Fragment #1 z książki "Star Wars: Wojny Klonów: Gambit #1 - Misja na Lanteeb"

Autor: Karen Miller

Rozdział 1

Zdaniem Ahsoki Tano gorsze od ugrzęźnięcia po same pachy w morzu robotów bojowych było tylko czekanie, aż ugrzęźnie w nim po same pachy. Nienawidziła czekać. Wyglądało jednak na to, że wojna składa się głównie z czekania – oprócz oczywiście stawania oko w oko ze śmiercią.
Nie boję się! – powtarzała sobie w myśli. Nie boję się, nie boję się, nie bo…
 
Stała na mostku „Nieposkromionego”, jednego z krążowników nowej generacji, wyprodukowanych przez stocznie na Allan¬teen VI; „Zdecydowany” został wycofany z floty na czas remontu. Allanteeńskie krążowniki były szybsze i bardziej zwrotne – a to wszystko dzięki talentowi jej Mistrza do… zaraz, zaraz, jak nazywał to ten facet w stoczni? Ach, tak: majsterkowanie. Dzięki drygowi Anakina do majsterkowania nowe statki biły na głowę pierwsze republikańskie krążowniki, które rzucono na początku tej wojny przeciwko Dooku i jego Sojuszowi Separatystów.
 
Te różnice nie przeszły w armii bez echa. W wojsku dyskutowano o nich wszędzie i przy każdej okazji – na odprawach, a nawet w polu walki; były tematem rozmów w mesach i kantynach. Walczący na froncie Jedi również o nich rozprawiali. Każdy, kogo los był w jakiś sposób związany z potężnymi wojennymi okrętami Republiki, wiedział, że ich szanse na przetrwanie wzrosły dzięki Rycerzowi Jedi Anakinowi Skywalkerowi, który lubił majdrować przy silnikach – w przerwach między spuszczaniem łomotu Separatystom.
Anakin…
 
Tak teraz nazywała go w myślach – po długich, ciężkich miesiącach spędzonych na walce u jego boku. Uczyła się od niego, chroniła go, a on chronił ją. Nigdy jednak nie śmiałaby nazwać go tak głośno. Nie mogłaby. Sam pomysł mówienia o nim „Anakin” wydawał jej się większym uchybieniem niż nazywanie go głupawym przydomkiem, który mu wymyśliła. „Rycerzyk” był słowem poufałym, ale nie… zażyłym.
 
Bo używanie imion świadczyło o zażyłości, sugerowało, że traktuje się kogoś jak równego sobie. A ona nie dorastała swojemu Mistrzowi do pięt. Co więcej, przypuszczała, że nigdy nie zdoła tego dokonać. Była przeświadczona, że nieważne, jak bardzo by się starała, jak ciężko by pracowała – nawet kiedy przejdzie próby i zostanie pasowana na Rycerza, nigdy nie dorówna mu jako Jedi.
To przecież niemożliwe! – upomniała się w myśli. On jest Wybrańcem. Potrafi dokonywać rzeczy niemożliwych.
 
Zerknęła na niego ukradkiem: Skywalker stał na drugim końcu mostka „Nieposkromionego”, pogrążony w cichej rozmowie z Mistrzem Kenobim i admirałem Yularenem. Ahsoka wyciszyła na chwilę zmysły i przygotowała się do ostrożnego wysondowania go Mocą. Chciała się dowiedzieć, jakie myśli kłębią się za tą starannie kultywowaną maską spokoju. To nie jest wścibstwo, usprawiedliwiła się sama przed sobą. Nie szpiclowała. To po prostu jeden z jej obowiązków jako padawanki – upewnić się, że z jej Mistrzem wszystko w porządku. Musiała być nieustannie wyczulona na nastrój Anakina, żeby lepiej przewidywać jego oczekiwania i lepiej mu służyć. Odkąd dołączyła do niego na Christophsis, straciła już rachubę, ile razy udało im się wygrać czy po prostu przetrwać tylko dzięki temu, że uważnie śledziła jego nastawienie i reakcje. Wciąż żyli. Chociaż była bardzo młoda i ciągle się uczyła, potrafiła zrobić użytek ze swoich umiejętności. I była w tym dobra.
 
