeżone własnym w nich odbiciem. Ten fenomen ciągnął się w nieskończoność, w świecie srebra i kryształu.

Merle i Junipa wielokrotnie podejmowały próby, by wejść głębiej do labiryntu. Ale za każdym razem napotykały na szklany opór.

-To nie ma większego sensu- irytowała się Merle, tupiąc nogą ze złości. Spod jej buta doszedł odgłos zgrzytającego szkła, które jednak nie rozbiło się na kawałeczki.

-One nas otaczają ze wszystkich stron- szepnęła Junipa.

-Zjawy?

Junipa skinęła głową.

Merle rozejrzała się: -Nie widzę żadnej.

-One się boją. Boją się moich oczu. I schodzą nam z drogi.

Merle zakręciła się dookoła. W miejscu, w którym przekroczyły próg świata luster, znajdowało się coś w rodzaju bramy. Właśnie tam coś się poruszyło, ale prawdopodobnie był to Arcimboldo, który czekał na nie na zewnątrz.

Coś przeleciało jej tuż koło głowy. Dwie ręce, dwie nogi, jedna głowa. Z bliska w niczym nie przypominało mgielnych postaci. Merle podniosła szklaną kulę. Wydała się sobie trochę śmieszna, ale wypowiedziała magiczne słowo "intorabiliuspetris". Poczuła się dziwnie.

Rozległo się ciche westchnięcie. A zaraz potem nadleciała w jej kierunku zjawa. Kula szybko wessała ją do środka, migotając i zostawiając smugę, jakby była wypełniona białą i oleistą substancją.

-To działa!- wykrzyknęła.

Junipa przytaknęła. Ale nie zamierzała pójść śladem przyjaciółki.

-One się teraz bardzo boją.

Widzisz je wszystkie?

-Całkiem wyraźnie.

Junipa musiała zawdzięczać tę zdolność swoim oczom, magii zwierciadlanych kawałków. Także Merle mogła zobaczyć teraz zarysy mgielnych postaci, ale w przeciwieństwie do przyjaciółki nie rozróżniała zjaw wyraźnie.

-Jeśli się boją, to znaczy, że są żywymi istotami- wypowiadała na głos swoje myśli- powiedziała.

-Tak. Ale sprawiają wrażenie, jakby nie były tu same. Jakby stanowiły tylko część siebie, jak cień, który nagle zgubił właściciela.

-Może to dobrze, jeśli to my je łapiemy. Może są więźniami?

-Myślisz, że nie znajdują się w szklanej kuli?

Junipa jak zwykle miała rację. Ale Merle jak najszybciej chciała opuścić ten szklany ogród złudzeń i powrócić do realnego świata. . Rzecz jasna Arcimboldo tylko wtedy będzie zadowolony, kiedy złapią do kuli wszystkie zjawy. W przeciwnym razie obawiała się, że natychmiast wyśle je z powrotem do świata luster.

Przestała zważać na to, co robi Junipa. Zaczęła wymachiwać kulą w różnych kierunkach i wypowiadać magiczne słowo: "intorabiliuspeteris..., intorabiliuspeteris... intorabiliuspeteris!"

Odgłosy świstu i ssania stawały się coraz głośniejsze i bardziej wyraźne. Jednocześnie kula napełniała się mglistą substancją. Jej ścianki wyglądały jakby były zaparowane. Przypomniała sobie, jak kiedyś w sierocińcu jeden z opiekunów wdmuchał dym papierosowy do butelki po winie: smugi dymu wirowały w środku jak żywe stworzenie, które walczy, by wydostać się na zewnątrz.

Cóż to były za istoty, które jak szarańcza osiadały na lustrach Arcimbolda? Merle chętnie dowiedziałaby się czegoś więcej na ich temat.

Junipa z takim zawzięciem objęła kulę, że nagle rozległ się głuchy trzask i szklany przedmiot pękł w jej ręku. Drobniutkie kawałeczki szkła pospadały na ziemię, a wraz z nimi sączyły się ciemne krople krwi, po tym jak ostre odłamki szkła przecięły jej palce.

-Junipa!- Merle włożyła swoją kulę do kieszeni, podbiegła do przyjaciółki i obejrzała uważnie jej dłoń. -Och, Junipa...- Ściągnęła sweter i obwiązała nim ramię dziewczynki. Nagle z kieszeni jej sukienki wysunęło się wodne lustro.

Jakaś zjawa zawirowała tuż obok niej, wykręciła ostrą spiralę i zniknęła pod powierzchnią lustra.

-Och, nie!- przeraziła się Junipa. To moja wina.

Ale Merle bardziej przejmowała się stanem Junipy niż lustrem.

-Myślę, że i tak wszystkie już złapałyśmy- wycedziła przez zęby, nie mogąc oderwać oczu od czerwonej plamy na podłodze. Jej twarz odbijała się w kroplach krwi: jakby krew posiadała malutkie oczy, które patrzyły teraz na nią. -Ulatniamy się stąd!

Junipa próbowała ją powstrzymać. -Powiesz mistrzowi, że jedna ze zjaw wpadła do twojego lustra?

-Nie- przerwała przyjaciółce w pół słowa.

Junipa z przejęciem skinęła głową, a Merle położyła jej rękę na ramieniu, jakby chciała ją pocieszyć. -Nie przejmuj się tym- powiedziała.

Delikatnie popchnęła przyjaciółkę w kierunku bramy, w niewielkiej odległości od świecącego się kwadratu. Mocno obejmując się nawzajem, obydwie wyszły z lustra i znalazły się z powrotem w magazynie.

-Co się stało?- zapytał Arcimboldo, gdy zauważył owinięte ramię Junipy. Szybko odkrył rany na jej dłoni. Natychmiast podbiegł do drzwi, wołając: -Unke! Przynieś opatrunek. Byle szybko!

