Fragment #1 z książki "Star Wars: Wojny Klonów: Gambit #2 - Oblężenie"

Autor: Karen Miller

Anakin nie mógł w to uwierzyć.

Od rozpaczliwej ucieczki przed armią robotów Loka Durda upłynęło więcej niż ponad trzy standardowe godziny – prawdę mówiąc, niemal cztery – a oni wciąż jeszcze lecieli, zamiast się roztrzaskać. Jaka szkoda, że Obi-Wan się zdrzemnął... Anakin czuł, że należy mu się zasłużona pochwała. Problem w tym, że zamiast włączyć się do walki, jakieś dwie godziny wcześniej Obi-Wan pogrążył się we śnie. W padającym z konsolety pojazdu naziemnego słabym blasku jego mentor wyglądał na zmęczonego i zrezygnowanego. Ostatnia bitwa na terenie placówki Separatystów wyczerpała wszystkie zasoby jego sił. Jak to dobrze, że to ja jestem Wybrańcem, inaczej moglibyśmy mieć kłopoty, pomyślał młodszy Jedi.
No cóż, przynajmniej większe niż do tej pory. Anakin jeszcze raz rzucił okiem na wyświetlacz wskaźnika rezerwy cennej energii ich porwanego pojazdu naziemnego i poddał się zwątpieniu. Jeżeli będą mieć szczęście... Cóż, pozostało im energii najwyżej na godzinę lotu. A później...
Otaczała ich czarna, gęsta lanteebańska noc. Dla zaoszczędzenia resztek energii – i ukrycia się przed wścibskimi oczami – Anakin nie włączył reflektorów pojazdu. Musiał teraz polegać na swoich instynktach i na Mocy. Na razie z powodzeniem; Obi-Wan zamierzał się oddalić możliwie najbardziej od miasta, zanim przestaną korzystać z prowizorycznego wehikułu, a Anakin uznał tę strategię za rozsądną. Właśnie to w tej chwili robili. Miasto zostawało coraz dalej za nimi, a on wytężał zmęczone zmysły, starając się ocenić, w którym kierunku najlepiej lecieć. Muszą znaleźć względnie bezpieczne miejsce na planecie, która stała się nagle, bez ostrzeżenia, wybitnie wrogo nastawionym miejscem.
Bant’ena, pomyślał Anakin.
Zdrada porwanej badaczki była tylko jeszcze jedną niepomyślną okolicznością, ale doskwierała im nie mniej niż pozostałe. Przynajmniej tak to widział młodszy Jedi, chociaż w rzeczywistości było inaczej. Ta zdrada dokuczała mu bardziej niż wszystkie pozostałe kłopoty razem wzięte.
Bant’eno, jak mogłaś to zrobić? – pomyślał Anakin. Obdarzyłem cię zaufaniem. Próbowałem cię ocalić.
Skulony na fotelu pasażera Obi-Wan się poruszył.
– Daj spokój – wymruczał niewyraźnie. – Co się stało, Anakinie, to się nie odstanie. Lepiej powiedz, jak się sprawdzają twoje modyfikacje silnika.
– Wciąż jeszcze lecimy – odparł Anakin.
– Co prawda, to prawda – przyznał Kenobi. – I za to jestem ci szczerze wdzięczny. Chyba jednak słyszę niepokojące odgłosy z głównego zaworu chłodziwa.
Niech to zaraza, pomyślał Anakin. Że też Obi-Wan musiał zwrócić na to uwagę.
– Wszystko w porządku – powiedział. – Zawór wytrzyma.
– Jeżeli tak mówisz... – Kenobi zmełł w ustach przekleństwo i usiadł prosto. – Gdzie jesteśmy? – zapytał.
Anakin westchnął.
– Żartujesz, prawda?
– Nie, raczej nie – odparł starszy Jedi i stłumił ziewnięcie. – Jak długo spałem?
– Przecież wiesz – odparł ostrożnie Anakin. – Wcale nie tak długo.
– Anakinie! – Obi-Wan spiorunował go spojrzeniem. – Nie jestem zniedołężniałym starcem.
Oho, śliski grunt.
– Nie twierdzę, że jesteś – odparł drugi Jedi. – Rex twierdzi jednak, że mądry żołnierz je i śpi zawsze, kiedy ma okazję. Jeżeli chcesz się z kimś pokłócić, to pokłóć się z nim. Ja tylko słucham jego rad.
– No cóż, dla odmiany możesz posłuchać mojej rady – warknął Obi-Wan. – Już dwukrotnie podczas tej wyprawy ty czuwałeś, kiedy ja spałem. Jeżeli zrobisz to trzeci raz, wyciągnę konsekwencje.
Konsekwencje czy nie, Anakin zamierzał robić to tyle razy, ile będzie musiał... Dla świętego spokoju pokiwał jednak głową.
– Jak sobie życzysz – powiedział.
W nagrodę starszy Jedi obrzucił go ostrym spojrzeniem... ale zdążył się już do nich przyzwyczaić.
Obi-Wan przeczesał palcami włosy.
– Ile wiosek minęliśmy po drodze? – zapytał.
– Odkąd zasnąłeś? – upewnił się młodszy Jedi. – Dwie. Nie wyczułem w nich niczego dobrego, więc leciałem dalej.
– To dobrze – pochwalił Obi-Wan. – Pozwól, żeby kierowały tobą uczucia, Anakinie, a nie zboczysz zanadto z obranej drogi. – Stłumił kolejne ziewnięcie. – Obawiam się jednak, że niedługo okoliczności zmuszą nas do podjęcia jakiejś decyzji. Nie chciałem, żeby zabrzmiało to jak żart.
– Masz rację – odparł Anakin i postukał palcem w wyświetlacz wskaźnika poziomu energii. – Za chwilę się skończy. Jak długo jeszcze mamy liczyć tylko na szczęście?