Było też coś jeszcze. Kiedy została przydzielona na padawana Mistrza Skywalkera, obiecała sobie: „Nie dam Wybrańcowi umrzeć”.
Wokół załoga mostka wypełniała ochoczo i rzetelnie swoje obowiązki. Panowała cisza. Nikt nie ośmielał się rozmawiać w obecności admirała. Kiedy Yularena nie było w pobliżu, oficerom zdarzało się poplotkować; czasem pozwalali sobie nawet na żarty czy spekulacje na temat wojny. Nie było w tym nic sprzecznego z regulaminem; ot, zwykłe, nieszkodliwe pogawędki dla zabicia nudy dni takich jak ten, kiedy czekali na przydział misji, a za iluminatorami nic nie zapowiadało pojawienia się statków wroga ani nadchodzącej bitwy.
 
W tle brzęczały i szumiały cicho wszystkie skomplikowane systemy, dzięki którym te potężne wojenne okręty funkcjonowały. Ahsoka słyszała, jak czujniki sondują przestrzeń wokół statku, wielofazowe duodiody wysyłają sygnały, kryształy o złożonej strukturze regulują sprzężenia, quasi-świadome roboty nawiązują połączenia i… i w ogóle. Tyle tu tego wszystkiego było! A ona nie rozumiała z tego prawie nic. Potrafiła co prawda radzić sobie z zawiłościami komputerowych łączy, ale nie miała zupełnie drygu do całej tej zabawy w mechanikę, wszystkich tych nitów, sworzni i kabelków. Kiedy budowała swój miecz świetlny, prawie rozkwasiła sobie nos. Za to Anakin… Pośród maszyn czuł się jak ryba w wodzie. Uwielbiał je.
Stop! – przywołała się do porządku. Musiała się skupić, nie mog¬ła sobie pozwolić na filozofowanie. Teraz jej zadaniem było ustalenie nastroju Anakina. Dzięki temu sprosta jego oczekiwaniom, kiedy wreszcie odbiorą wiadomość, na którą tak długo czekali… i ustalić jaką obrać strategię. Z czasem radzenie sobie z silnymi emocjami targającymi jej Mistrzem stało się rutyną, jednym z obowiązków padawanki – ale w miarę jak wojna nabierała tempa, wydawało się jej to coraz trudniejszym zadaniem.
 
Anakin bardzo to wszystko przeżywał – czasem aż za bardzo. Cóż, może właśnie takie były skutki uboczne posiadania najwyższej dawki midichlorianów w całej historii Jedi? Może taka była cena? Wyjątkowa wrażliwość czyniła go w oczach innych kimś niezwykłym. Taka wrażliwość… musiała też boleć.
Nie żeby zbyt silne uczucia w czymś przeszkadzały – przynajmniej Anakin tak uważał, zresztą ona właściwie też. W każdym razie na pewno nie tak często, jak się to niektórym zdawało. Na przykład taki Mistrz Kenobi: często zdarzało mu się strofować swojego byłego padawana za bezmyślne narażanie się na ryzyko, za ośli upór, za zbytnie przejmowanie się pewnymi rzeczami i brak ostrożnego dystansu, który powinien cechować każdego Jedi.
 