Także Merle dokładniej przyjrzała się ranom. Na szczęście żadna z nich nie wydawała się groźna. Nie były głębokie, tylko czerwone pręgi pokryte cieniutkim strupem.

Junipa wskazała plamy krwi na pomiętym swetrze przyjaciółki: -Zaraz ci je zmyję-

-To może zrobić Unke- włączył się mistrz. -Powiedz lepiej, jak to się stało.

Merle opowiedziała w skrócie przebieg wydarzeń, przemilczając jedynie ucieczkę ostatniej zjawy do jej lustra. -Udało mi się złapać wszystkie zjawy- wyciągnęła z kieszeni kulę. Jasne smugi w jej środku wirowały teraz ze zdwojoną szybkością.

Arcimboldo uchwycił kulę i popatrzył w nią pod światło. To, co zobaczył, musiało mu się spodobać, ponieważ z zadowoleniem kręcił głową. -Dobrze wykonałyście zadanie- pochwalił dziewczynki, nie wspominając o roztrzaskanej kuli. -Teraz możecie odpocząć- powiedział, kiedy Unke opatrzyła Junipie rany. Potem skinął na Daria, Bora i Tiziana, którzy z ciekawością zaglądali do magazynu przez otwarte drzwi i oznajmił:. -Resztę wyłapiecie wy.

-Co się teraz z nimi stanie?- spytała Junipa, wskazując kulę, którą trzymał w ręku mistrz.

-Wyrzucimy je do kanału- wyjaśnił Arcimboldo, wzruszając ramionami. -Żeby mogły się zagnieździć na powierzchni wody.

Merle przytaknęła, jakby spodziewała się takiej odpowiedzi. Wzięła Junipę pod ramię i zaprowadziła do pokoju.

 

Ta wiadomość lotem błyskawicy obiegła warsztat Arcimbolda. Wenecja będzie świętować kolejną rocznicę zwycięstwa nad Egipcjanami. Dokładnie jutro miną sześćdziesiąt trzy lata odkąd armia egipska stanęła u bram laguny. W zatoce pojawiły się galery i parowce, a słoneczne barki przygotowywały się do powietrznego ataku na bezbronne miasto. Ale Królowa Laguny uchroniła Wenecję i od tego czasu hucznie świętowano każdą rocznicę tego wydarzenia. Z tej okazji organizowano wiele festynów i zabaw. Jedna z nich miała się odbyć niedaleko warsztatu. Dowiedział się o tym dziś rano Tiziano, który odprowadzał Unke na targ rybny. Po powrocie opowiedział o tym Dariowi, a ten puścił w obieg nowinę, aż dotarła do Junipy i Merle.

-Uroczystości ku czci Królowej Laguny! Zaraz obok! Wszędzie zawisną lampiony, zewsząd będzie dochodził odgłos stukających kufli piwa i odkorkowywanych butelek wina!

-Także z waszym udziałem, dzieci?- wtrącił przysłuchujący się im Arcimboldo. Na jego twarzy widniał szelmowski uśmiech.

-Nie jesteśmy już dziećmi- oburzył się Dario. - Przynajmniej większość z nas- dorzucił ironicznie, obrzucając Junipę szyderczym wzrokiem.

Merle chciała się wstawić za przyjaciółką. Ale to okazało się niepotrzebne.

-Jeśli dorosłość ma polegać na dłubaniu w nosie, gdy nikt tego nie widzi, drapaniu się po pośladkach i jeszcze na kilku innych rzeczach, to rzeczywiście, Dario, jesteś bardzo dorosły- powiedziała Junipa z przekąsem.

Na dźwięk tych słów chłopak stał się pąsowy jak róża. A Merle patrzyła na nią z niedowierzaniem. Czyżby Junipa zakradła się w nocy do pokoju Daria i obserwowała go? A może dzięki swoim oczom mogła widzieć przez ścianę? Na samą myśl zrobiło jej się nieswojo.

Dario napuszył się jak paw, ale Arcimboldo natychmiast załagodził spór. -Uspokójcie, bo nikogo z was nigdzie nie puszczę ! Z drugiej strony, jeśli jutro do zachodu słońca wykonacie wszystkie zadania, to nie widzę powodu by...

Dalsze słowa zagłuszył dziki ryk. Nawet Junipa szalała z radości. Ponury cień zniknął z jej twarzy.

-Ale jedno musicie wiedzieć- kontynuował mistrz. -Uczniowie z warsztatu tkackiego także z pewnością tam będą. Nie chcę żadnych burd. Wystarczy, że nasz kanał stał się areną walki. Nie dopuszczę do tego, by przenosić ją gdzie indziej. I tak ściągnęliśmy na siebie wystarczająco dużo uwagi. A więc żadnych obelg, żadnych walk, nawet prowokujących spojrzeń- spojrzał znacząco na Daria. -Jasne?

Chłopak głęboko westchnął i przytaknął naprędce. Pozostali poprzestali na niewyraźnej obietnicy. W istocie Merle była wdzięczna Arcimboldowi za jego słowa, bo nowa burda z młodymi tkaczami była ostatnią rzeczą, której sobie życzyła. Rany Junipy goiły się niezwykle szybko. Teraz potrzebowała jedynie spokoju, by nie pozostał po nich ślad.

-No to wszyscy do roboty!- zawołał zadowolony mistrz.

Czas do inauguracji święta wydał się Merle wiecznością. Była tak podniecona, że z trudem mogła się doczekać, kiedy znowu wmiesza się w tłum ludzi. Nie, w warsztacie nie było jej źle, lubiła wszystkich - może z wyjątkiem Daria -ale tęskniła za tętniącym w wąskich uliczkach miejskim życiem, gwarem szczebioczących kobiet i widokiem dumnie wypinających piersi mężczyzn.

Wreszcie nadszedł oczekiwany wieczór. Wszyscy wspólnie wyszli z domu. Uczniowie kroczyli na przedzie. Za nimi szły dziewczynki. Arcimboldo podarował Junipie okulary z ciemnego szkła, aby nie wyróżniała się wśród tłumu.

