"Łodzie ognia" - fragment #7 książki "Merle i Królowa Laguny"

Autor: Kai Meyer

Łodzie ognia

Trzy metry nad ziemią lew wypuścił go ze swoich szponów. W powietrzu Serafin zgiął plecy, spadając pewnie na ręce i nogi, głównie dzięki tysiącom wykonanych skoków z wysokich okien, balustrad, dachów czy tarasów. Nie był już mistrzem złodziejskim, ale nadal umiał poruszać się jak akrobata.

Wyprostował się jak rącza łasica, po czym z lekko pochyloną głową stanął do walki, mając przed sobą dwóch uzbrojonych gwardzistów. Żołnierze wycelowali lufy w jego kierunku, odbierając mu chęć do walki. Chłopak westchnął głęboko, wyprostował się i rozluźnił mięśnie. Został pojmany. Może strategia niestawiania oporu wyjdzie mu na korzyść? Później, kiedy przedstawią go dyrektorowi więzienia i jego służalczym podwładnym, będzie potrzebował wiele siły. Nie trzeba jej tracić bezsensownie na z góry przegraną walkę z gwardzistami.

Zrezygnowany wyciągnął ręce w ich stronę, by nałożyli mu kajdanki. Ale mężczyźni wcale się do tego nie śpieszyli, bo dalej trzymali go na muszce. Nie był godnym ich przeciwnikiem.

Serafin powstrzymał śmiech. Nie bał się gwardzistów. Dopóki przebywał na wolności, z dala od więzienia i Mostu Westchnień, dopóty strach nie zaglądał mu w oczy. Pewność siebie była jego tarczą obronną, także przed myślami o Merle, choć to ostatnie średnio mu się udawało.

"Nic złego nie mogło się jej przytrafić! Żyje i jest bezpieczna!" Te życzenia urosły do rangi wyznania wiary, które wciąż cicho sobie powtarzał.

"Skoncentruj się na najbliższym otoczeniu!", wbijał sobie do głowy. "I zastanów się, dlaczego wylądowałeś właśnie tu, a nie na przykład na podwórku więziennym."

Rzeczywiście. To było dziwne. Lew zrzucił go na skraju Placu św. Marka, gdzie czekało na niego dwóch gwardzistów. Teraz doszło dwóch pozostałych. Wszyscy mieli na sobie czarne skórzane mundury przyozdobione złotymi nitami, w których załamywały się promienie światła.

Plac św. Marka rozpościerał się w samym sercu Wenecji. Miał kształt litery L: jedna jego strona graniczyła z Canale Grande, podczas gdy na przeciwległej pięły się w górę wieże i dachy domów z Wyspy Giudecca. Plac otaczały bogato zdobione gmachy. Najświetniejszym z nich był kościół św. Marka, ogromna budowla zwieńczona kopułą i wieżami. Znajdujące się w nim liczne wota kapiące od złota, były ofiarami złożonymi przez żeglarzy, którzy przez stulecia w ten sposób wyrażali swoje dziękczynienie. Dlatego jedni nazywali kościół domem bożym, inni zaś katedrą piratów.

Obok kościoła św. Marka lśniła fasada Pałacu Dożów, w którym już od dawna nie rezydował żaden władca. Obecnie za losy Wenecji odpowiadali rajcowie miejscy układający polityczne plany podczas sutych uczt i biesiad.

Serafin i strażnicy znajdowali się po przeciwległej stronie placu, tuż przy końcu długiej arkady, w niewielkiej odległości od wody. Pobliska kolumnada chroniła ich przed wścibskimi oczyma handlarzy, którzy, nie bacząc na wczesną porę i ciemność, zaczęli wystawiać swoje nędzne towary. I tak graniczyło wręcz z cudem, że po tylu latach oblężenia handel w mieście nie zamarł.

Serafinowi błysnęła myśl podjęcia ucieczki i rzucenia się w odmęty wody. Ale gwardziści uchodzili za wyborowych strzelców. Nie dobiegłby nawet do brzegu, a już położyłaby go kula jednego z nich. Trzeba było poczekać na lepszą okazję.

W międzyczasie pojął, dlaczego lew wypuścił go akurat tu, a nie gdzie indziej. Gwardziści, którzy go pojmali, podlegali trzem rajcom w największej konspiracji pracującym dla imperium faraona. Pozostali rajcowie nie mogli się o tym dowiedzieć. Tymczasem pojmany przez gwardzistów więzień, transportowany w powietrzu przez lwa, musiałby niechybnie wzbudzić powszechne zainteresowanie w mieście. A tego zdrajcy pragnęli za wszelką cenę uniknąć. Ostatni odcinek drogi musiał więc pokonać na własnych nogach. W ten sposób sprawiał wrażenie zwykłego przestępcy, schwytanego przez gwardzistów raczej przez przypadek. Tym bardziej, że niejeden przechodzień mógł teraz rozpoznać w nim byłego mistrza gildii złodziejskiej.

A jeśli wykrzyczałby na głos całą prawdę? Jeśli każdemu napotkanemu Wenecjaninowi opowiedziałby to, czego stał się mimowolnym świadkiem? Wtedy...

Nagle poczuł silne szarpnięcie. . Czyjeś ręce wepchnęły mu brudną szmatę do ust, i zawiązały z tyłu głowy. Knebel ściskał go aż do bólu. Jego zapach nie był przyjemny.

To tyle, jeśli chodzi o jego mało przemyślany plan.

Gwardziści wypędzili go z cienia arkad na otwarty plac. W powietrzu unosił się dziwny zapach. Możliwe, że dochodził z pałacowego więzienia.

Także inni przechodnie czuli ten odór. Kilku handlarzy z irytacją przyglądało się swoim straganom, pociągało mocno nosami i krzywiło się.

Serafin chciał przyjrzeć się swojemu oprawcy. Kiedy jednak odwrócił głowę na bok, poczuł mocne uderzenie kolbą w plecy i usłyszał rozkaz: -Patrz do przodu!