Prawdę mówiąc, czasem po cichu przyznawała mu rację. Bywało też, szczególnie kiedy Anakin napędził jej naprawdę porządnego stracha albo kiedy było z nim szczególnie trudno wytrzymać, że sama miała ochotę na niego nakrzyczeć. Była jednak tylko padawanem, więc musiała znaleźć inny sposób, jak dać swojemu Mistrzowi do zrozumienia, że przebrał miarkę. Właśnie dlatego zdarzało się jej pyskować albo wymyślać przezwiska, o których wiedziała, że naprawdę mu dopieką. Od czasu do czasu pozwalała sobie nawet na jawne lekceważenie jego poleceń. Robiła co mogła, żeby tylko wyciągnąć go z czarnego bagna frustracji albo oderwać od jakichś ponurych wspomnień, którymi nie chciał się z nią dzielić. Wszystko, byle tylko go zmitygować, jakby chciała w ten sposób powiedzieć: „Hej, a co to niby ma znaczyć? No nie, to nie był najlepszy pomysł!”
Mimo to zwykle zachowywała swoje obawy dla siebie, bo właś¬nie cała ta pasja i oddanie, z jakim Mistrz walczył o sprawę, jego niezrównana odwaga, głód zwycięstwa i niechęć do złożenia broni czyniły go tym, kim był: Anakinem Skywalkerem. Nie byłby sobą bez targających nim emocji. Ahsoka rozumiała to i godziła się z tym – nieważne, co świątynne nauki mówiły o Jedi i uczuciach.
Co więcej, w głębi duszy podejrzewała, że mimo wiecznych połajanek Mistrz Kenobi także dobrze o tym wie. Ganił Anakina tylko dlatego, że się o niego martwił.
Cóż, najwyższy czas, żeby sprawdzić, co też zaprząta głowę jej błyskotliwego i czasem niezrównoważonego nauczyciela.
Ahsoka przymknęła oczy, westchnęła cicho i pozwoliła, żeby jej zmysły Jedi delikatnie dotknęły umysłu Anakina.
Zniecierpliwienie. Troska. Ulga. Samotność. Znużenie. I głęboki żal, nie do końca zaleczony.
Kłębiło się w nim tyle emocji! Przytłaczał go jakiś niewyobrażalny ciężar. Miesiące okrutnej wojny sprawiły, że padawanka czuła się wyczerpana i otępiała, ale Anakin znosił to wszystko jeszcze gorzej. Był generałem i dowodził niezliczonymi zastępami żołnierzy, którzy powierzali mu swoje życie i pokładali w nim zaufanie. Każdego ciężko rannego i zabitego traktował jak osobistą porażkę. Potrafił wiele wybaczyć – wszystkim, ale nie sobie. Każda strata podsycała tylko jego gniew na samego siebie za to, że nie spełnił wyznaczonych sobie standardów.
 
Ahsoka przygryzła wargę. Czuła się okropnie bezsilna. Nie miała pojęcia, co zrobić, żeby mu choć trochę ulżyć. Nie potrafiła ukoić jego żalu za klonami, które poległy pod jego rozkazami, ani za cywilami, których nie zdołał uratować. Nie mogła zdjąć z jego barków ciężaru zmęczenia ani odesłać go na Coruscant, gdzie zawsze poprawiał mu się humor. Nie mogła też mu obiecać, że ta wojna wkrótce zakończy się zwycięstwem Republiki.
Cóż, pocieszała się, przynajmniej ma przy sobie Mistrza Kenobiego. Wiedziała, że to mu trochę pomaga. Widać było, że ta dwójka dobrze się czuje w swoim towarzystwie. Nieważne, w jakie akurat wpadli tarapaty – Anakin i Mistrz Kenobi nigdy nie tracili animuszu i zawsze potrafili znaleźć coś, z czego można się było pośmiać, łagodząc napięcie w trudnej sytuacji. Ci dwaj ufali sobie bezgranicznie. Wierzyli w siebie nawzajem bez zastrzeżeń. A teraz, kiedy Anakin nie był już padawanem generała Kenobiego, byli sobie równi. Za to Ahsoka czuła się przy nich odrobinę… zbędna.
Czy kiedykolwiek będzie mnie traktował tak samo? – pomyślała tęsknie. Czy obdarzy mnie kiedyś takim zaufaniem jak Obi- -Wana?
Kiedy otworzyła oczy, zobaczyła, że Anakin przygląda się jej uważnie. Chociaż z całych sił starała się zachować dyskretnie, pewnie i tak wyczuł, że go sonduje. Wstrzymała oddech, spodziewając się reprymendy. Anakin nie znosił, kiedy to robiła.
Jednak bura nie nadeszła. Zamiast tego jej Mistrz uniósł z lekkim rozbawieniem brwi. W jego zmęczonych oczach ze zdziwieniem dostrzegła iskierkę aprobaty. Odruchowo wzruszyła ramionami – właściwie był to tylko nerwowy tik, ledwie drgnięcie barku – a jej usta ułożyły się w lekki, niekontrolowany uśmiech mówiący: „To było silniejsze ode mnie”.
 