Zaraz za rogiem skręcili w bok, w miejscu, gdzie Kanał Odszczepieńców wpadał w szeroką arterię wodną. Już z daleka widać było setki błyszczących lampionów, dyndających na fasadach domów albo zawieszonych w oknach i na drzwiach. Obydwa brzegi łączył w tym miejscu wąski mostek, bardziej przypominający kładkę. Ludzie siedzieli na chodnikach, na przyniesionych z domów krzesłach lub w fotelach, na poduszkach albo na gołej ziemi. W wielu miejscach rozdawano napoje, chociaż, piwo i wino lały się z rzadka, co, jak zauważyła Merle, musiało wielce rozczarować Daria. Świętowali przede wszystkim ludzie ubodzy. Nikt z nich nie mógł sobie pozwolić na wydawanie pieniędzy na winogrona czy jęczmień, który z reguły przemycano do miasta po niebezpiecznych drogach. Zamykający się wokół miasta pierścień faraona był po tylu latach tak szczelny jak na początku wojny. Jeśli nawet nie było to tak bardzo odczuwalne w dzień powszedni, to nikt nie powątpiewał w to, że najmniejsza mysz, nie mówiąc już o przemytnikach, nie przemknęłaby się niezauważalnie obok stanowisk Egipcjan. Naturalnie istniały możliwości dotarcia do wina - Arcimboldo czynił z nich użytek - ale nie należały one do łatwych ani bezpiecznych. Biedacy pragnienie gasili przeważnie wodą. Jedynie podczas świąt popijali sok i przyniesioną ze sobą wódkę, z owoców lub warzyw.

Merle rozpoznała stojącego na moście ucznia tkackiego, który pamiętnego dnia jako pierwszy stracił maskę. Teraz stał w otoczeniu dwóch kolegów. Twarz jednego z nich świeciła się na czerwono, jak po nieudanej kąpieli słonecznej. Widocznie zmycie klajstru, który Merle wstrzyknęła mu pod maskę, nie przyszło tak łatwo.

Serafina nigdzie nie było widać. Dziewczynka dopiero teraz uświadomiła sobie, że mimo woli rozgląda się zanim. Kiedy go nie odnalazła, poczuła rozczarowanie.

Natomiast Junipa przeszła metamorfozę. Nie mogła się nadziwić otaczającemu światu. "Widzisz tamtego?", "Przyjrzyj się tamtej", wciąż szeptała Merle do ucha z szelmowskim uśmiechem, ale tak głośno, że niejeden uczestnik festynu oglądał się za nimi. Tym bardziej, że szkła Junipy wzbudzały pewną sensację. Na podobne mogli sobie pozwolić właściwie tylko bogaci Wenecjanie. Z drugiej strony jej postrzępiona sukienka nie pozostawiała żadnych wątpliwości, że progi pałaców pozostawały dla niej zamknięte.

Dziewczynki stały po lewej stronie mostu, popijając mocno rozcieńczony sok, kiedy po drugiej stronie kanału skrzypek ochoczo uderzył w struny. Rychło dołączył do niego flecista. Spódnice dziewczyn zawirowały.

-Co ty jesteś taka spokojna?- zdziwiła się Junipa, rozglądając się dookoła. Merle nie przypominała sobie, żeby przyjaciółka kiedykolwiek była aż tak podekscytowana. Właściwie się cieszyła z tego, bo jeszcze przed wyjściem obawiała się czy aby cały ten zgiełk zbytnio jej nie przestraszy. .

-Szukasz tego chłopaka.- Oczy Junipy zasrebrzyły się pod ciemnymi okularami. -Serafina.

-Jak na to wpadłaś?

-Trzynaście lat byłam niewidoma. Znam się trochę na ludziach. Jeśli są pewni, że nic nie widzisz, przestają być ostrożni. I mylą ślepotę z głuchotą. Wtedy tylko trzeba się uważnie wsłuchać. A wtedy zdradzą to, co myślą.

-Tobie się tylko tak wydaje.

-Nieprawda.

-Właśnie, że tak.

-Jestem przecież twoją przyjaciółką. A dziewczyny rozmawiają ze sobą na takie tematy.

Merle udała, że ma ochotę dać jej szturchańca. Junipa zachichotała jak dziecko

-Daj mi spokój!-, krzyknęła Merle z grymasem niezadowolenia na twarzy.

Junipa rozejrzała się: -O, on jest tam!

-Gdzie?

-Po drugiej stronie.

Nie myliła się. Serafin siedział na brzegu kanału, wymachując nogami. Podeszwami butów niemal muskał taflę wody.

No, podejdź do niego- namawiała Junipa.

-Nigdy w życiu.

-Dlaczego?

-W końcu on jest uczniem tkackim. Jednym z naszych przeciwników. Już zapomniałaś? Nie mogę przecież. Nie wypada...

-Jeszcze bardziej nie wypada udawać, że się słucha przyjaciółki, jeśli tak naprawdę myślami jest się zupełnie gdzie indziej.

-Potrafisz także czytać w myślach?- zapytała nieco rozbawiona Merle.

Junipa potrząsnęła przecząco głową, ale uczyniła to z taką powagą, jakby rzeczywiście brała taką możliwość pod uwagę. -Wystarczy tylko na ciebie spojrzeć.

-Naprawdę myślisz, że powinnam z nim jednak porozmawiać?

-Jasne! A co, boisz się?"

-Bzdura. Właściwie to chciałabym go zapytać, jak długo pracuje dla Umberta- broniła się Merle.

-Głupia wymówka.

-Głupia krowa! O nie, nie jesteś nią. Jesteś moim skarbem!