Stragany , ciągnęły się w dwóch szeregach od strony kanału do kościoła św. Marka. Serafin minął je dokładnie w samym środku placu. Niektórych handlarzy, którzy przy świetle pochodni lub gazowych latarni rozkładali towar, mógł teraz wyraźnie rozpoznać. Wprawdzie do wschodu słońca pozostała jeszcze cała godzina, jednak handlujący woleli być przygotowani na przyjęcie pierwszych klientów.

Chłopak zauważył, że coraz mniej kupców skupiało się na wykładaniu towarów. Niektórzy gromadzili się w jednym miejscu, dyskutując podniesionymi głosami.

-Siarka- słyszał z lewa i z prawa. -Ale dlaczego siarka? Dlaczego akurat tutaj?

Chyba się przesłyszał. Swąd nie dochodził z więzienia.

Właśnie wyszli z handlowej uliczki. Pozostało im jeszcze jakieś sto metrów, by dotrzeć do niewielkiego bocznego wejścia wiodącego do Pałacu Dożów. Po jego obydwu stronach wartę pełnili gwardziści. Wśród nich znajdował się kapitan, którego czarny mundur zdobiła specjalna odznaka przedstawiająca szybującego w powietrzu lwa. Marszcząc czoło, przyglądał się zbliżającej się do niego grupce.

Głosy handlarzy dobiegające Serafina z tyłu stawały się głośniejsze, ale i niejasne. Coś wisiało w powietrzu. Dreszcz podniecenia przeszedł mu po plecach.

Ktoś krzyknął. Kapitan gwardzistów, trzymający wartę przy wejściu do Pałacu Dożów, oderwał wzrok od Serafina i spojrzał na środek placu. Swąd siarki stał się tak przenikliwy, że chłopak poczuł go w żołądku. Kątem oka dostrzegł też, że pilnujący go gwardziści chwycili się za nosy. Siarczany odór był nie do zniesienia. Naciągnięty na nos i usta knebel okazał się zbawienny, gdyż chronił go przed natrętnym i przenikliwym swądem.

Jeden z gwardzistów zatrzymał się i zwymiotował. Zaraz potem drugi.

-Stój!- krzyknął jeden z żołnierzy. Serafin zawahał się i odwrócił.

Dwaj strażnicy stali pochyleni do przodu i kaszląc wymiotowali na lśniące oficerki. Trzeci przytrzymywał ręką usta. Jedynie ten, który przed chwilą kazał się Serafinowi zatrzymać, celował prosto w niego.

Nieco dalej Serafin dostrzegł wymiotujących handlarzy, którzy Zataczali się, chodzili jak obłąkani, brodzili w kałużach wymiocin. Teraz znowu spojrzał na boczne drzwi pałacu. Tam także strażnicy walczyli z niemocą organizmu. Jedynie kapitan stał wyprostowany jak struna, na przemian zatykając nosi wydając rozkazy, których nikt już nie słuchał.

W gruncie rzeczy Serafin mógł być wdzięczny swoim oprawcom za założenie mu knebla. Wprawdzie także czuł się nieswojo, ale materiał chronił go przed natrętnymi siarczanymi oparami.

Kiedy zastanawiał się, czy właśnie los nie stwarza mu niepowtarzalnej okazji do ucieczki, nagle rozległ się potężny huk. Ziemia zadrżała. Huk stawał się coraz głośniejszy, przemieniając się w grzmot.

Jeden ze straganów na środku placu, stanął w płomieniach. Przerażeni handlarze jak szaleni krążyli wokół swoich stoisk. Ogień zaczął trawić jeszcze jedno przepierzenie z desek. Zaraz potem kolejne. Po chwili płonęła już cała uliczka, także tam, gdzie stragany stały w dużej odległości od siebie.. Wiatru, który przenosiłby płomienie z miejsca na miejsce, nie było. A mimo to ogień rozprzestrzeniał się.. Dokoła było cicho. Jedynie niecodzienne grzmoty od czasu do czasu rozsadzały ziemię, tak że Serafinowi włosy zjeżyły się na głowie.

Kapitan gwardzistów spojrzał na wzburzone morze, szukając tam wrogich łodzi wyposażonych w armaty lub miotacze ognia. Ale na horyzoncie nie było widać żadnych napastników. Natomiast Serafin spojrzał w niebo. Z tamtej strony także nie nadciągały żadne barki słonecznego imperium.

Wszystkie stragany trawił ogień. Czy to zapowiedź niechybnej klęski w kościele św. Marka i Pałacu Dożów? Handlarze nie próbowali nawet ratować swojego dobytku. W panice uciekali na skraj placu.

Serafin zaczerpnął powietrza. Siarka, wciąż siarka! Potem rzucił się do ucieczki. Dopiero kiedy oddalił się na odległość dziesięciu kroków, jeden ze strażników, ten, który jako pierwszy zwymiotował, zauważył jego zniknięcie.. Właśnie przecierał usta. W ręku trzymał broń i wymachiwał nią w kierunku Serafina. Teraz i pozostali gwardziści zauważyli uciekającego więźnia. Któryś z nich chwycił za broń i wystrzelił. Kula przeleciała ze świstem tuż obok ucha Serafina. Zanim gwardzista po raz drugi zdążył nacisnąć na spust, obezwładniła go kolejna fala nudności. Strzał jego kolegi przeszedł daleko od Serafina. Kula wbiła się w wyłożoną kostką powierzchnię, tworząc małą wyrwę - złotawy krater na tle ściany ognia.

Serafin uciekał ile sił w nogach, nie bacząc na to, że nie starcza mu tchu. Mimo to nie zerwał z ust knebla. Pędził w kierunku kościoła św. Marka i dopiero w jego pobliżu odważył się odwrócić głowę do tyłu. Nie ścigał go nikt. Gwardziści zmagali się z własną słabością. Jeden z nich niczym kulą podpierał się strzelbą. Niektórzy handlarze kucali, trzymając się z dala od szalejących płomieni i zakrywając twarze dłońmi. Inni szukali schronienia w podcieniach arkad, gapiąc się oniemiałym wzrokiem na to, co dzieje się wokół.