Anakin zaczerpnął powietrza, jakby zamierzał coś powiedzieć, ale nagle uniósł gwałtownie głowę. Tak samo Mistrz Kenobi. Chwilę później ona też to poczuła: ostre, niemal bolesne mrowienie spowodowane napięciem w Mocy. Czuła, że coś się zaraz wydarzy… Nie minęło wiele czasu, a oficer łączności wyprostowała się w fotelu i przycisnęła palcem słuchawkę komunikatora w uchu.
– Sir… – zaczęła.
Admirał Yularen, szczupły mężczyzna o ruchach drapieżnika, ostrzeżony przez reakcję Jedi, jednym susem dopadł do stanowiska łączności.
– Porucznik Avrey, co się dzieje?
Palce drobnej, jasnowłosej pani oficer zatańczyły na panelu komunikatora. Po chwili wyraz skupienia na jej twarzy ustąpił odprężeniu i kobieta kiwnęła z zadowoleniem głową.
– Sir, mamy wiadomość od Rady Jedi. Priorytet Alfa.
– Nagranie czy transmisja w czasie rzeczywistym?
Porucznik sprawdziła status.
– Nagranie, sir. Wysłane systemem krótkoimpulsowym, wielowątkowo, potrójnie kodowane.
Priorytet Alfa. Ahsokę przeszedł dreszcz. Wstrzymała oddech, wyostrzając zmysły do maksimum. To było to! Na tę właśnie wiadomość czekali od długich godzin, zawieszeni bezczynnie na tym odludziu, w pustce między Obszarem Ekspansji a Środkowymi Rubieżami, całe parseki od przyczółków cywilizacji.
O to chodziło!
Yularen szybko skinął głową z poważną miną.
– Świetnie, pani porucznik. Mistrzu Kenobi?
– Odbierzemy w bojowym centrum operacyjnym, admirale – odparł Kenobi spokojnym, beztroskim tonem, jakby transmisje o priorytecie Alfa były rutynowymi raportami, odbieranymi przez niego codziennie, a nie komunikatami najwyższej wagi.
Ahsoka spojrzała na niego spode łba. Chociaż wiedziała, że takie emocje nie przystoją Jedi, zazdrościła Kenobiemu. Pewnego dnia będę tak samo niewzruszona jak on, postanowiła sobie.
– Mistrzowie… – zaczęła.
– No właśnie, padawanko Tano – nie dał jej dokończyć Anakin. – Mówiąc „my”, mamy na myśli także ciebie. Na co czekasz?
Ugryzła się w język, zanim zdążyła palnąć: „Na zaproszenie”. Czasem trudno było się oprzeć podobnej ripoście. A Anakin na dobrą sprawę sam się teraz o nią prosił. Mimo to zdołała się powstrzymać; nie była już tą targaną wątpliwościami, pyskatą padawanką, przydzieloną Skywalkerowi w środku wojennej zawieruchy na Christophsis. Zmieniła się. Dorosła. Złośliwe uwagi w chwilach takich jak ta nie były wcale śmieszne. Były niepotrzebne i w niczym nie pomagały; wręcz przeciwnie – wyprowadzały tylko jej nauczyciela z równowagi.
Nauczyła się tej lekcji od kapitana Reksa.
– Pani porucznik? – odezwał się Yularen. Ahsoka z podziwem zauważyła, że jest prawie tak samo spokojny jak Mistrz Kenobi. – Proszę skontaktować się z kapitanami „Pioniera” i „Nieba Coruscant”. Niech czekają na rozkazy w gotowości bojowej.
– Tak jest, panie admirale – odpowiedziała pani oficer. Na jej kredowobladą twarz powróciły kolory. Cała załoga mostka podwoiła czujność. Przefiltrowane niezliczoną ilość razy powietrze zgęstniało od pełnego napięcia oczekiwania.
Yularen uśmiechnął się zdawkowo do Anakina i Obi-Wana.
– Prowadźcie, panowie – powiedział.
 