Zawisła Junipie na szyi, przytuliła do siebie i pomaszerowała na drugi brzeg. Na moment odwróciła się do tyłu i zobaczyła, że Junipa macha jej na pożegnanie z łagodnym uśmiechem.

-Cześć.

Merle stanęła jak wryta. Przed nią stał Serafin. Chyba musiał ją zobaczyć, skoro nagle wyrósł przed nią jak spod ziemi.

-Cześć- odpowiedziała nieśmiało. -Też tu przyszedłeś?

-Na to wygląda.

-A ja myślałam, że raczej przesiadujesz w domu i głowisz się nad tym, jak by tu kogoś oblać farbą.

-Eee..., gdzie tam. Tego nie robi się codziennie. Chcesz się czegoś napić?

. -Tak, poproszę o sok.- powiedziała.

Serafin podszedł do stoiska z napojami. Merle przyjrzała mu się od tyłu. Przewyższał ją o głowę. Był dość szczupły, ale szczupli byli tu wszyscy. Kto miał szczęście urodzić się podczas oblężenia, ten nie zamartwiał się swoją wagą. Chyba, że było się Ruggerem, i zżerało się wszystko, co wpadło w ręce w kuchni sierocińca.

Serafin wrócił z drewnianym kubkiem .-Sok jabłkowy dla ciebie. Chyba lubisz?

Z grzeczności wypiła łyk. -Tak, i to bardzo.

-Od niedawna pracujesz u Arcimbolda, nieprawdaż?

-Przecież dobrze wiesz- odburknęła, ale szybko pożałowała swoich słów. Dlaczego musi być taka zadziorna? -Od kilku tygodni- dorzuciła szybko.

-Razem z twoją przyjaciółką wychowywałyście się w tym samym sierocińcu?

-Nie.

Czy Arcimboldo zrobił jej coś z oczami?

-Tak, bo była niewidoma. A teraz widzi wszystko .

-Czyli prawdą jest to, co twierdzi mistrz Umberto.

-A mianowicie?

-Że Arcimboldo zna się na magii.

-O to inni posądzają z kolei Umberta.

Serafin uśmiechnął się tajemniczo.

-Od ponad dwóch lat pracuję i mieszkam w jego domu, ale żadnej sztuczki do tej pory mi nie pokazał.

Obydwoje uśmiechnęli się do siebie, choć bardziej z zakłopotania, ponieważ nie bardzo wiedzieli, jak kontynuować rozmowę.

-Przejdziemy się trochę?- Serafin wskazał ręką w stronę kanału, gdzie tłum ludzi już się przerzedził, a światełka lampionów rzucały kolorowe smugi na taflę wody.

Merle odrzekła z przekąsem: -No dobrze. Ostatecznie nie należymy do doborowego towarzystwa. W przeciwnym razie byłoby to raczej niezręczne. Prawda?

-Gwiżdżę na całe to doborowe towarzystwo.

-To nasza druga wspólna cecha.

Spacerowali wzdłuż kanału. Ich ciała niemal przylegały do siebie, ale się nie dotykały. W miarę jak oddalali się od festynu, muzyka coraz bardziej cichła, aż zamilkła zupełnie. Woda uderzała rytmicznie o ciemny kamień. Gdzieś w górze nad nimi gruchały gołębie ukryte w niszach gzymsów. Gdy skręcili za jednym z nich, oświetlona droga z lampionami została z tyłu.

-Musiałaś już uganiać się za lustrzanymi duchami?- zapytał po chwili Serafin.

-Za duchami? Myślisz, że to duchy ukrywają się w lustrach?

-Mistrz Umberto powiada, że są to duchy tych wszystkich nieszczęśników, których załatwił Arcimboldo.

Merle zaśmiała się głośno. -I ty w to wierzysz?

-Nie, ponieważ znam odpowiedź- odpowiedział z powagą.

-Ty, przecież jesteś tkaczem, a nie szklarzem.

-Z tym, że dopiero od dwóch lat. Wcześniej przemierzyłem niemal całą Wenecję, pracując to tu, to tam.

-Twoi rodzice żyją?

-Nie wiem. Nigdy mi się nie przedstawili.

-Ale nie wychowywałeś się w sierocińcu?

-Nie, wychowywała mnie ulica. Bywałem w różnych miejscach. W tym czasie udało mi się podpatrzyć wiele rzeczy. Rzeczy, o których wielu nie ma najmniejszego pojęcia.

-Jak złapać szczura, zanim ten znajdzie się na talerzu?- zapytała uszczypliwie.

Serafin skrzywił się. -No jasne, to też. Ale nie o tym myślałem.

Drogę przebiegł im czarny kot, obszedł ich łukiem i zawrócił. Nagle, ni stąd, ni zowąd skoczył na Serafina. Ale nie zaatakował go, lecz wylądował pewnie na jego ramieniu i zamruczał cicho. Chłopak zaczął go głaskać.

-Jesteś złodziejem!- wyrwało się Merle. -Bo tylko złodzieje potrafią się tak poufale obchodzić z kotami.

-Bezdomni rozumieją się między sobą- odrzekł z lekkim uśmiechem. -Złodzieje i koty mają ze sobą wiele wspólnego. I jadą na tym samym wózku. Ale nie pomyliłaś się, wychowywałem się wśród złodziei. Kiedy miałem pięć lat, zostałem nawet członkiem gildii, a potem jej mistrzem.

Mistrz złodziejski! Merle nie mogła wyjść z podziwu. Znakomita większość mistrzów gildii złodziejskiej uchodziła za najzręczniejszych kieszonkowców w mieście.

-Ale ty nie masz nawet piętnastu lat!

Serafin skinął głową. "Kiedy miałem trzynaście lat, opuściłem gildię i przeszedłem pod opiekuńcze skrzydła Umberta, który potrzebował kogoś takiego jak ja. Kto pod osłoną nocy, niezauważalnie wejdzie przez okno do mieszkania, przynosząc klientce zamówiony towar. Chyba wiesz, że większość obywateli Wenecji krzywo patrzy na interesy ich żon z Umbertem. On nie cieszy się ...