– Dopóki nie usłyszymy, jak błaga nas o litość – odparł Kenobi i zmarszczył brwi. – Wiem, że odlecieliśmy całkiem daleko od Lantibba City, ale w obecnej sytuacji nie istnieje pojęcie „zbyt daleko”.
Prawdę mówiąc, zaczynam się nad tym zastanawiać, pomyślał Anakin.
– No, nie wiem – zaczął. – I tak od statku dzieli nas duża odległość, zakładając, że wciąż jeszcze stoi tam, gdzie go zostawiliśmy, i że nie skonfiskował go żaden przedstawiciel portu kosmicznego. Może powinniśmy pomyśleć o...
– Myślę o tym – dokończył rozdrażnionym tonem Obi-Wan. – A teraz przez chwilę bądź cicho. Chciałbym wyczuć, kto i co znajduje się przed nami.
Chociaż wyczerpany, Obi-Wan posłużył się Mocą jak chirurg laserowym skalpelem. Zgrabnie i czysto przeciął nią ciemności przed pojazdem.
– Mam – mruknął w końcu. – Wyczuwasz to?
Anakin pokiwał głową.
– To największa osada, jaką do tej pory mijaliśmy – powiedział.
– Powinno tu być bezpiecznie – stwierdził Obi-Wan, otwierając oczy. – Nie wyczuwam bezpośredniego zagrożenia wokół tego miejsca, a ty?
Anakin już kierował naziemny, a właściwie repulsorowy pojazd w stronę odległej wioski.
– Ja też nie – przyznał.
Tym razem – czyżby to był znak? – urządzenia pojazdu zareagowały ospale, jakby w ogóle nie chciały zmienić kierunku lotu. Bez ostrzeżenia pojazd skręcił, a później zanurkował. Klnąc pod nosem, Anakin odzyskał jednak szybko panowanie nad sterami.
– Niech to szlag – mruknął Obi-Wan, spoglądając na wyświet¬lacz wskaźnika rezerwy energii. – Jesteś pewny, że ten miernik pokazuje dokładnie, Anakinie?
Zgrzytając zębami i walcząc z bólem mięśni rąk, młodszy Jedi starał się utrzymać repulsorowy pojazd na równym poziomie.
– To zależy, co rozumiesz pod pojęciami „dokładnie” i „pewny” – powiedział.
Ich pojazd znów zanurkował i zboczył z kursu, tym razem tak raptownie, że poczuli mdłości. Z trudem przedzierał się przez ciemności nocy. Obi-Wan chwycił klamkę drzwi od strony pasażera.
– Czy właśnie teraz zaczniemy spadać, zamiast lecieć dalej? – zapytał.
Anakin nie miał wyjścia.
– Ta-a, chyba tak – mruknął niechętnie.
– Cudownie – burknął Kenobi i westchnął. – No cóż, w takim razie przynajmniej włącz reflektory. Powinniśmy widzieć śmierć, kiedy spieszy nam na spotkanie.
– Pesymista – odciął się Anakin. Wyszczerzył zęby i rozjaśnił ciemności przed pojazdem snopem światła. – A teraz trzymaj się, Mistrzu Kenobi – zapowiedział. – Nasza sytuacja zacznie wyglądać całkiem nieźle.
 
Anakin był świetnym pilotem, ale to jeszcze nie oznaczało, że nie przydałaby mu się pomoc. Ignorując obezwładniające wyczerpanie, ostrzegawczy ból w kościach i spowolnienie krążenia krwi w żyłach, drugi raz tej nocy Obi-Wan zrezygnował z roztropnego polegania na swoim instynkcie samozachowawczym i bez zastrzeżeń powierzył się Mocy. Jej potęga przepływała przez niego, elektryzując nerwy, a wraz z nią pojawiły się kategoryczne ostrzeżenia: niebezpieczeństwo przed wami, Jedi. Niebezpieczeństwo was otacza.
Pocąc się i klnąc, Anakin zmagał się ze skazanym na zagładę pojazdem. Ogniwa pracowały resztką energii zamkniętej w skorupie niereagującego na rozkazy metalu. Blask reflektorów szybko słabł, a wraz z nim nadzieja na kontrolowane lądowanie. Ciemność przygotowywała się, żeby ich pochłonąć. Śmierć także, jeżeli nie znajdą sposobu zapanowania nad sterami i powstrzymania opadania.
Może i jestem pesymistą, ale nie bez powodu, pomyślał Kenobi.
A potem osłony pojazdu repulsorowego rozbłysły fontannami iskier.
Coś takiego, pomyślał Kenobi. Widzisz, Anakinie?
– Przykro mi – stwierdził młodszy Jedi, zaciskając zbielałe palce na drążku sterowniczym opadającego wehikułu. – Sądziłem, że zostało nam trochę więcej energii.
Obi-Wan posłał mu zachęcający uśmiech.
– Nic nie szkodzi – powiedział. – Radzisz sobie doskonale. Chodzi tylko o to...
Ze złowieszczym jękiem przeciążonych spawów odpadł dziób pojazdu. Wehikuł zanurkował. Obi-Wan rozpaczliwie otoczył pojazd Mocą, podobnie jak kiedyś otulił gwiezdny statek Baila, opadający bezwładnie do doku gwiezdnej stacji. Tym razem jednak sytuacja wyglądała inaczej. Obie jednostki latające zachowywały się jak spadające cegły, ale przynajmniej pilot małego statku Baila panował nad sterami i kontrolował trajektorię opadania. Tymczasem ich naprędce przerobiony pojazd repulsorowy rzeczywiście leciał jak cegła. A kiedy cegły spadały na grunt z dużej wysokości, zazwyczaj roztrzaskiwały się na okruchy.
– W porządku! – wydyszał Anakin. – Opanowałeś sytuację. Teraz go trzymaj, Obi-Wanie. Jeżeli dasz radę go utrzymać, ja zdołam...