Ahsoka nie bez wysiłku przywdziała maskę pozornej obojętności, pomstując w duchu na Moc, dzięki której Anakin i Mistrz Kenobi bez trudu mogli przejrzeć ją na wylot. Kiedy Jedi i admirał ją minęli, ruszyła za nimi. Miecz świetlny obijał jej się lekko o biodro w rytm kroków. W ustach zaschło jej ze zdenerwowania, co wprawiało ją w zakłopotanie. Od rozpoczęcia tej wojny uczestniczyła w niezliczonych bitwach, nie powinna się więc tak przejmować. A jednak… Ciało nie chciało jej słuchać – czuła ucisk w gardle, a serce łomotało jak spłoszony ptak. Między łopatkami w dół pleców spływały krople zimnego potu.
Wkrótce staniemy do walki, uprzytomniła sobie. Jeden mój fałszywy krok może zabić Anakina.
– Ahsoka? – rzucił Anakin, nie oglądając się nawet za siebie. – Ile razy mam ci powtarzać? Nasze myśli kształtują rzeczywistość. Przyhamuj trochę.
Cóż, mogła się tego spodziewać.
– Wybacz, Mistrzu – wymamrotała, skruszona.
Do centrum operacyjnego nie było daleko. Od mostka dzielił je tylko krótki korytarz i kilka schodów. Jak tylko ustawili się wokół dużego, stojącego pośrodku pomieszczenia stołu holowyświetlacza, Yularen połączył się z mostkiem.
– Proszę przesłać wiadomość, pani porucznik.
Nad stołem pojawił się błękitno-biały hologram, rozświetlając panujący tutaj półmrok. Powietrze otaczające holowyświetlacz zadrgało jak wokół mirażu w upalnym powietrzu i obraz na chwilę przygasł, ale zaraz powrócił i przybrał ostateczny kształt.
Znad stołu spoglądał na nich Mistrz Yoda.
– Potwierdzenie raportu wstępnego otrzymaliśmy, Mistrzu Kenobi – przemówił najbardziej szanowany członek Rady Jedi. – Brygada do zadań specjalnych rację miała: Kothlis celem Dooku i Grievousa jest, a także siatka wywiadowcza Bothan. W ¬Republiki rękach pozostać one muszą. Środkowych Rubieży narażać nie możemy. Kiedy liczebność oszacujecie sił wroga, posiłki wezwijcie, jeśli pokonanie Grievousa bez ich pomocy za niemożliwe uznacie. Ale z Radą kontaktów zabraniam, dopóki na Kothlis nie dotrzecie. Tajność naszym najpotężniejszym orężem jest. Mądrze nim wojujcie. Niech Moc będzie z wami.
Obraz zamigotał i zgasł.
– Cóż – przerwał pełną napięcia ciszę Mistrz Kenobi. – To może być… interesujące.
Anakin zmarszczył czoło.
– Jakie posiłki? – zdziwił się. – Nasze wojska są rozproszone po całej galaktyce!
– „Ćma Coryx” patroluje okolice Falleenu, zgadza się? Oni są najbliżej.
– Jeden statek?! – Skywalker potrząsnął głową. – Obi-Wanie…
– Lepsze to niż nic, Anakinie – wszedł mu w słowo Kenobi.
Jeśli sądzić po wyrazie twarzy jego towarzysza, ten był zgoła innego zdania. Rzucił Kenobiemu gniewne spojrzenie, ale Mistrz wytrzymał jego wzrok, nawet nie mrugnąwszy.
– Jak na mój gust, przekaz Mistrza Yody jest zbyt niejasny – odezwał się Yularen. Pogładził wąsy gestem, który zdradzał niepokój. – Z bolesnego doświadczenia wiem, że nie ma co zaczynać z Grievousem, jeśli nie mamy miażdżącej przewagi liczebnej. Nie, jeżeli chcemy się go pozbyć raz na zawsze i uniknąć druzgocących strat.
– W idealnej galaktyce mielibyśmy tę miażdżącą przewagę na zawołanie – skwitował Mistrz Kenobi, splatając z dezaprobatą dłonie na piersi. – Jednakowoż, admirale, naszej galaktyce daleko do ideału. Czy wiadomość jest niejasna, czy też nie, nasze rozkazy są aż nadto jasne. Yoda ma rację… nie możemy dopuścić, żeby Kothlis wpadła w łapy Separatystów.
– Wiem o tym – uciął Yularen. – Ale dlaczego nie możemy prosić o wsparcie, dopóki nie znajdziemy się w samym środku bitwy? Przecież wtedy może już być za późno…