-Najlepszą opinią?

-No, coś w tym rodzaju. Ale jego suknie wyszczuplają! I większość kobiet nie chce, by ich mężowie weszli w posiadanie ich tajemnicy i dowiedzieli się, że w rzeczywistości są tęższe. Umberto ma zszarganą opinię, ale jego interes kwitnie.

-Mężowie dowiedzą się całej prawdy najpóźniej wtedy, gdy kobiety...- Merle pokryła się rumieńcem. -... gdy kobiety się rozbiorą.

-I na to mają one swoje sposoby. Mogą na przykład zgasić światło albo podsunąć mężowi o jeden kieliszek wina za dużo. Są sprytniejsze, niż sądzisz.

-Też jestem kobietą!

-Będziesz nią za kilka lat.

Merle zatrzymała się, nie kryjąc swojego oburzenia. -Serafin, ty mistrzu złodziejski!. Nie sądzę, byś znał się dostatecznie na kobietach . Możliwe, że wiesz, gdzie ukrywają swoje portmonetki. Ale to wszystko, co o nich wiesz.

Czarny kot, siedzący na ramieniu tkacza, ofuknął Merle, ale ta niewiele sobie z tego robiła. Serafin szepnął mu coś na ucho i kot stał się spokojniejszy.

-Nie chciałem cię obrazić- odrzekł przejęty. - Naprawdę nie.

Przyjrzała mu się uważnie. -No dobrze, tym razem ci wybaczam.

Serafin skłonił się tak głęboko, że kot musiał uchwycić się pazurami jego koszuli, by nie spaść na ziemię. -Z największą podzięką, łaskawa pani.

Merle odwróciła się, by ukryć uśmiech. Kiedy znowu na niego spojrzała, kota już nie było. Tam, gdzie pazurami wbił się w ramiona Serafina, spod koszuli przebijały czerwone punkty.

-Musi boleć- powiedziała z przejęciem.

Cóż boli bardziej, zwierzęca czy ludzka szorstkość?

Wolała przemilczeć to pytanie. Ruszyła do przodu. Chłopak natychmiast ją dogonił.

-Chciałeś mi opowiedzieć o duszkach lustrzanych- zagadnęła po chwili.

-Naprawdę?

-To nie trzeba było zaczynać.

Serafin przytaknął. -Właściwie masz rację. Tyle, że...- jego głos zawisł w próżni, a on sam zatrzymał się i wsłuchiwał się w odgłosy nocy.

-Co się stało?

-Pst- powiedział, delikatnie przykładając palec do jej ust.

Merle w napięciu wsłuchiwała się w otaczającą ciemność. W wąskich uliczkach i kanalikach często dały się słyszeć niecodzienne odgłosy. Niewielkie prześwity między domami zniekształcały je, aż stawały się nierozpoznawalne. Labirynt krętych uliczek przypominał nocą wymarłe miasto, ponieważ większość mieszkańców o tej porze wolała chodzić głównymi ulicami, głównie z obawy przed czającymi się w niektórych dzielnicach złodziejami lub skrytobójcami. Tylko od czasu do czasu słychać było krzyk, jęki lub kroki. - odgłosy te odbijały się od starych murów w pustych uliczkach i dochodziły do odległych miejsc. Jeśli Serafin rzeczywiście coś usłyszał, mogło to zdradzać poważne niebezpieczeństwo czające się zaraz za rogiem albo setki metrów stąd.

-Żołnierze!- wycedził przez zęby, po czym chwycił Merle za ramię i pociągnął do wąskiego tunelu przebiegającego pod kamienicami, w którym panowała absolutna ciemność.

-Jesteś pewny?- szepnęła mu do ucha..

-Dwóch mężczyzn na lwach. Tuż za rogiem.

Zaraz potem ujrzeli żołnierzy w mundurach, uzbrojonych w miecz i strzelbę, cwałujących na bazaltowych lwach. Dzikie koty, które przemknęły przed wejściem do tunelu, poruszały się z nadzwyczajną gracją, dorównując w gibkości domowym kotom. Zadziwiające, skoro ich ciała były z masywnego kamienia. Ich pazury, ostre jak ostrze sztyletu, szurały po bruku, pozostawiając na nim głębokie ślady.

Kiedy patrol znikł z horyzontu, Serafin szepnął Merle: -Niektórzy z nich znają moją twarz. Wcale nie mam ochoty się z nimi spotkać.

-Kto w wieku trzynastu lat doszedł do godności mistrza złodziejskiego, ma się czego obawiać.

Uśmiechnął się zadowolony. -Chyba tak.

Dlaczego opuściłeś gildię?

-Starsi mistrzowie nie mogli znieść, że moim łupem pada więcej zdobyczy. Zaczęli rozpuszczać o mnie plotki i próbowali wyrzucić z gildii. Wolałem więc dobrowolnie zrezygnować.- Wyszedł z ciemnego przejścia i stanął oświetlony smugą światła gazowej latarni. -Chodź, obiecałem opowiedzieć ci coś więcej o duszkach lustrzanych. Ale najpierw muszę ci coś pokazać.

Szli labiryntem wąskich uliczek i przejść. Skręcali to na prawo, to na lewo, przekraczali mosty wznoszące się nad kanałami ze spokojną, cichą wodą, przechodzili pod rozwieszonymi między domami sznurami z suszącą się bielizną, która przypominała armię białych duchów. Po drodze nie spotkali żadnego przechodnia - jedna z kolejnych osobliwości tego najdziwniejszego z miast. Można było przejść kilka kilometrów i nadziać się jedynie na polujące w śmieciach koty czy szczury.

Droga, którą szli wzdłuż kanału, skończyła się. Przed nimi wyrastały mury kamienic stojących w wodzie. Wzdłuż nich było żadnego chodnika. W zasięgu wzroku nie było też żadnego mostu.