– Zapomnij o tym, Anakinie – odparł Kenobi. – Ten pojazd już nigdy nie poleci. Możemy tylko złagodzić impet zderzenia.
– Nie... nie... nadal nad nim panuję. Dam radę. Nie wypuszczaj go, Obi-Wanie... Nie wypuszczaj go, cokolwiek się stanie!
Gdyby takie polecenie wydał ktoś inny niż Anakin... ale to był Anakin, więc Obi-Wan przelał całą swoją siłę w otulanie Mocą pojazdu, który jego były uczeń starał się zmusić do posłuszeństwa. Chwilę później zgasły światełka kontrolne na pulpicie konsolety... a zaraz po nich reflektory. W ostatniej chwili, kiedy dawały jeszcze trochę blasku, obaj Jedi zobaczyli spieszącą im na spotkanie porośniętą drzewami powierzchnię gruntu. O spód pojazdu otarły się z chrobotem najwyższe gałęzie.
A później wyczerpane ogniwa energetyczne ostatecznie odmówiły posłuszeństwa.
– Anakinie? – Obi-Wan oderwał spojrzenie od niechronionej szyby pojazdu. – Skończył się nam czas.
Nie było co do tego wątpliwości. Obaj pogrążyli się w aktywnym transie, żeby powierzyć Mocy pozbawiony energii pojazd i spowolnić śmiertelnie szybkie tempo opadania. Powodując trzaski łamanych gałęzi, pojazd repulsorowy przedarł się przez pogrążone w całkowitej ciemności wierzchołki drzew, uderzył w gruby pień i raptownie skręcił w bok. Obaj Jedi, zakrwawieni i niemal ślepi, wykorzystali resztki sił, żeby utrzymać Moc wokół kadłuba pojazdu. To była jedyna bariera, jaka dzieliła ich od śmierci.
W końcu uderzyli w lanteebańską glebę i odbili się od niej jak kamyk od powierzchni wody spokojnego stawu. Huk rozsadzał im bębenki w uszach. Metal wyginał się i ze zgrzytem darł na strzępy. W pewnej chwili uderzyli w coś twardego – skałę, pień powalonego drzewa, a może brzeg odwadniającego kanału – po czym ich pojazd zaczął szaleńczo koziołkować. Pozbawiony energii silnik nie chciał zaskoczyć. Obaj Jedi obijali się jak kamyki w butelce.
W końcu po ostatnim koziołku i ogłuszającym zgrzycie przeciążanej durastali uszkodzony pojazd spoczął na lewej burcie, zakołysał się i znieruchomiał. Oszołomiony Obi-Wan siedział w ciszy z bolącą głową i równo oddychał. Czekał, aż uspokoi się szaleńczo bijące serce.
Przeżyliśmy, uświadomił sobie. Kto by w to uwierzył? Widocznie jesteśmy lepsi, niż mi się wydawało.
Dzwoniło mu w uszach, czuł metaliczny smak w ustach, miał krew na twarzy, rękach i nogach. Spoconą skórę chłodził podmuch świeżego, nocnego powietrza, wpadającego przez otwory i szczeliny w kadłubie pojazdu. Było zimne i czyste, nieskażone przez mieszkańców, inteligentnych czy też nie. Nie widział nic przez strzaskaną szybę, ale zdawał sobie sprawę, że wioska, którą wyczuli dzięki Mocy, znajduje się wiele kilometrów przed nimi. Coś wspaniałego. Kenobi po prostu uwielbiał przedzieranie się na piechotę w ciemności przez głuszę. Do pełni szczęścia brakowało mu tylko holocronu Sithów.
Przysięgam, następnym razem, kiedy Bail Organa powie, że ma dla mnie wiadomość od agenta Wywiadu i że chce mi ją przekazać, wyrzucę go z kabiny jego śmigacza, pomyślał.
Nie mniej oszołomiony Anakin zwisał bezwładnie na fotelu kierowcy. Niespodziewanie się roześmiał, beztrosko i z wyraźną ulgą.
– A zatem... Obi-Wanie... co takiego podoba ci się w twardych lądowaniach? – zapytał.
– Czy to nie ty kiedyś powiedziałeś, że każdy mężczyzna powinien mieć jakieś hobby? – odciął się starszy Jedi.
– Ja? Ależ skąd – odparł Anakin. – Przykro mi. To musiał być jeden z twoich byłych padawanów. – Młodszy Jedi znów się roześmiał. – Mówię poważnie, Obi-Wanie. Na razie masz na sumieniu katastrofę rakietowego skutera, gwiezdnego statku, a teraz także pojazdu repulsorowego. Jeżeli nie będziesz ostrożny, zaczniesz się cieszyć złą sławą.
Obi-Wan był zanadto obolały, żeby choć spróbować się ruszyć. Nie groziło im, że ich pojazd stanie w ogniu albo eksploduje, więc starszy Jedi oparł ciężką głowę o zagłówek zniszczonego fotela pasażera i postanowił się odprężyć.
– Odrzucam twoją hipotezę – oznajmił przesadnie poważnym tonem. – To nie ja doprowadziłem do katastrofy rakietowego skutera; maszynę zniszczyła eksplozja bomby. A jeżeli chodzi o roztrzaskany statek Baila, winę ponosi Sith. Co zaś się tyczy tego pojazdu... no cóż, właściwie jestem w nim tylko pasażerem, więc to oczywiste, że nie ponoszę żadnej odpowiedzialności za tę katastrofę.
Rozbawiony Anakin znowu wybuchnął śmiechem.
– Przyznaj się – powiedział. – Jesteś w tym wszystkim wspólnym mianownikiem, Mistrzu Kenobi.