– Racja – zgodził się Anakin, porzucając na razie niewesołe myśli. – Ale nie bardzo mamy inne wyjście niż się z tym pogodzić. Tak naprawdę… – posłał admirałowi ponure spojrzenie – …mam przeczucie, że powinniśmy się dwa razy zastanowić, zanim w ogóle wezwiemy pomoc. Bo jeżeli ktoś odpowie na naszą prośbę, to będzie oznaczało, że gdzie indziej nasze siły zostaną uszczuplone.
Yularen aż się żachnął.
– Co takiego? Chcesz, żebym rzucił do walki tę grupę szturmową… trzy krążowniki! – przeciwko…
– Ostatnim razem udało mi się pokonać go przy użyciu właś¬nie trzech krążowników – zaoponował zwodniczo spokojnym tonem Anakin.
– Wiem! – parsknął Yularen. – I o to chodzi, generale Skywalker! Grievous nie jest głupcem. Uczy się na własnych błędach. Jestem pewien, że tym razem będzie na to przygotowany i zgromadzi odpowiednią liczbę wojska, żeby bez trudu rozbić nasze siły. Nie zamierzam podejmować ryzyka… Nie jesteśmy na to gotowi.
– Przykro mi, admirale. – Mistrz Kenobi nie dał się zbić z tropu. – Obawiam się, że nie mamy innego wyjścia. Anakin ma rację. Nie ma co gdybać, bo to nic nie zmieni. Po prostu nie mamy zbędnych grup bojowych, które moglibyśmy wykorzystać.
Yularen przerwał nerwowe szarpanie wąsów i zabębnił palcami w brzeg stołu, z wyraźną niechęcią godząc się z niepodważalnymi faktami.
– Wiem, wiem – mruknął. – Po prostu… – Westchnął głęboko. – Nie podoba mi się to, i tyle.
– A więc może skontaktujmy się z Grievousem – rzucił cierpko Anakin. Jego oczy lśniły gniewnie w przytłumionym świetle. – Poinformujmy go, że jego plany nam nie odpowiadają i zażądajmy stanowczo, żeby wysłał przeciwko nam tylko garstkę swoich…
– Anakinie! – wszedł mu w słowo Kenobi.
– Przepraszam – wymamrotał Skywalker i z widocznym wysiłkiem rozprostował zaciśnięte w pięść palce protezy prawej dłoni. – Po prostu to wszystko mnie… przytłacza.
Ahsoka przyjrzała mu się spod wpółprzymkniętych powiek. Wzburzenie jej mentora omiatało ją poprzez Moc jak powiew gorącej bryzy. Żadnych żartów, upomniała się w myśli.
– A więc – podjął Skywalker – wszystko wskazuje na to, że powinniśmy teraz obrać kurs na Kothlis.
– Niezwłocznie – potwierdził Mistrz Kenobi. – Admirale?
Yularen skinął z powagą głową. Nieważne, jak bardzo to wszystko było mu nie na rękę, nie mógł zignorować rozkazów.
– Tak jest. Przy odrobinie szczęścia wyprzedzimy siły Grievousa i będziemy mogli się na niego zaczaić. W takiej sytuacji nawet najmniejsza przewaga będzie miała ogromne znaczenie. – Wcisnął jedną z kontrolek swojego komunikatora. – Porucznik Avrey? Mamy zadanie do wykonania…
Podczas gdy Yularen bez wahania wydawał rozkazy swojej grupie bojowej, Mistrz Kenobi ruchem głowy odwołał swojego byłego ucznia na stronę.
– Proponuję, żebyśmy w tej sytuacji wykorzystali nasze mocne strony, Anakinie – powiedział cicho. – Jeśli dotrzemy na Kothlis i okaże się, że Grievous nas ubiegł, pewnie będziemy mogli się spodziewać ataku zarówno naziemnego, jak i z powietrza. Moim zdaniem w takiej sytuacji ty powinieneś poprowadzić do ataku eskadrę myśliwców, podczas gdy ja z kapitanem Reksem i jego klonami zajmiemy się walką naziemną.
Anakin już prawie opanował irytację. Teraz emanował jedynie falami lekkiego rozdrażnienia, zupełnie jak gotująca się woda.
– A jeśli to my go ubiegniemy? – spytał chmurnie.
– W takim przypadku – odparł Kenobi, nie kryjąc niesmaku – dołączę do ciebie i razem poprowadzimy myśliwce przeciwko pilotom Grievousa.
Ahsoka odczekała, aż wymienią ukradkowe uśmiechy, i odchrząknęła cicho.
– Eee… Mistrzowie? – bąknęła. – A co ze mną?