-Ślepa uliczka-, burknęła Merle. -Musimy zawrócić.

Serafin zaprzeczył: -Nie, dotarliśmy dokładnie tam, gdzie chciałem.- Wychylił głowę i spojrzał w górę, na niewielki skrawek nieba rozciągający się między dachami domów. Potem ogarnął wzrokiem wodę. -Widzisz to tam?

Merle stanęła obok niego. Podążała wzrokiem za palcem, którym wskazywał spokojnie falującą taflę wody. W powietrzu unosił się słonawy odór kanału. Wcale go nie poczuła. Spod wody wystawały bujnie rozrastające się algi.

W wodzie odbijało się oświetlone okno, jedyne jak okiem sięgnąć. Znajdowało się na drugim piętrze domu po drugiej stronie brzegu, nie dalej niż pięć metrów.

-Nie wiem, o co ci chodzi- powiedziała.

Widzisz to światło w oknie?

-Jasne.

Serafin wyciągnął z kieszeni zegarek, niezwykle drogi, pochodzący zapewne z czasów, gdy był złodziejem, po czym otworzył jego wieko: -Dziesięć po dwunastej. Jesteśmy punktualnie.

-Co?

Chłopak uśmiechnął się tajemniczo. -Wszystko ci wyjaśnię. Więc widzisz to odbicie okna na wodzie?

Merle skinęła głową.

-Dobrze. To spójrz teraz na dom i pokaż mi okno, które odbija się w wodzie. To oświetlone.

Merle przebiegła wzrokiem po ciemnej fasadzie domu. Wszystkie okna ginęły w ciemnościach, żadne nie było oświetlone. Spojrzała na taflę wody. Odbicie pozostało niezmienione: w jednym z okien paliło się światło. Kiedy znowu podniosła wzrok, okno było ciemne.

-Jak to możliwe? - spytała zdezorientowana. -Odbijając się w wodzie, okno jaśnieje światłem, podczas gdy w rzeczywistości jest całkiem ciemne.

Serafin wciąż się uśmiechał: -Tak, tak.

-Magia?

-No, niezupełnie. Może tylko trochę. Zależy, jak na to spojrzeć.

- Czy mógłbyś wyrażać się trochę jaśniej?

-To zjawisko występuje w paru miejscach w mieście, zawsze między dwunastą a pierwszą w nocy. Tylko niektórzy o tym wiedzą. Ja sam znam kilka takich miejsc. Ale to nie złudzenie. W tej jednej godzinie niektóre domy odbijają się w wodzie, ale ich odbicie nie jest zgodne z rzeczywistością. Różnice nie są wielkie. Czasami sprowadzają się do oświetlonych okien, innych drzwi czy przechodzących ludzi, których w rzeczywistości nie ma.

-Jak to wyjaśnić?

-Nikt nie zna na to odpowiedzi. Ale w mieście krążą pogłoski...- zawiesił głos, przybierając tajemniczy wyraz twarzy - o drugiej Wenecji.

-O drugiej Wenecji?

-Takiej, która istnieje wyłącznie jako wodne odbicie albo jest tak bardzo odległa od naszej, że nie dotrą do niej najszybsze statki, nawet słoneczne barki stojące na usługach imperium. Powiada się, że druga Wenecja leży w całkiem innym świecie, podobnym do naszego, a jednak odrębnym. Około północy granica między obydwoma światami staje się bardziej płynna, możliwe, że nadszarpnięta zębem czasu zużyła się jak postrzępiony dywan.

Merle patrzyła na niego wielkimi ze zdumienia oczami. -Myślisz, że to okno z odbijającą się poświatą ..., myślisz, że ona naprawdę istnieje - tyle, że nie tutaj?

-Myślę, że sprawa jest jeszcze bardziej interesująca. Pewien stary żebrak, który od lat dniami i nocami przesiaduje w jednym z tych niezwykłych miejsc, opowiedział mi, że czasami kobiety i mężczyźni z tej drugiej Wenecji przekraczają mur dzielący obydwa światy. Nie wiedzą jednak, że w naszym świecie nie są już istotami ludzkimi. Są jedynie duchami uwięzionymi w lustrzanych odbiciach naszego miasta. Niektórym z nich udaje się przedostać z lustra do lustra. W ten sposób dostają się do warsztatu twojego mistrza i jego magicznych luster.

Merle nie miała pewności, czy Serafin nie drwi sobie z niej. -Chyba nie chcesz mnie nabrać?

-Czy wyglądam na kogoś, kto mógłby kłamać?- spytał, szeroko się uśmiechając.

-Oczywiście, że nie, wielce szanowny mistrzu złodziejski.

-Wierz mi. Niczego nie wymyśliłem. Jak dużo prawdy zawiera ta historia, tego nie potrafię ci powiedzieć.- Raz jeszcze wskazał odbijające się w wodzie okno. -W każdym razie pewne poszlaki wskazują na to, że jest prawdziwa.

-Ale z tego wynikałoby, że w szklanej kuli uwięziłam ludzi!

-Nie przejmuj się. Widziałem jak Arcimboldo wyrzucił ich do kanału, z którego z pewnością się wydostaną.

-Teraz dopiero rozumiem, co miał on na myśli, mówiąc, że duszki mogą się zagnieździć na odbiciach w wodzie.- Merle odetchnęła z ulgą. -Mistrz na pewno zna prawdę!

-Co zamierzasz teraz zrobić? Zapytać się go?

Wzruszyła ramionami. -Dlaczego by nie? Ale nie zdążyła rozwinąć swego planu, ponieważ na wodzie nagle coś się poruszyło. Kiedy się temu dokładniej przyjrzała, zobaczyła zarys jakiejś postaci, która zbliżała się w jej kierunku po powierzchni wody.