Znowu rozległ się potężny grzmot, tym razem tak mocny, że wszyscy zakryli sobie rękami uszy. Serafin schronił się za kubłem z kwiatami, jednym z wielu, które otaczały kościół św. Marka. Pewnie rozsądniej byłoby uciekać dalej i zniknąć w którejś z pobliskich uliczek, ale Serafin nie mógł powstrzymać ciekawości. Chciał zobaczyć, co się stanie .

W pierwszej chwili wydawało się, że wszystkie płonące stragany zapadną się i runą. Dopiero po chwili Serafin rozpoznał właściwy rozmiar katastrofy.

Między buchającymi ogniem rzędami stoisk, dokładnie wzdłuż prześwitu między nimi, rozstąpiła się ziemia. Szczelina była długa na około sto, sto dwadzieścia kroków. Jej szerokość wystarczała, by pochłonąć w sobie obydwa rzędy stoisk.

Serafin wstrzymał oddech. Nie był w stanie myśleć o niczym innym, nawet o ucieczce. Gwardziści zebrali się pod bramą pałacu, przypominając rozgęgane stado drobiu. Wrzeszczeli jeden przez drugiego, wymachiwali strzelbami, podczas gdy kapitan próbował zaprowadzić wśród nich porządek.

Serafin schylił się jeszcze niżej, tak że tylko oczy wystawały mu ponad brzeg kubła z kwiatami.

Ze wnętrza szczeliny zionął ogień. Z początku płonął równomiernym płomieniem. Później jednak przeszedł z obydwu krańców do środka pod postacią jasnej żarzącej się kuli.

Kula unosiła się w powietrzu, tworząc nad sobą coś, co przypominało aureolę. Taki widok nasuwał skojarzenia do wizerunku wstępującego do nieba, zmartwychwstałego Chrystusa z pobożnie złożonymi rękami -często uwiecznianego w tej postaci na starych ołtarzach. Z tym, że aureola szybko okazała się taśmą piłową z ostrzami długimi jak palce Serafina. Tkwiła ona z tyłu głowy dziwnej istoty, jakby zlana w całość z jej skórą i kośćmi. Skrzyżowane szarawe ręce były pokryte łuskami i zakończone pazurami. Tułów nie wyrastał z nóg, lecz jakby z obleczonego mokrym bandażem, gadziego ogona, mocno skrępowanego i pozbawionego większej możliwości ruchu. Pod mokrymi powiekami iskrzyły się czarne źrenice. Mięsiste usta pozostawały lekko otwarte, ukazując ostre i szpiczaste zęby.

-Piekło przysyła pozdrowienia- wypowiedział stwór dziecięcym, choć donośnym i przejmującym głosem. Echo tych słów rozległo się po całym placu.

Gwardziści natychmiast wymierzyli broń w jego stronę, ale ambasador piekła zaśmiał się jedynie, unosząc się w powietrzu jakieś dwa metry nad płonącą szczeliną. Małe płomienie migotały na bandażach okrywających jego brzuch, nie paląc ich zupełnie.

-Mieszkańcy tego miasta!!!- posłaniec ryczał teraz tak potężnym głosem, że tłumił nawet trzask gorejącego ognia. -Moi mistrzowie proponują wam układ.- Z ust ciekła mu zielona ślina, rozlewając się po pomarszczonym podbródku i kapiąc na ziemię. Ale w buchającym żarze natychmiast wyparowywała.

-Jest naszym życzeniem, byśmy mogli stać się waszymi przyjaciółmi- powiedział i skłonił się. Na jego twarzy pojawił się ironiczny uśmiech.

Nagle nastąpił gwałtowny wstrząs.

Jeszcze przed chwilą klucz syren krążył tuż pod powierzchnią wody. Teraz przeraźliwy wybuch i trąba powietrzna ciskały nimi na różne strony. Jakby rozgniewany bóg pięścią uderzył w morze. Merle dostrzegła, że kołyszące się nad nią gondole wyleciały do góry niczym papierowe łódki. Spadając zahaczały się o siebie. Inne znów pękały. W tym momencie Merle poczuła, że dwie syreny, trzymające ją dotąd za ręce, puściły ją, same porwane przez potężne siły natury. Najpierw zostały wciągnięte na dno, a zaraz potem wypchnięte na powierzchnię. Tam, gdzie wirowały gondole. Otwarła szeroko oczy i zobaczyła ostre kile łodzi spadające prosto na nią. Chciała krzyczeć...

Hełm z utwardzonej wody, który miała na głowie, uchronił ją przed uderzeniem fali. Przez jej ciało przebiegł silny dreszcz. Woda wokół była wzburzona jak podczas szalejącego orkanu. Nagle jakaś syrena wepchnęła ją pod gondolę, tuż obok drewnianych pali wytyczających jedną z przystani na kanale. Syrena popatrzyła na nią wytężonym wzrokiem. Merle, targana dwoma przeciwstawnymi siłami, napierającą falą i ściągającym ją w dół wirem, z największym wysiłkiem dobrnęła do mostku. Kolejny podmuch fali wyrzucił ją na powierzchnię wody. Wtedy usłyszała dobywający się z jej wnętrza głos Królowej Laguny:

-Trzymaj się mocno.

Rozpostarła szeroko ręce i uchwyciła się śliskiego drewnianego pala. Opuściła się po nim w dół, by mieć grunt pod nogami. Zaraz jednak wspięła się po nim do góry i padła wyczerpana na mostku, wymiotując słonawą wodą.

Toń wody w dalszym ciągu była wzburzona, choć nie tak bardzo jak przed chwilą. Merle ściągnęła hełm, a gdy dostrzegła w odmętach fal czyjąś rękę wyciągniętą w jej stronę, rzuciła go do wody. Uchwyciły go delikatne palce, które szybko zniknęły w pod powierzchnią . Teraz Merle dostrzegła, że klucz syren w mgnieniu oka odpłynął.

-Czuję coś...- Królowa zaczęła mówić, ale natychmiast zamilkła.

Merle odwróciła się i zza spadających jej na oczy mokrych włosów spojrzała w stronę placu.

Najpierw dostrzegła tylko ogień.

Ale zaraz potem jakąś postać. Widziała ją wyraźnie. I każdy jej szczegół, każdy obrzydliwy szczegół tej postaci .