– Niestety, to smutne, ale prawdziwe – przyznał Obi-Wan. – Może powinienem zakraść się na pokład okrętu flagowego Grievousa? Bo w końcu jaki jest sens dysponować tajemną mocą niszczenia latających machin, jeżeli się tego nie wykorzysta w słusznej sprawie?
– To dobry pomysł – przyznał Anakin. – Przypomnij mi, żebym zaproponował go Radzie, kiedy wrócimy do domu.
Kiedy wrócimy do domu, powtórzył w myśli Kenobi. Spoważniał i zamknął oczy. Do domu... Po tym, jak przeżyli zasadzkę Loka Durda, czekało ich następne wyzwanie. A nie sprostają mu, siedząc bezczynnie w ciemności.
Krok pierwszy: wydostać się z kabiny repulsorowego pojazdu.
Ostrożnie, wstrzymując oddech, poruszył się na pokiereszowanym fotelu. Poczuł ból, ale nie usłyszał chrzęstu złamanych kości ani nie zobaczył nagłego gejzeru krwi. Dzięki niech będą Mocy za niewielkie łaski, pomyślał.
– Musimy się stąd wydostać – powiedział. – Nadal jesteś w jednym kawałku?
– Chyba tak – odparł Skywalker. – A ty?
– Tak mi się wydaje.
Usłyszał ciche parsknięcie.
– W takim razie może powinniśmy wyjść i poszukać jakiegoś kasyna? – zaproponował Anakin.
– Zadowolę się skromnym domkiem i przyjaznymi twarzami tubylców – odparł Kenobi. Poruszając się ostrożnie, spróbował otworzyć drzwi od swojej strony. – Jestem uwięziony – powiedział. – Dasz radę otworzyć swoje drzwi?
Usłyszał szelest ubrania i stłumione przekleństwo Anakina, który szamotał się z drzwiami.
– Nie – odparł w końcu młodszy Jedi, rezygnując z dalszych starań. – Trzymaj się.
W ciemności rozbłysło błękitne światło, kiedy Anakin włączył klingę miecza świetlnego.
Obi-Wan rozpłaszczył się na drzwiach pasażera.
– Uważaj! – krzyknął. – Chyba nie chcesz przeciąć mnie tą klingą na dwoje!
Anakin cmoknął z dezaprobatą.
– Dlaczego miałbym to zrobić? – zapytał. – Zasłoń oczy. Za chwilę będą tu fruwać krople roztopionego metalu.
Powoli, ostrożnie, przeklinając ciasnotę kabiny pojazdu i krople stopionej durastali, których nie dał rady uniknąć, Anakin przeciął wgięty dach, a wreszcie posłużył się Mocą, żeby wygiąć na zewnątrz metalową płytę o rozżarzonych do czerwoności brzegach.
Poparzony tu i ówdzie Obi-Wan pokiwał głową.
– Brawo – pochwalił. – A teraz wydostańmy się z tej metalowej trumny. Ja pierwszy.
Chociaż raz Anakin uznał za słuszne się z nim zgodzić.
Wyłażenie z kabiny pojazdu repulsorowego aktywowało wszystkie siniaki, zadrapania i oparzenia po blasterowych strzałach na ciele Mistrza Jedi. Starając się ignorować ból, Obi-Wan wygramolił się z kabiny i odszedł na bok. Uniósł głowę i spojrzał w pozbawione księżycowego blasku niebo. Głęboko odetchnął czystym powietrzem i aż zadrżał z ulgi. Od razu zaczął szukać w Mocy niebezpieczeństw... ale niczego nie wyczuł. Ciekaw był tylko, czy rzeczywiście nic im nie zagrażało, czy też może pozostało mu zbyt mało sił, żeby cokolwiek wyczuć.
Pomagając sobie Mocą, Anakin wyskoczył z kabiny pojazdu i chwiejnie wylądował obok starszego towarzysza.
– Wydaje mi się, że na razie jesteśmy bezpieczni, Obi-Wanie – powiedział.
Kenobi pokręcił głową.
– Nic podobnego – zawyrokował. – Zamieszanie wśród Separatystów nie potrwa długo. Naszym śladem wyruszą wkrótce roboty, o ile już tego nie zrobiły. Nie musisz mieć kasyna, żeby się o to założyć.
– To oczywiste, że wyślą za nami roboty – zgodził się z nim Anakin, chociaż ton jego głosu dowodził, że nie jest o tym przekonany. – Tyle że nie mają pojęcia, w którą stronę odlecieliśmy. Będą szukać na oślep, Obi-Wanie. Szanse, że szybko nas znajdą – o ile w ogóle – są...
– A jeżeli Durd zwróci się z prośbą o pomoc do hrabiego Dooku?
– Durd nie ośmieli się powiedzieć Dooku o nas – stwierdził Anakin drwiącym tonem. – Musi trzymać wszystko w tajemnicy. Jeżeli tego nie zrobi, ryzykuje, że ktoś wręczy mu na tacy jego własną głowę.
– To prawda, ale nie możemy być tego pewni – przyznał Kenobi. – Nie powinniśmy liczyć na pomyślne zbiegi okoliczności. Musimy uważać. W naszej sytuacji przesadne zaufanie może łatwo okazać się zgubne w skutkach.
Wyczuł w Mocy zniecierpliwienie i irytację młodszego Jedi.
– Możliwe – odparł Anakin. – Równie szybko może nas jednak zabić brak pewności siebie i lękliwość zamiast...
– Lękliwość? – przerwał mu Obi-Wan. – Kto mówi, że się boimy? – Głęboko odetchnął, chociaż sprawiło mu to ból. Zachowaj spokój, nakazał sobie. Dobrze wiesz, jaki on jest. – Moim zdaniem powinniśmy działać rozważnie, Anakinie. Jest czas na śmiałe akcje i czas na mądrą ostrożność, a w naszej sytuacji powinniśmy raczej być ostrożni.