-Czy to jest...- przerwała, gdy zorientowała się, że nie było to żadne złudzenie.

-Zawracamy!- krzyknął Serafin również wpatrzony w poruszającą się postać.

Szybko schronili się w pobliskim zaułku i mocno przywarli do ściany domu.

Po lewej stronie coś dużego mknęło tuż nad powierzchnią wody, nie dotykając jej wcale. To lew z potężnymi skrzydłami, cały z kamienia, frunął bezszelestnie. Słychać było jedynie równomierne uderzenia skrzydłami, co przypominało lekki świst, jak przy oddychaniu. Potężne ciało niczym ptak unosiło się w powietrzu z niesamowitą lekkością. Przednie i tylne łapy miał podkurczone, pysk zamknięty. Oczy lwa zdradzały wielką przebiegłość, przewyższającą pozostałe zwierzęta.

Dosiadał go żołnierz z kwaśną miną. Na sobie miał mundur z czarnej skóry ze stalowymi nitami. Żołnierz gwardii przybocznej strzegący bezpieczeństwa jednego z rajców miejskich. Spotkanie z nim należało do rzadkości i z reguły nie zwiastowało niczego dobrego.

Lew z dosiadającym go gwardzistą poszybował nad ulicą, nie zauważywszy nikogo. Merle i Serafin powstrzymali oddech aż do chwili, kiedy latający drapieżnik zniknął im z pola widzenia. Ostrożnie wysunęli głowy do przodu i widzieli, jak lew wzbił się w górę, i frunąc ponad dachami Wenecji, zatoczył łuk. Potem stracili go z oczu.

-On krąży- stwierdził Serafin. -Ten, kogo chroni, jest gdzieś blisko.

-Rajca miejski?- wyszeptała Merle. -O tej porze? W tej dzielnicy? Nigdy w życiu. Rajcowie wychodzą ze swoich pałaców jedynie wtedy, kiedy naprawdę muszą.

-Fruwających lwów nie jest zbyt dużo. Te, które zostały w mieście, nie oddalają się zbytnio od swoich panów.- Serafin nabrał głęboko powietrza do płuc. -Któryś z rajców musi być gdzieś niedaleko.

Nagle w ciemności rozległ się potężny ryk frunącego lwa, jakby chciał potwierdzić słowa Serafina. Odpowiedział mu ryk drugiego lwa, potem trzeciego.

-Jest ich więcej.- Merle z niedowierzaniem kręciła głową. -Co one tu robią?

Oczy Serafina zaiskrzyły się. -Możemy znaleźć na to odpowiedź.

-A lwy?

-Już nie raz udało mi się przed nimi uciec.

Merle nie była pewna, czy tylko się przed nią zgrywał, czy rzeczywiście mówił prawdę. Możliwe, że w grę wchodziło jedno i drugie. Tak dobrze go jeszcze nie znała. Natomiast instynkt podpowiadał jej, że może mu zaufać, że w tej chwili musi mu zaufać, ponieważ chłopak ruszył już na drugi koniec zaułku, skąd dochodziły ryki lwów.

Merle pobiegła za nim, aż wreszcie go dogoniła. -Nienawidzę, kiedy muszę kogoś gonić.

-Czasami bywa to pomocne przy podjęciu decyzji.

-Jeszcze bardziej nienawidzę, kiedy inni decydują za mnie- sapnęła ze złością.

Serafin zatrzymał się i chwycił ją za ramię. -Masz rację. Obydwoje musimy chcieć tego samego. Za chwilę może być dość niebezpiecznie.

Merle westchnęła. -Nie należę do dziewczyn, które szybko rezygnują. Więc nie traktuj mnie w ten sposób. Nie boję się też latających lwów.- I oczywiście dodała, ale już w myśli, że jeszcze nigdy przed żadnym lwem nie uciekała.

"-Nie ma powodu do strachu, nie złapią nas.

Wcale się nie boję!

Właśnie, że tak.

A ty stale szukasz powodu do kłótni.

Serafin zamyślił się. -Choroba zawodowa - powiedział po chwili.

-Blagier! I nie jesteś już złodziejem.- Pierwsza ruszyła dalej. -No chodź. Inaczej lwy, szczury i wszystko inne umknie nam sprzed nosa.

Tym razem Serafin podążył za Merle. Nie mogła oprzeć się wrażeniu, że chłopak chce ją poddać próbie. Ale czy wybrała dobry kierunek? Ten, z którego dobiegają odgłosy łopotania lwich skrzydeł? Czy dotrze do celu?

 

Zmierzała przed siebie szybkim krokiem, zostawiając za sobą kolejne ulice. Cały czas zerkała na skrawki nieba rozpościerającego się między dachami domów, potem zwolniła tempo i starała się zachowywać jak najciszej. Teraz istniało duże ryzyko, że zostaną odkryci. Nie wiedzieli jedynie czy większe niebezpieczeństwo grozi im z powietrza, czy czai się za kolejnym rogiem.

-To ten dom po drugiej stronie- szepnął Serafin, wskazując wejście do wąskiego budynku, w którym widać było drzwi i dwa zabarykadowane okna. Wyglądał na dom dla służby pracującej w sąsiednim pałacu z czasów, kiedy fasady weneckich domów świadczyły o bogactwie i przepychu ich mieszkańców. Dziś pałace świeciły pustką, podobnie jak domy przy Kanale Odszczepieńców czy gdziekolwiek indziej. Nie kusiły nawet żebraków i włóczęgów miejskich. W olbrzymich salach było przeraźliwie zimno, gdyż w mieście brakowało drewna do ich ogrzania. Od początku oblężenia drewno opałowe należało do towarów deficytowych. Powszechna stała się praktyka pozyskiwania belek ze stropów opuszczonych budynków i podpalania ich w piecach podczas zimowych miesięcy.

-Dlaczego musi się rozchodzić akurat o ten dom?- zapytała Merle cicho.