-...waszymi przyjaciółmi- usłyszała ostatnie słowa wypowiedziane przez potwora.

Wstała i weszła na ląd. Ale zaraz zatrzymała się. Ogarnęły ją wątpliwości. Gwardziści z otaczali szybującego posłańca piekieł, stojąc od niego w znacznej odległości, wystarczającej jednak, by dosięgnąć go kulą.

Ten jednak ignorował ich całkowicie, kierując swoje słowa do ludzi zgromadzonych za kolumnami arkad i na skraju placu.

-Niewdzięczni mieszkańcy Wenecji, piekło oferuje wam układ- z nieukrywaną rozkoszą przysłuchiwał się własnym słowom. Echo zniekształcało jego dziecięcy głos, czyniąc z niego coś w rodzaju kwiku. -Wasi panowie, rajcowie tego miasta, odrzucili naszą ofertę. Wy jednak zdecydujcie sami, podejmując słuszną decyzję- znowu zrobił przerwę. W tym czasie kolejne oddziały gwardzistów nadciągały z pomocą. Towarzyszył im ponad dziesięciu jeźdźców na kamiennych lwach.

-Drżycie przed gniewem faraona- kontynuował po chwili. -I nie bez kozery. Przez trzydzieści lat opieracie się siłom imperium. Wkrótce jednak armie egipskie uderzą ze zwiększoną siłą i zmiotą was z powierzchni ziemi. Chyba, że, chyba że będziecie mieli potężnego sojusznika po swojej stronie. Takiego jak ja i moi mistrzowie.!- z mięsistych ust wydobyło się lekkie westchnienie. -Armia naszego królestwa może podjąć walkę z imperium egipskim. Możemy zapewnić wam ochronę i bezpieczeństwo. Tak, to możemy wam zapewnić.

Merle jak oniemiała patrzyła na ognistą postać. Na placu gromadził się coraz liczniejszy tłum ludzi. zwabionych buchającymi płomieniami, hukiem zwiastującym niecodzienny spektakl.

-Nie możemy stracić ani minuty-- odezwała się Królowa. -Szybko, do Campanile!

-A ten ogień?

-Jeśli przemkniesz lewą stroną, to na pewno się uda. Merle, proszę, teraz jest najlepsza okazja.

Merle zaczęła biec. Wieża, która górowała nad placem, znajdowała się w samym rogu. Merle musiała najpierw przebiec wzdłuż ziejące ogniem szczeliny, a potem jeszcze przemknąć za plecami posłańca piekieł, który z twarzą zwróconą w stronę pałacu lekko unosił się nad ziemią,. W powietrzu czuć było siarkę. Posłaniec dalej ciągnął swój wywód, ale Merle już go nie słuchała . Na pierwszy rzut oka oferta księcia piekieł wydawała się kusząca. Jednak już sam wygląd jego posłańca budził odrazę i wątpliwości. Wenecjanie nabierali przekonania, że mogą wpaść z deszczu pod rynnę. Bo wprawdzie pojawiłaby się szansa na odniesienie militarnego sukcesu w postaci usunięcia sił imperium z laguny. Ale kto ręczyłby za to, że nowi zwycięzcy nie zastąpią żołdaków spod znaku sfinksa i nie zamieszkają w pałacu, żądając dla siebie wysokiego haraczu?

Merle była już w połowie drogi do Campanile, kiedy uświadomiła sobie, że wejście do wieży

pozostaje niestrzeżone. Wszak wszyscy strażnicy przyłączyli się do oddziałów stojących na placu. Przynajmniej setka strzelców mierzyła już w ambasadora piekieł, a przez cały czas przybywali kolejni. Lwy, wszystkie z granitu i bez skrzydeł, przebierały nerwowo pazurami, zostawiając na ziemi odciski. Dosiadający ich jeźdźcy z trudem mogli utrzymywali ich na wodzy.

-Każdy mieszkaniec miasta zobowiązany jest do oddania kropli krwi- ryczał ambasador piekieł do tłumów. -Tylko jedna kropla od głowy i pakt jest przypieczętowany. Pomyślcie! Jak dużych ofiar będzie od was żądać imperium? Ilu z was padnie w walce o lagunę, ilu zginie pod rządami faraona?

Nagle mały, najwyżej siedmioletni chłopczyk, wyrwał się mamie, która przerażona patrzyła, jak jej syn biegnie wzdłuż rzędu gwardzistów i staje oko w oko z bestią.

-Uchroni nas Królowa Laguny!- krzyknął. -Nie potrzebujemy waszej pomocy!

Matka chciała pobiec za synem, ale ją powstrzymano. Nie dała za wygraną, szamotała się dalej, próbując wyrwać się z obcych objęć. I cały czas wykrzykiwała imię dziecka.

Chłopiec z przekorą spojrzał na posłańca.

-Królowa Laguny będzie nas zawsze chronić!- odwrócił się i pobiegł z powrotem do matki. Posłaniec nie zareagował.

Słysząc słowa chłopczyka, Merle poczuła lekkie ukłucie w piersi. Uprzytomniła sobie, że to nie było jej własne doznanie, ale ból przeszywający Królową Laguny. Jej rozpacz, jej wstyd.

-Oni na mnie liczą- powiedziała bezgłośnie. -Wszyscy liczą na mnie. A ja nie spełniam ich oczekiwań.

-Przecież tu, na placu, nikt nie wie, co się z tobą dzieje.

-Wkrótce się dowiedzą. Najpóźniej wtedy, kiedy nadciągną galery faraona a jego barki słoneczne będą ziać z nieba ogniem.- Na chwilę zamilkła, po czym dodała: -Powinniście przyjąć ofertę posłańca.

Merle z przerażenia o mało się nie potknęła. Jeszcze tylko dwadzieścia metrów do wieży.

-Co?!- wykrzyknęła. -Mówisz poważnie?

"To jedna z możliwości."

-Ależ ... to piekło! Cóż my o nim wiemy?- I szybko dodała: -Już same wyniki badań profesora Burbridge`a są wystarczające, żeby... wysłać ich do diabła.