Odpowiedziała mu cisza, a po chwili Anakin lekko westchnął.
– Tak, to prawda – przyznał w końcu. – A zatem co chcesz zrobić?
– No cóż... – Obi-Wan podrapał się po brodzie i zrobił przegląd niewielu możliwych opcji. – Nie myliłeś się, twierdząc, że przynajmniej na razie okoliczności nam sprzyjają. Zwiększymy nasze szanse, ukrywając ten pojazd, a następnie udając się do wioski, do której lecieliśmy.
– Piechotą? – Tym razem Anakin ciężko westchnął. – Ta-a – mruknął. – Bardzo się cieszę. Właśnie doszedłem do wniosku, że jedyne, czego nam do szczęścia brakuje, to pęcherze na piętach.
Och, Anakinie, pomyślał Kenobi.
– Głowa do góry – powiedział. – Sytuacja zawsze może wyglądać gorzej.
– Ta-a, wiem – przyznał Anakin. – Czyżbyś nie słyszał, co powiedziałem? Pęcherze to jest to.
Ich sytuacja wcale nie była zabawna, ale Obi-Wan musiał się roześmiać. Niemożliwy do opanowania dobry humor Anakina i ironiczne podejście do każdej sytuacji były najmilszą cechą jego charakteru.
– Bierzmy się do roboty – zdecydował Kenobi. – Ten pojazd na pewno się sam nie ukryje.
Pracując w milczeniu ramię w ramię i posługując się Mocą, unosili i rzucali, i znów unosili i rzucali fragmenty pojazdu na posłanie z gałęzi drzew, przez które się przedzierali podczas katastrofy. Wymagało to morderczego wysiłku. Byli tak zmęczeni i poobijani, że wyczerpała się częściowo niezwykła potęga Anakina. Nie było jednak innego wyjścia.
Kiedy skończyli, pochylili się i oparli dłonie na kolanach. Oddychając z wysiłkiem, Anakin spojrzał na wrak.
– Nie wiem, czy to wystarczy, Mistrzu – zastanowił się. – Zamaskowany czy nie, ten piekielny wrak wygląda cały czas jak pojazd, a w okolicy nie ma dobrego miejsca, żeby go całkowicie ukryć przed obiektywem kamery przelatującego w pobliżu robota szpiegowskiego.
Obi-Wan oparł się o pień pobliskiego drzewa. Miał wrażenie, że na jego ciele nie istnieje miejsce, które by go nie bolało.
– Wiem – powiedział.
Anakin ostrożnie się wyprostował.
– Musimy go pociąć na małe kawałki – zdecydował. – Potem rozrzucimy je po okolicy i przysypiemy glebą, żeby nie odbijały promieni słońca.
Obi-Wan doszedł do wniosku, że nieograniczona pomysłowość byłego ucznia zawsze będzie robić na nim wrażenie.
– Dobry pomysł – pochwalił. – A skoro już mowa o promieniach słońca...
W oddali, na horyzoncie, cienka jasna linia rozlewała się jak plazma. Świt. Jeżeli mieli coś zrobić, musieli się pospieszyć. Nie wiedzieli, ile szpiegowskich robotów ich szuka ani jak długo potrwa, zanim któryś natknie się na miejsce katastrofy. Odpięli świetlne miecze, zapalili klingi i posiekali wrak repulsorowego pojazdu na kawałki. Na koniec posłużyli się Mocą, żeby je rozrzucić po okolicy i zamaskować.
A po wszystkim, ignorując możliwość pojawienia się szpiegowskich robotów, padli na niegościnny grunt.
– Obudź mnie za rok o tej samej porze – mruknął Anakin, rozciągnął się jak długi i zamknął oczy w brudnej, usmarowanej krwią twarzy.
Leżąc ze skrzyżowanymi nogami na posłaniu z suchych liści i żwiru, Obi-Wan przyłożył czubki palców do bolących skroni.
– Bardzo bym chciał – powiedział. – Ale nie możemy tu długo zostać, Anakinie.
– Wiem. – Młodszy Jedi westchnął. W coraz jaśniejszym blasku dało się zauważyć głębokie rozcięcie i fioletowy siniak na policzku. Robocze ubranie Anakina było podarte i okropnie brudne. Skywalker musiał oszczędzać prawy bark. Na boku miał głęboką oparzelinę w miejscu, w którym musnęła go błyskawica blasterowego strzału. – Ja tylko... – Otworzył jedno oko. – Pozwól mi złapać oddech.
Anakin nigdy, przenigdy nie przyznawał się do wyczerpania. Zaniepokojony Obi-Wan obrzucił go czujnym spojrzeniem. Chyba nie był aż tak zmęczony od czasu Mariduna, pomyślał.
– Dobrze. W porządku. Kilka minut – powiedział. – Ale później musimy się stąd wynieść.
Jedi uczyli się od dziecka, że z Mocy można korzystać, ale nie wolno jej nadużywać. Wiedzieli także, że jeżeli korzysta się z niej rozsądnie, Moc zapewni im dobre samopoczucie i wzmocni ich energię. Moc powinna uzupełniać jej ubytki, dawać siłę i łagodnie pouczać.
Naturalnie kluczowym słowem jest tu „rozsądnie”, pomyślał Kenobi. Jeżeli Anakin i ja...
Czuł się, jakby zaraz miał się rozlecieć na kawałki. Z Mocy nie powinno się nigdy korzystać tak, jak oni to robili w ciągu tych kilku dni. Albo nawet ostatnich miesięcy. Prawdę mówiąc, od wybuchu wojny.
Bail miał rację, pomyślał. Jesteśmy istotami z krwi i kości, nie maszynami. Nie możemy tak postępować cały czas. Któregoś dnia cena okaże się po prostu zbyt wysoka, żebyśmy mogli ją zapłacić.