Serafin wskazał na dach. Musiała przyznać, że jej towarzysz miał zdumiewająco dobry wzrok. Poprzez prześwit w dachu zobaczył, że znad gzymsu wystaje czyjaś łapa. Z wąskiej uliczki nie sposób było dostrzec lwa, który w ciemnościach nocy trzymał tam wartę. Mimo to Merle ani przez moment nie wątpiła, że spogląda bacznie w dół.

Merle i Serafin stali w cieniu wejścia do sąsiedniego domu, pozostając niewidoczni dla obserwatora z góry. Jeśli jednak chcieliby się przedostać do wąskiego budynku, niechybnie staliby się widoczni dla strażnika na dachu.

-Spróbujemy od tyłu- powiedział Serafin cicho.

-Ale tył domu graniczy z kanałem.- Merle miała doskonały zmysł orientacji w wąskich uliczkach. Wiedziała nawet, co się kryje z tyłu, za tą pierzeją domów. Mury były tam gładkie, a wzdłuż brzegu nie było żadnej alejki.

-Poradzimy sobie, wbrew wszystkiemu-powiedział Serafin. -Zaufaj mi.

-Jak przyjacielowi czy jak mistrzowi złodziejskiemu?

Znieruchomiał na moment, obrócił głowę i spojrzał na Merle zdziwiony. Potem podał jej rękę. -Przyjaciele?- spytał ostrożnie.

-Przyjaciele.- Mocno uścisnęła mu dłoń.

 

 

 

 

 

 

 

Twarz Serafina promieniowała radością. -To powiem ci teraz jako mistrz złodziejski, że w jakiś sposób dostaniemy się do tego domu. A jako przyjaciel..., zawahał się na krótko, ale szybko dokończył: -Jako przyjaciel obiecuję ci, że cię nie zawiodę, obojętne, co wydarzy się tej nocy.

Nie czekając na jej odpowiedź, zaciągnął ją z powrotem do cienia w uliczce, z której wcześniej wyszli. Szli najpierw przez tunel, a potem przez podwórka niezamieszkałych domów.

Nie minęło dużo czasu, a przesuwali się już po wąskim gzymsie tylnej ściany domu, mając pod nogami czarną, lekko falującą wodę kanału. Dwadzieścia metrów od nich wyłaniały się z ciemności zarysy mostu, na którym stał posąg lwa z jeźdźcem odwrócony do nich tyłem. Nawet jeśliby się odwrócił, nie dostrzegłby w mrokach nocy dwóch śmiałków.

-Żeby nas tylko lew nie zwietrzył- szepnęła Merle. Naśladując Serafina, z całych sił przylgnęła do muru. Gzyms był na tyle szeroki, że mogła po nim ostrożnie stąpać. Ale nie było jej łatwo zachować równowagę i jednocześnie zerkać na wartę stojącą na moście.

Serafin radził sobie dużo lepiej. Przede wszystkim jako złodziej, a potem jako posłaniec Umberta, wielokrotnie w najprzeróżniejszy sposób musiał się wdzierać do obcych domów. Mimo to nie dał Merle odczuć, że opóźnia tempo akcji.

-Dlaczego on się nie odwraca?- wycedził przez zęby. -Nie podoba mi się to.

Niższa od niego Merle mogła zobaczyć to, co dzieje się pod mostem. Dostrzegła że teraz w ich kierunku zbliża się niewielka łódź. Szeptem przekazała informację Serafinowi: -Wartownik wcale się tym nie przejmuje. Raczej sprawia wrażenie jakby na nią czekał.

-Tajne spotkanie?- zastanowił się.. -Nie raz już widziałem jak radny miasta spotykał się ze swoim informatorem. Rajcy wszędzie mają swoich agentów.

Merle trapiły inne myśli. Jak długo jeszcze będzie się ciągnął ten gzyms?

Chłopak wychylił głowę do przodu. -Jeszcze trzy metry do pierwszego okna. Jeśli jest otwarte, wejdziemy przez nie do środka.- Jeszcze raz odwrócił się do Merle. -Widzisz, kto jest w łodzi?

Uważnie przyjrzała się dryfującej łodzi, by rozpoznać siedzącą w niej postać. Ale podobnie jak dwóch wioślarzy, tak i ona skrywała się pod płaszczem z mocno nasuniętym kapturem. Uwzględniając nocną porę i panujące zimno, był to całkiem normalny widok, a jednak Merle poczuła zimny dreszcz na całym ciele. Tylko jej się wydaje, czy lew naprawdę nerwowo szura łapą?

Serafin dotarł do okna. Od mostu dzieliło ich teraz niecałe dziesięć metrów. Zajrzał ostrożnie do środka i skinął na Merle.. -Pokój jest pusty. Muszą być w jakimś innym pomieszczeniu.

-Potrafisz otworzyć okno?- Wprawdzie Merle nie kręciło się w głowie, ale zaczęły boleć ją plecy i czuła jak drżą jej nogi.

Chłopak nacisnął na szybę, najpierw delikatnie, potem trochę mocniej. Rozległ się cichy trzask. Prawe skrzydło ustąpiło.

Merle głęboko odetchnęła. Co za ulga. Podczas gdy on wchodził do środka, spojrzała na łódź, która podpłynęła właśnie do brzegu po drugiej stronie kanału. Jeździec na lwie pogalopował szybko w jej kierunku,

Merle #1 - Merle i Królowa Laguny (twarda oprawa)

Autor: Kai Meyer
Wydawnictwo: Videograf II
Miejsce wydania: Chorzów
Wydanie polskie: 3/2006
Tytuł oryginalny: Merle: Fliessende Königin
Wydawca oryginalny: Loewe Verlag
Rok wydania oryginału: 2001
Liczba stron: 272
Format: 150x210 mm
Oprawa: twarda
ISBN: 83-7183-382-2
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,00 zł


blog comments powered by Disqus