-To jedna z możliwości- powtórzyła Królowa raz jeszcze. Głos jej brzmiał beznamiętnie. Słowa chłopczyka poruszyły ją do głębi.

-Układ z diabłem nie może wchodzić w grę- powiedziała Merle i zaczerpnęła tchu. Trudno jej było równocześnie biec i rozmawiać.

-Przecież już z dawniejszych przekazów wiemy, że każdy, kto zdał się na pomoc piekieł, okazywał się przegranym. Każdy!

-To jedynie stare historie. Możesz zaręczyć Merle, że ktokolwiek próbował zawrzeć sojusz z piekłem?

Merle spojrzała przez ramię i raz jeszcze przyjrzała się stojącemu wśród ognia posłańcowi.

-Przypatrz mu się! I nie zbywaj mnie jakimiś porzekadłami w stylu: "Nie można oceniać pana po kaloszach!" Przecież w nim nie ma nic ludzkiego!

-We mnie również.

Merle potykając się, dobiegła wreszcie do bramy wieży. Na szczęście była otwarta. "-osłuchaj- zaczęła zdyszana. -Nie chciałam cię obrazić. Ale piekło...- przerwała i potrząsnęła głową. -Może rzeczywiście nie jesteś człowiekiem i dlatego pewnych rzeczy nie pojmujesz.

Dziarsko wkroczyła do wieży.

 

Merle przeszła tylko kilka metrów obok kryjówki Serafina. Ale on jej nie spostrzegł. Był wpatrzony w osobę posłańca i w rosnącą grupę żołnierzy na placu.

Także druga część placu, tuż obok kościoła św. Marka, ciągle zapełniała się ludźmi. Napływali z różnych stron, zwabieni niezwykłym widowiskiem. Dowiedzieli się o przybyciu ambasadora piekieł, ale nie dawali im wiary. Teraz mogli skonfrontować pogłoski z rzeczywistością.

Serafin zmagał się sam ze sobą. Chciał uciekać. Miał szczęście, że nie wylądował w więzieniu. Tymczasem z każdą minutą rosło niebezpieczeństwo, że zostanie rozpoznany i aresztowany . To głupie, strasznie głupie, tkwić za donicą z kwiatami, podczas gdy gwardia cały czas go szuka. Wprawdzie nie w tym momencie, bo całą swoją uwagę skupiła przejściowo na czymś innym. Ale czy nie zdawał sobie sprawy z położenia, w jakim się znalazł? Tymczasem z najwyższą uwagą przysłuchiwał się posłańcowi.

I jeszcze coś rzuciło mu się w oczy. Trzech mężczyzn wyszło z pałacu. Trzech rajców w dostojnych togach: purpurowej, szkarłatnej i złotej. Zdrajcy. Rajca w złotej sukni podszedł prosto do kapitana gwardii i mówił coś do niego wzburzony.

W pewnym momencie płomienie buchnęły ze zdwojoną siłą, ich języki dosięgły postać posłańca, ukazując jego szyderczy uśmiech.

-Kropla krwi!- zawołał. -Pomyślcie dobrze, obywatele Wenecji. Tylko jedna kropla krwi.

 

W wieży Merle przeskakiwała po kilka schodów na raz. Dyszała. Serce waliło jej tak mocno, jakby chciało wyskoczyć z piersi. Nie mogła sobie przypomnieć, kiedy ostatni raz była tak zmęczona.

-Co wiesz o tym zdrajcy- spytała Królowa Laguny.

-To, co wszyscy. Stare historie.

-W rzeczywistości nigdy nie był zdrajcą. Nie w tym sensie, za jakiego uchodzi w przekonaniu ogółu.

Merle miała problemy, by złapać powietrze. Nawet uważnie wsłuchiwanie się w słowa Królowej przychodziło jej z największą trudnością.

-Opowiem ci, co zdarzyło się na prawdę. Wtedy, kiedy Vermithrax został zdrajcą- kontynuowała Królowa. -Ty jako pierwsza powinnaś dowiedzieć się, kim jest w rzeczywistości.

-No..., to... kim... jest?- spytała zdyszana, ciągle biegnąc po schodach.

- Vermithrax jest lwem. Jednym ze starych lwów.

-Lwem?

-Fruwającym i mówiącym lwem- Królowa zamyśliła się. -Przynajmniej był nim, kiedy widziałam go ostatni raz.

Królowa zamyśliła się. -.

Merle aż zatrzymała się ze zdumienia. Właśnie dostała kolki.

-Ale ... lwy nie mówią!

-Te, które znasz. Wcześniej jednak, przed wielu laty, jeszcze przed zmartwychwstaniem faraona i w okresie wojen o mumie, lwy mogły mówić, fruwać wyżej i szybciej niż orły, a wyśpiewywane przez nich pieśni były piękniejsze niż pieśni syren lub ludzi.

-I co się stało?- Merle znowu zaczęła biec. Ale tym razem szybo spuściła z tonu i zaczęła człapać po schodach do góry. Była mokra i wykończona. Czuła jak jej ciałem wstrząsają dreszcze.

-Od niepamiętnych czasów kamienne lwy i ludzie byli połączeni sojuszem. Nikt jednak nie wie, jak tu dotarli. Możliwe, że byli istotami z odległych krańców ziemi. Albo wytworami jakiegoś alchemika. Nieważne. Lwy służyły Wenecjanom jako zwierzęta bojowe w wojnach, konwojowały statki podczas niebezpiecznych rejsów przy wybrzeżach Afryki i chroniły samo miasto. W dowód wdzięczności Wenecjanie wyryli ich oblicze na herbie miasta i przyozdobili nim flagę miejską. Do ich dyspozycji oddano też jedną wyspę w północnej części laguny.

-Skoro lwy były tak mocne i potężne, dlaczego więc nie wzniosły własnego miasta?- Merle nie słyszała nawet własnych słów, z trudem wypowiadanych.