– Hej – odezwał się Anakin. – Dobrze się czujesz?
Obi-Wan usiadł prosto, krzywiąc się przy tym.
– Chcesz znać prawdę? – zapytał. – Bywało, że czułem się lepiej. Anakinie...
– Ta-a, wiem – mruknął zrezygnowanym tonem młodszy Jedi. – Musimy się stąd wynosić. – Zgiął nogi w kolanach – Niech to zaraza – zaklął. – Siniak na siniaku.
– U mnie też – przyznał Kenobi, pozwalając sobie na okazanie odrobiny współczucia. – Kiedy zaczniemy się ruszać, poczujemy się lepiej.
– Jasne. – Anakin obrzucił go kpiącym spojrzeniem. – Kim była ta osoba, która nadała ci przydomek „Negocjator”? Bo według mnie nie sprzedałbyś wody człowiekowi ginącemu z pragnienia.
Obi-Wan się uśmiechnął.
– Tak uważasz? – powiedział. – To naprawdę zabolało.
– Przepraszam – mruknął Anakin. – Ale w tej chwili jedyną rzeczą, która mogłaby poprawić mi humor, jest...
– Co takiego?
– Głowa Loka Durda na tacy.
Czy Obi-Wanowi się zdawało, czy też Anakin chciał powiedzieć coś innego? Trudno było zgadnąć, bo młody Jedi osłonił oczy przedramieniem.
– Dopadniemy go, Anakinie – odezwał się cicho Kenobi. – Dni generała Durda są policzone.
– Dni każdego z nas są policzone, Obi-Wanie. Nawet Yoda nie będzie żył wiecznie. Chodzi o to, że pokpiliśmy sprawę. Ja ją pokpiłem. Zaufałem Bant’enie... namówiłem cię, żebyś i ty jej zaufał... a teraz spójrz, gdzie się znaleźliśmy. – Usiadł i potarł dłonią twarz. – Powinniśmy byli wysadzić to laboratorium w powietrze, kiedy mieliśmy okazję. Trzeba było puścić tę parszywą broń biologiczną z dymem.
Obi-Wan czuł się paskudnie, wiedząc, jak bardzo rozczarowany i zły na siebie jest Anakin.
– Nie bądź na siebie taki wściekły, Anakinie – powiedział. – Kierowałeś się uczuciami. Przekonywałeś mnie do tego, co twoim zdaniem było najlepsze. Nie masz się czego wstydzić.
– Nie? – Anakin miał oczy nabiegłe krwią ze zmęczenia i z napięcia. – Obi-Wanie, zawierzając tej kobiecie, o mało nie zginęliśmy. Miałeś rację. Przypominała mi moją matkę, a ja pozwoliłem, żeby mnie to zaślepiło. Przepraszam.
Anakin był dumny i bardzo młody, i nie znosił przyznawać się do winy. Ważne było jednak, że mimo wszystko się do niej przyznał. Może nie bezpośrednio, ale jednak...
Lepiej późno niż wcale, pomyślał Kenobi.
Wzruszył ramionami.
– To w tej chwili bez znaczenia – zawyrokował. – Liczy się tylko, że nie wykonaliśmy zadania. Uważam jednak, że jeśli się pospieszymy, cały czas mamy szansę pokrzyżować plany Durdowi, zanim posłuży się tą bronią. Jest nawet szansa, że go ponownie schwytamy.
Anakin uniósł brwi i rozejrzał się po okolicy. Rzeczywiście znajdowali się na zupełnym pustkowiu. Nie było słychać śpiewu ptaków, nie widzieli przelatujących śmigaczy ani pojazdów repulsorowych. Nie wyczuwało się obecności nawet najbardziej szczątkowych, mało inteligentnych form życia. W okolicy panowała absolutna cisza. Tylko z bardzo daleka, spoza granicy świadomości, napływał w Mocy ślad istnienia wioski, do której starali się dolecieć. Uciekinierzy nie mieli jedzenia, wody, komunikatorów ani środka transportu. Nie mieli także broni, jeżeli nie liczyć świetlnych mieczy. Nie mogli liczyć na pomoc sojuszników ani na jakiekolwiek wsparcie.
– Jest jak jest – dodał po chwili Kenobi. – Nie powiedziałem, że to będzie łatwe.
Anakin się skrzywił.
– Bez żartów – powiedział. Wstał z wysiłkiem i spojrzał na swoje stopy. – Obi-Wanie, jesteśmy w poważnych tarapatach.
– Wiem – przyznał Kenobi.
– Znajdziemy jakieś wyjście? – ciągnął młodszy Jedi. – Może i tak. Kiedyś jednak przyjdzie dzień, że go nie znajdziemy. – Anakin wyciągnął rękę do Mistrza. – Ale przecież ty to wiesz, prawda?
Obi-Wan chwycił dłoń Anakina, żeby wstać.
– Wiem – powiedział. – Ale ten dzień jeszcze nie nadszedł.
Na krótką chwilę Anakin przestał być generałem Skywalkerem, Wybrańcem, pogromcą Separatystów i bohaterem Republiki. Znów stał się małym chłopcem, który w noc pogrzebu Qui-Gona szukał wsparcia u obcej osoby.
– Obiecujesz? – zapytał.
Obi-Wan poklepał byłego ucznia po zdrowym ramieniu.
– Obiecuję – powiedział. – A teraz się stąd wynośmy.