-Ponieważ całkowicie ufali Wenecjanom i czuli się wobec nich lojalni. Zaufanie należało do ich najważniejszych cech. Poza tym same nie chciały. Ich kamienne ciała, szybkie loty i poetyckie pieśni mogły wprawdzie zachwycać, ale czy ktokolwiek widział lwa budującego dom? Przyzwyczaiły się do ludzi, dzieliły z nimi ich los, miały dach nad głową i korzystały z wygód, jakie dawało mieszkanie w mieście. I to, jak sądzę, zdecydowało o ich upadku."

Merle zatrzymała się na chwilę przy wąskim oknie, które wychodziło na plac. Zdębiała, kiedy zauważyła, że w przeciągu kilku minut zebrało się tam mnóstwo żołnierzy i gwardzistów . Widocznie rajcowie ściągnęli wszystkich zbrojnych w mieście, od stróża nocnego aż po kapitana. Musiały ich być setki. I wszyscy mierzyli w posłańca, niektórzy tylko samymi połyskującymi szablami.

-Dalej, biegnij dalej. Pospiesz się!

Merle sapiąc wspinała się po schodach, podczas gdy królowa kontynuowała swoją opowieść: -Musiało się to źle skończyć. Ludzie nie potrafią żyć w zgodzie z innymi istotami. Stało się to, co się stać musiało. U zarania konfliktu stanęła obawa. Obawa przed potęgą lwów, przed ich imponującymi skrzydłami i groźnymi pazurami. Ludzie powoli zapominali, ile im zawdzięczają. Choćby mocarstwową pozycję Wenecji w basenie Morza Śródziemnego. Lęk przeszedł w nienawiść, ta zaś w żądzę zdegradowania lwów do roli poddanych. Bo przecież nie można było pozbyć się ich zupełnie. . Pod pretekstem zorganizowania święta ku ich czci, mającego wyrazić wdzięczność Wenecjan, zwabiono je wszystkie na wyspę. Statkami zwożono tam góry wieprzowiny i cielęciny. Rzeźniom przyznawano odznaczenia, byle tylko wydały swoje ostatnie zapasy. Podczas uczt wino lało się strumieniami. Najprzedniejsze gatunki i krystaliczna woda alpejska zdobiły suto zastawione stoły. Dwa dni i dwie noce lwy delektowały przygotowanymi dla nich smakołykami. Powoli jednak podany im do mięsiwa, wody i wina środek nasenny zaczął działać. Na trzeci dzień nie było już ani jednego lwa, który stałby na własnych nogach. Wszystkie zapadły w kamienny sen. Wtedy do dzieła przystąpili rzeźnicy, którzy tym razem pozbawili je skrzydeł!

-To ... to oni im je tak po prostu, ob...

-Obcięli. Jak najbardziej! Lwy niczego nie zauważyły. Tak silny okazał się podany im środek nasenny. Potem opatrzono je, aby żaden nie zmarł na skutek odniesionych ran. Wszystkie pozostawiono na wyspie, w przekonaniu, że osłabione zwierzęta nie zdecydują się na ucieczkę przez wody laguny. Jak wiadomo, lwy lękają się wody. Te, które się jednak odważyły, utonęły w odmętach morza.

Merle poczuła taki wstręt, że aż musiała przystanąć.

-Dlaczego wytężamy wszystkie nasze siły, by ratować to miasto? Po tym wszystkim, co Wenecjanie wyrządzili lwom i syrenom? Czyż nie zasłużyli na najazd Egipcjan, którzy zmietliby miasto z powierzchni ziemi?

Merle wyczuła, że Królowa uśmiecha się lekko. Jej wnętrze promieniowało cudownym ciepłem.

-Nie bądź tak zgorzkniała, Merle. Przecież tak samo jesteś rodem z Wenecji jak wielu innych mieszkańców laguny, którzy o niczym nie mają pojęcia. Zbrodnia dokonana na lwach dokonała się strasznie dawno.

-A ty sądzisz, że ludzie są dziś mądrzejsi niż wtedy?- zapytała Merle z pogardą.

-Nie. Mądrzejsi nie staną się nigdy. Ale nie można karać tych, na których nie ciąży bezpośrednia odpowiedzialność.

-A co z syrenami, które ludzie zaprzęgają do łodzi? Sama przyznałaś, że w ten sposób syreny wyginą.

Królowa na moment zamilkła.

-Jeśli większość ludzi miałoby tego świadomość, jeśli znałoby prawdę..., to takie niesprawiedliwości nie zdarzałyby się więcej.

-Sama mówisz, że nie jesteś istotą ludzką. A bronisz nas. Skąd u ciebie ta przeklęta dobroć?

-Przeklęta dobroć?- powtórzyła Królowa lekko rozbawiona. "-Tylko człowiek może zestawić te dwa słowa obok siebie. Możliwe, że właśnie stąd czerpię wiarę w ludzi, że jej jeszcze nie pogrzebałam. Chcesz, żebym opowiedziała historię lwów do końca? Zaraz wyjdziemy na szczyt wieży. Zanim tam staniemy, powinnaś dowiedzieć się, jaka rola przypadła w udziale Vermithraxowi.

powtórzyła Królowa lekko rozbawiona. "-

-Opowiadaj!

-Lwy powoli dochodziły do siebie, targane wewnętrznymi starciami i walkami. Jedno nie ulegało wątpliwości: stały się więźniami na wyspie. Pozbawione siły, nękane strasznymi bólami, popadały w zwątpienie. Wenecjanie zaoferowali im dalszy dowóz żywności, pod warunkiem jednak, że zgodzą się im służyć jako niewolnicy. Po długich debatach lwi ród przyjął te warunki. Część z nich została przetransportowana na inną wyspę, gdzie służyli naukowcom i alchemikom jako zwierzęta doświadczalne. Nowe pokolenia kamiennych lwów opuszczały laboratoria uczonych. Dzisiejsza ich generacja nie jest już tą dumną rasą przodków, przyozdobioną w skrzydła i potrafiącą śpiewać.

-A co z Vermithraxem?- pytała Merle. -Albo z lwami, które także dziś potrafią fruwać?