 
Idąc stałym tempem, dotarli do końca nieużytków i natknęli się na ferrobetonową drogę – wąską, ale nieźle utrzymaną. Nie było na niej widać żadnego pojazdu. Moc zachęciła ich, żeby skręcili w lewo, więc usłuchali i szli dalej. Niemal całkowicie bezdrzewny krajobraz był spalony przez słońce, a rzadka roślinność wyglądała na wyschniętą. Z informacji przekazanych przez agentkę Varrak z Brygady do Specjalnych Operacji wynikało, że panowała tu susza, a oni oglądali na własne oczy jej dowody. W wielu miejscach znajdowały się kiedyś pola uprawne, ale teraz nic tam nie rosło. Tu i ówdzie było widać rozwleczone suche kości i resztki skóry, co dowodziło, że kiedyś pasły się tu udomowione zwierzęta. Pewnie panował tu kiedyś dobrobyt, teraz utracony, i to prawdopodobnie na zawsze, zwłaszcza jeżeli Lanteeb nie uwolni się od hrabiego Dooku i Sithów.
Minęła godzina, a po niej druga i następna. Słońce wspinało się coraz wyżej po bladym bezchmurnym niebie, a otaczający ich teren wznosił się i opadał jak zamarznięte fale. Cały czas świadomi niebezpieczeństwa, obaj Jedi przepowiadali sobie swoje fałszywe życiorysy i wypytywali się nawzajem o szczegóły, dopóki nie opanowali bezbłędnych odpowiedzi. Byli zmęczeni, więc mogli niewłaściwie odczytywać podszepty Mocy. W wiosce przed nimi mogli przecież stacjonować Separatyści, a jeżeli tak rzeczywiście było, pierwszy błąd któregokolwiek z Jedi mógł być zarazem ostatnim.
– No dobrze – odezwał się w końcu Obi-Wan. – Wystarczy. Wątpię, żebyśmy w pośpiechu zapomnieli o jakimś szczególe naszych nowych biografii.
– Raczej nie zapomnimy – zgodził się z nim Anakin. – Jestem całkiem pewny, że będę śnić o Teebie Marklu nawet po dziewięćdziesiątce.
Jeżeli dożyję takiego wieku, ja też będę o nim z radością śnić, uznał Kenobi.
– Mniej więcej właśnie o to chodzi – powiedział głośno.
Omijając niewielki wybój w ferrobetonowej nawierzchni, Anakin zmrużył oczy i popatrzył w dal.
– Niech to szlag – mruknął. – Myślałem, że to miraż, ale to chyba jednak rzeczywistość.
Obi-Wan także spojrzał w tamtą stronę.
– Tak, zaczynają się wzgórza – powiedział.
Sfrustrowany Anakin aż podskoczył.
– Po prostu cudownie – parsknął. – Idziemy tyle godzin, a teraz będziemy musieli się wspinać?
– To małe pagórki – odparł Obi-Wan, patrząc na młodszego Jedi. – Wiesz, cieszę się, że nie ma tu z nami Ahsoki. Twoje narzekanie nie stanowiłoby dla niej dobrego przykładu. A gdyby mógł cię słyszeć Rex...
Niezadowolony Anakin zamknął usta i maszerował dalej, hodując bąble i ignorując ból, głód i pragnienie. Cały czas współpracując z Mocą, obaj – choć wyczerpani – pozostawali czujni na pierwsze oznaki zagrożenia. Droga była najwidoczniej nieuczęszczana, nigdzie nie widać było także oznak aktywności robotów. Nie jeździły tędy powozy, nie latały nad nią ruchome kamery systemu bezpieczeństwa ani nie maszerowały uzbrojone pododdziały. Ta sytuacja mogła jednak w każdej chwili ulec zmianie, zwłaszcza jeżeli wioska przed nimi przedstawiała dla Separatystów jakąś wartość. Jej nieuzbrojoną ludnością łatwo mogło rządzić najwyżej kilka robotów. Od wybuchu wojny obaj Jedi spotkali się z tym na Naboo i na kilkunastu większych planetach.
Po jakimś czasie Anakin zaczął zwalniać, aż w końcu się zatrzymał.
– Czujesz to? – zapytał. – Wydaje mi się, że ta wioska znajduje się po drugiej stronie tego pagórka, jak go określiłeś.
Obi-Wan stanął obok niego i pokiwał głową. Od wioski dzieliło ich nie więcej jak kilka kilometrów. Moc podpowiadała, że zamieszkujące tam inteligentne istoty są czymś bardzo zajęte. Nie wyczuwało się strachu, cierpienia ani poczucia zagrożenia. Był tam tylko beznadziejny, omywający wszystko smutek, przetykany wyraźnymi nićmi troski.
– To jeszcze nie oznacza, że nasze kłopoty się skończyły – stwierdził Anakin, rozglądając się. – Przy naszym szczęściu nie zdziwiłbym się, gdyby w wiosce roiło się od robotów separańców. Jeżeli tak, to jak chcesz się z nimi uporać?
– Ostrożnie – odparł Kenobi. – Jestem przekonany, że jeżeli będziemy się trzymać naszych historii, roboty nie będą miały powodu do podejrzeń.
– Chyba że zostały uprzedzone, że możemy się tam pojawić.
I ty nazywasz mnie pesymistą? – pomyślał Kenobi, ocierając spoconą twarz podartym i brudnym rękawem.
– Mało prawdopodobne – zawyrokował. – Sam powiedziałeś, Anakinie, że Durd będzie się starał za wszelką cenę zataić przed Dooku fakt naszej ucieczki.
Anakin westchnął i przycisnął pięści do obolałego kręgosłupa.
– Miejmy nadzieję, bo żaden z nas nie jest zdolny do stoczenia następnej walki – powiedział.
– Jeżeli rozegramy to sprytnie, nie będzie takiej potrzeby – odparł Kenobi. – Jesteśmy skromnymi robotnikami, którzy wracają na rodzinną planetę po wielu latach spędzonych w galaktycznej głuszy, pamiętasz? Z naciskiem na określenie „skromnymi”.
– Ta-a – mruknął Anakin i powiódł spojrzeniem po pofałdowanym, pustym terenie. – To wszystko nie ma sensu – ciągnął. – Dlaczego ktoś miałby zakładać wioskę na takim pustkowiu? Więcej form życia można spotkać na Pustkowiach Jundlandii. Tam przynajmniej wędrują stada dzikich banth. A tu? Nie ma nic oprócz uschniętych drzew i spalonej przez słońce trawy.