-Kiedy Wenecjanie podstępem rozprawiali się z lwami, jeden lwi oddział nie stacjonował w Wenecji, tylko przeprowadzał zwiad w krajach Wschodu. Gdy powróciły i y dowiedziały się, co się wydarzyło, zawyły z wściekłości. Ale musiały poprzestać na małej potyczce z mieszkańcami laguny. Było ich zbyt mało. Dlatego zamiast pewnej porażki w starciu z Wenecjanami, wybrały ucieczkę. Około dziesięciu lwów pofrunęło na południe,przez Morze Śródziemne aż do samego serca Afryki. Tam przez jakiś czas żyły z miejscowymi lwami, zanim nie zorientowały się, że gospodarze sawanny akceptują ich powodowani jedynie lękiem przed nimi. Kamienne lwy ruszyły więc w dalszą drogę. Tym razem w wysokie góry, rozpościerające się w tropikach. I tam zadomowiły się na dłużej. Niesprawiedliwość Wenecjan obrosła w legendy.

Przed około dwustu laty na scenę wydarzeń wkroczył Vermithrax. Przepełniony smutkiem z powodu losu, jaki spotkał lwi ród, mocnowierzył w stare legendy. Powziął decyzję powrotu do Wenecji, by wziąć odwet na jej mieszkańcach za wyrządzoną ongiś krzywdę. Niestety, tylko nieliczni chcieli się do niego przyłączyć. Dla większości potomków uciekinierów góry stały się nową ojczyzną. Mało kto chciał wyruszyć w nieznane.

W ten sposób Vermithrax z garstką towarzyszących mu lwów wziął kurs na Wenecję. Święcie wierzył przy tym, że ujarzmione lwy weneckie staną po jego stronie i wystąpią przeciwko swoim ciemięzcom. Ale przeliczył się. Nie docenił znaczenia czasu.

-Znaczenia czasu?- spytała Merle zdziwiona.

-Tak, Merle, czas zaleczył dawne rany. Jeszcze gorzej, uczynił z lwów wiernych poddanych. Pęd do wygodnictwa zupełnie zawładnął bezskrzydłą, niemą lwią rasą. Jako niewolnicy Wenecjan nie skarżyli się na swój los. Zdolności przodków dawno popadły w zapomnienie. Żaden z nich nie pamiętał życia na wolności. Nic dziwnego, że żadnemu też nie uśmiechało się nadstawiać karku w jakimś powstańczym zrywie. Posłuszeństwo rozkazom swoich ludzkich przełożonych przedkładano nad jakikolwiek bunt. Stąd atak Vermithraxa na miasto kosztował życie wielu ludzi i pomimo, że wywołał spustoszenie w wielu dzielnicach, od początku był xskazany na porażkę. Przeciwko Vermithraxowi wystąpił jego własny ród. Lwy też, te same, którym chciał przynieść wolność, a które z własnego wyboru stały się przedłużeniem ludzkiej ręki, zadały mu ostateczny cios.

-Ale w takim razie to oni byli zdrajcami, nie on!

"Wszystko zależy od punktu widzenia. Dla mieszkańców Wenecji Vermithrax uchodził za zdrajcę. To on napadł na nich znienacka, to on zabił wielu ludzi, to on próbował podjudzić przeciwko nim miejscowe lwy. Z ich punktu widzenia wszystko się zgadza. Dlatego też pozbawili oni życia większość napastników. Nieliczną garstkę zostawili przy życiu, by naukowcy mogli wyhodować z niej nowe pokolenie latających lwów. Wtedy nikt już nie pamiętał czasów, kiedy lwy posiadały skrzydła. A wielu mieszkańców nie mogło oprzeć się pokusie posiadania lwich sługze skrzydłami. Dzięki nim mogły one transportować duże ciężary albo podczas wojen atakować przeciwnika z powietrza, jak to uczynił Vermithrax w trakcie inwazji na miasto. W laboratorium powstała nowa generacja lwów, będąca krzyżówką wolnych, oskrzydlonych rebeliantów z Afryki i bezwolnych, służalczych niewolników z Wenecji. Co z tej krzyżówki powstało, sama wiesz: fruwające lwy, których dosiadają dziś gwardziści. Miałaś możliwość zapoznać się z nimi bliżej.

-A Vermithrax?

-Wymyślono dla niego szczególnie perfidną karę. Zamiast wyroku śmierci osadzono go w tej wieży. Tu musiał on znosić swój los. A trzeba ci wiedzieć, Merle, że dla skrzydlatego lwa nie ma nic gorszego niż pozbawienie możliwości fruwania. Dla Vermithraxa, który latami szybował po dalekich stepach Afryki, kara ta okazała się straszna w dwójnasób. Prócz tego załamał się psychicznie. Mniej w wyniku porażki, bardziej z powodu zdrady własnych ziomków. Nie mógł pojąć obojętności w ich sercach, ich psiej wierności i łatwowierności każącej im wystąpić w imieniu Wenecjan przeciwko niemu. To doświadczenie stało się dla niego najcięższą karą. Dlatego postanowił odebrać sobie życie. Odmawiał jedzenia, które mu przynoszono. I to wcale nie powodowany lękiem przed otruciem, lecz w nadziei szybkiego zakończenia życia. Ale Vermithrax, ten buntownik nad buntownikami, musiał jako pierwszy ze swojej rasy stwierdzić, że kamienna istota może obyć się bez jedzenia. Oczywiście, że kamienne lwy odczuwają głód, ba, obżeranie się jest jedną z ich największych namiętności. Do przetrwania konieczne jednak nie jest. I tak Vermithrax do dzisiejszego dnia przebywa na samym szczycie wieży, skąd rozpościera się widok na całe miasto. I to pogłębia jego poczucie upokorzenia - Królowa Laguny przerwała na chwilę, by zaraz podjąć nowy wątek-Szczerze mówiąc, nie wiem, w jakim znajdziemy go stanie.

Merle wchodziła już na ostatnie schody. Światło słoneczne wpadało przez okno na potężne stalowe drzwi. Ich powierzchnia połyskiwała niebieskawo.

-Jak poznałaś Vermithraxa?