– Nie wiem – odparł bezradnie Kenobi.
Anakin posłał mu zirytowane spojrzenie.
– Nie jesteś ciekaw? – zapytał.
Och, na litość, pomyślał starszy Jedi.
– Tak, Anakinie, jestem bardzo ciekaw, ale nie mam energii, żeby się teraz nad tym zastanawiać – powiedział. – Oznacza to, że na razie nie będę o tym myślał... naturalnie jeżeli nie masz nic przeciwko temu.
Jakiś czas szli w milczeniu.
Po przejściu mniej więcej trzech kilometrów dotarli do stóp wzgórz. Zrezygnowani, patrząc pod nogi, zaczęli się wspinać. Szybko się spocili i dostali zadyszki, a siniaki, otarcia i oparzenia po blasterowych strzałach dawały o sobie znać dotkliwym bólem. Wykorzystując Moc, żeby im pomagała, czuli, że płynie jak ogień w ich żyłach. Nie zwracając uwagi na ból, wspinali się coraz wyżej, aż w końcu stanęli na płaskim wierzchołku wzgórza.
W dole pod nimi mężczyźni i kobiety krzątali się w promieniach bezlitosnego słońca... a cel założenia wioski w takim miejscu stał się od razu oczywisty.
– To kopalnia damotytu – oznajmił Anakin, wskazując chroniony przez potężne pole siłowe szyb i otwór w gruncie na prawym skraju osady. – Mam rację?
To była rzeczywiście kopalnia, jeżeli informacje Bant’eny Fhernan były wiarygodne. Ten fakt zresztą wyjaśniał izolację wioski. Nierafinowany damotyt był tak toksyczny, że w zasięgu oddziaływania trucizny po prostu nie powinny się znajdować żadne inne osady.
Obi-Wan westchnął.
– Wykazałem się tępotą – powiedział. – Powinienem był sobie uświadomić, że natkniemy się tu na kopalnię.
– Ta-a, no właśnie – odparł Anakin. – Zawsze uważałem, że masz źle w głowie, ale po prostu nie chciałem ci tego mówić.
Akurat, pomyślał starszy Jedi, i osłaniając oczy, spojrzał w dół, na wioskę. Nie dostrzegł żadnego Separatysty, przynajmniej na otwartej przestrzeni. Zauważył za to kilka starych pojazdów naziemnych, kursujących w obie strony między wioską a kopalnią, a także kilka repulsorowych czółen. Zwrócił uwagę na skupisko chat po lewej stronie osady. Między pozostałą częścią wioski a kopalnią widać było zabudowania, które wyglądały jak niewielka fabryka. Z rzędu niskich kominów unosiły się pasemka bladego dymu. Czy to tam dokonywano rafinacji surowego damotytu przed wysłaniem go na sprzedaż? Prawdopodobnie tak. Obok fabryki stał magazyn, a za nim niewielka prymitywna siłownia i system nawadniania gruntu. W oddali widać było dwa skrawki obsianych pól; jaskrawozielone, żółte i czerwone plamy ostro kontrastowały z wszechobecnym ponurym brązem spalonej gleby. Na pobliskim spłachetku zieleni pasło się stadko zwierząt hodowlanych. Pozostałe budynki wzniesiono po trzech stronach placu, który wyglądał na centralne miejsce zgromadzeń. Kilkoro dzieci grało tam w piłkę, a jeżeli wzrok ich nie mylił, nigdzie nie było widać robotów bojowych...
– Czy ta wioska jest bezpiecznym miejscem? – zagadnął nagle zaniepokojony Anakin. – Wydaje mi się, że tak. Wyczuwasz jakieś zagrożenie?
– Nie, nic. Chodźmy dalej. Nie możemy pozostać na otwartej przestrzeni.
Byli tak wykończeni, że schodząc po zboczu wzgórza, co chwila się potykali. Starali się trzymać blisko skraju drogi, żeby nie najechał na nich od tyłu żaden pojazd. Wpatrując się w wioskę, w której spodziewali się znaleźć schronienie, wykorzystywali każdą sztuczkę Jedi, żeby nie upaść.
Bez przeszkód dotarli do granicy wioski. Przeszli obok kopalni i rafinerii, dopiero jednak kiedy znaleźli się na centralnym placu, zauważyły ich grające w piłkę dzieci. Rozbiegły się, żeby wezwać starszych. Wkrótce główną ulicą podleciało do nich repulsorowe czółno, kierowane przez wysoką, szczupłą kobietę w workowatej brązowej tunice, spodniach i butach z syntetycznej skóry. Nieznajoma siwe włosy przewiązała spłowiałą czerwoną wstążką. Zatrzymała czółno tuż przed nimi, żeby uniemożliwić im dalszą wędrówkę.
Obrzuciła obu Jedi bystrym, podejrzliwym spojrzeniem. W ręku trzymała długą fajkę.
– Czego tu szukacie? – zapytała.
Obi-Wan głęboko odetchnął. Mamy być pokorni... bardzo pokorni, przypomniał sobie. Nie możemy wzbudzić podejrzeń.
– Pomocy – powiedział żałosnym, piskliwym głosem. – Prosimy cię, Teebo. Mój kuzyn i ja potrzebujemy twojej pomocy.

Star Wars: Wojny Klonów: Gambit #2 - Oblężenie

Autor: Karen Miller
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 12/2010
Tytuł oryginalny: Star Wars: Clone Wars Gambit: Siege
Rok wydania oryginału: 2010
Liczba stron: 416
Format: 125x190 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324138340
Wydanie: I
Cena z okładki: 37,80 zł


blog comments powered by Disqus