-Gdy przed niemal dwustu laty przewodził on grupie afrykańskich lwów, która przybyła do Wenecji, wierzył niezbicie, że lwy muszą dorównać ludziom w jednej rzeczy: muszą pokonać wrodzony lęk do wody. Wszak jego przodkowie zostali zdegradowani do roli niewolników właśnie dlatego, że nie sprostali wodom laguny. Stali się niewolnikami na własnej wyspie. Vermithrax nie zamierzał wpaść w tę samą pułapkę. Skoro tylko z góry zobaczył lagunę, rzucił się z brawurą w odmęty wody. Ale przed takim wyzwaniem nawet najbardziej śmiały ze śmiałych musiał skapitulować. Woda i zimno sparaliżowały jego ruchy. Zaczął tonąć.

-I wtedy go uratowałaś?

-Śledziłam jego myśli, kiedy spadał na dno. Dostrzegłam śmiałość jego przedsięwzięcia i podziwiałam silną wolę. Tak brawurowy plan nie mógł spalić na panewce, i to jeszcze w momencie, gdy się na dobre nie zaczął. Rozkazałam więc syrenom, by wyniosły go na powierzchnię, a potem zaprowadziły na ląd. Spotkałam się też z nim osobiście, kiedy w ukryciu dochodził do siebie. Prowadziliśmy długie rozmowy. Nie mogę powiedzieć, że zostaliśmy przyjaciółmi. Chyba nie wszystko zrozumiał, przede wszystkim, kim jestem. A ponadto trochę się mnie lękał, ponieważ...

-Ty sama jesteś wodą?

-Jestem laguną. Jestem wodą. Ale Vermithrax był tym, kto walczy do końca. Zapaleniec o nieugiętej woli. Okazywał mi respekt i wdzięczność, ale także bał się.

Królowa Laguny zamilkła, kiedy Merle zupełnie wyczerpana weszła na ostatni stopień . Stalowe drzwi, zaryglowane na dwa potężne zamki, były co najmniej trzykrotnie większe od niej.

-Jak miałybyśmy tu...-, zaczęła Merle, ale przerwała, kiedy z zewnątrz dobiegł przez okno donośny ryk. Natychmiast podbiegła do zakratowanego okna i spojrzała w dół.

Stąd rozpościerał się zapierający dech w piersi widok na przednią część placu oraz płonącą szczelinę. Merle dopiero teraz spostrzegła, że szczelinę od brzegu dzieliło niewiele metrów. Gdyby rozstęp w ziemi doszedł do morza, Merle i syreny zostałyby siłą wody wciągnięte w sam jej środek .

Ale nie to zmroziło jej krew w żyłach, lecz seria wydarzeń, które rozgrywały się na dole i zwiastowały niechybną katastrofę.

Trzy skrzydlate lwy rzuciły się z dachu Pałacu Dożów w dół, smagane biczem przez dosiadających je jeźdźców. Rajcowie podjęli decyzję. Żadnych rokowań z wysłannikiem piekieł. Nieodwołalnie.

Zanim posłaniec zdążył zareagować, lwy były już przy nim. Dwa z nich przeleciały tuż obok niego, z prawej i lewej strony, z tak dużą prędkością, że siedzący na nich jeźdźcy nie odnieśli w wyniku kontaktu z ogniem żadnych obrażeń. Natomiast trzeci, , lecący pośrodku, chwycił posłańca w swoją rozdziawioną paszczę i wyrywając go z płonącej szczeliny, poniósł ze sobą. Posłaniec wrzeszczał jak opętany. Leżał poziomo w gardzieli lwa. Na całym placu ludzie zginali się w pół. Nawet żołnierze upuścili broń na ziemię i zatykali sobie palcami uszy.

Lew z posłańcem w paszczy zatoczył koło nad dachami miasta, potem zniżył lot, szybując w kierunku stojących przed pałacem żołnierzy. Upuścił posłańca dokładnie nad ich głowami, jakby ten był jedynie zepsutym kawałkiem mięsa.

-Merle!- krzyknęła Królowa Laguny w myślach dziewczynki. Merle, drzwi ...

Ale Merle nie mogła oderwać wzroku od toczących się na dole wydarzeń. Żołnierze rozbiegli się na tyle szybko, że spadający posłaniec nie upadł im na głowy, tylko obok nich, na ziemię. Odarty z dostojeństwa, stał się jedynie monstrualnej wielkości rzeczą o ogromnych, wymachujących w powietrzu pazurach i wijącym się w panice na kamiennej ziemi ciele.

-Merle...

Na placu zaległa cisza. Ludzie zaniemówili, zastygli w bezruchu, niezdolni pojąć, co się tu na prawdę wydarzyło.

Ale zaraz potem podniósł się triumfalny okrzyk. Zapachniało krwią. Nikt nie myślał o konsekwencjach czynu. Z okrzyków dało się wyłowić coraz wyraźniejsze skandowanie:

-Zabić bestię! Zabić tę bestię!

-Merle! Nie mamy czasu!

-Zabić bestię!

-Proszę!

-Zabić bestię!

Puste miejsce, które w formacji żołnierzy powstało po upadku posłańca, szybko wypełniły napierające ciała żołdaków o wykrzywionych twarzach z błyszczącymi szablami w dłoniach. Ręce wymachiwały szablami, strzelbami albo wygrażały posłańcowi nagimi pięściami. Wrzask posłańca zamienił się w rzężenie. Potem zamilkł zupełnie.

-Drzwi, Merle!

Gdy dziewczynka odwróciła się wreszcie, jej wzrok utkwił na dwóch potężnych ryglach. Były takie wielkie!

-Musisz je otworzyć!- błagała Królowa.

Po drugiej stronie drzwi rozległ się ryk lwa.

Merle #1 - Merle i Królowa Laguny (twarda oprawa)

Autor: Kai Meyer
Wydawnictwo: Videograf II
Miejsce wydania: Chorzów
Wydanie polskie: 3/2006
Tytuł oryginalny: Merle: Fliessende Königin
Wydawca oryginalny: Loewe Verlag
Rok wydania oryginału: 2001
Liczba stron: 272
Format: 150x210 mm
Oprawa: twarda
ISBN: 83-7183-382-2
Wydanie: I
Cena z okładki: 29,00 zł


blog comments powered by Disqus