Spojrzeli na nią, zaskoczeni, że zupełnie o niej zapomnieli. W ciszy, która nastała, Ahsoka usłyszała… nie, raczej poczuła, nieznaczne drżenie napędu podświetlnego statku: a więc ruszyli już z miejsca, przygotowując się do skoku, który zabierze ich w okolice Kothlis. W ślad za wibracją Moc rozbrzmiała gwarem na wpół świadomych, rozgorączkowanych myśli, kiedy do załogi składającej się z trzech krążowników floty dotarło, że wkrótce staną do walki. Możliwe, że czeka ich śmierć. To było jak pieśń bez słów, śpiewana w smutnej, molowej tonacji: niespokojna, nabrzmiała żalem, ale akcentowana akordami niezłomnej odwagi.
– Z tobą, Ahsoka? – zająknął się Anakin, otrząsnąwszy z odrętwienia, w jakie wprawiły go te same uczucia, które docierały do niej. – Jeśli będziemy walczyć z nimi na powierzchni planety, pomożesz Obi-Wanowi i Reksowi. A jeżeli nie, zostaniesz tutaj, na „Nieposkromionym”.
Zostać?! – zaprotestował jej wewnętrzny głos. Kiedy on będzie się narażał na niebezpieczeństwo?!
– Ale… – zaoponowała niepewnie.
Oczy Anakina zwęziły się niebezpiecznie.
– Żadnych „ale”.
To nie w porządku! To nie w porządku! To nie w porządku! – krzyczał jej wewnętrzny głos.
– Ahsoko… – Ton Anakina złagodniał. – Nie kwestionuję twojego doświadczenia. Wiem, co potrafisz, ale mamy dosyć pilotów i twoje zdolności lepiej przydadzą się tutaj, na statku.
– Mistrz Skywalker ma rację – zawtórował mu Yularen. Skończył wydawać rozkazy i teraz bez skrępowania przysłuchiwał się ich rozmowie. – Jeśli zostaniesz na statku, będziesz naszym taktycznym systemem namierzającym. – Odprężył się na tyle, żeby posłać jej oszczędny, ale pokrzepiający uśmiech. – Miałem do czynienia z Jedi, którzy byli lepsi niż nasze najlepsze czujniki.
– O wiele bardziej prawdopodobne jest jednak, że będę cię potrzebować na dole – dodał Mistrz Kenobi. – U mojego boku. Mam nadzieję, że nie czujesz wielkiej odrazy na tę myśl, padawanko Tano?
Poznała, że to sarkazm i poczuła, jak policzki pieką ją żywym ogniem. Anakin przypatrywał się jej uważnie. Podejrzewała, że jeżeli zacznie protestować, będzie rozczarowany.
– Nie, skądże, Mistrzu Kenobi – odpowiedziała, wbijając wzrok w poszycie pokładu. – Wykonywanie twoich rozkazów to dla mnie zaszczyt. – Zaryzykowała ukradkowe spojrzenie na jego twarz. – Ja tylko…
– Wiem – uciął Kenobi, tym razem nieco łagodniej. – Martwisz się o bezpieczeństwo Anakina. Nie ma takiej potrzeby, wierz mi. Koniec dyskusji. Ile mniej więcej potrwa skok na Kothlis? – spytał Yularena.
– Trzydzieści osiem standardowych minut – odparł admirał. – Wyskoczymy z nadprzestrzeni w zasięgu czujników ich siatki wywiadowczej. Wystarczająco blisko, żeby nawiązać z nimi łączność i przeskanować przestrzeń w poszukiwaniu statków Separatystów, jeśli uda nam się tam dotrzeć przed Grievousem.
– Nasz wywiad ostrzeże Bothan na Kothlis, że są w niebezpieczeństwie – zauważył Anakin, marszcząc czoło. – Przy wszystkich wynikających z tego korzyściach, bez wojska przygotowanego na atak ani własnej floty wystawimy ich na niezłe lanie. – Zacisnął protezę ręki w pięść. – Powinienem był to przewidzieć. Powinienem był się domyślić, że Grievous mi nie wybaczy i nie puści w niepamięć porażki na Bothawui. To ma być wyrównanie rachunków. Sami wiecie, jaki on jest skory do bitki. Jeśli oddamy mu Kothlis… jeżeli zdoła wedrzeć się na Środkowe Rubieże…
– Nie dopuszczaj do siebie myśli o porażce, Anakinie – skarcił go ostro Kenobi. – Tak jak mówiłeś, udało ci się już nieraz pokonać Grievousa. I nie ma powodu do podejrzeń, że nie uda ci się to znowu.
Anakin uniósł hardo podbródek. Obserwująca go Ahsoka poczuła ukłucie strachu. Wstrzymała oddech w reakcji na bijącą od niego łunę gniewu… Jednak po krótkiej chwili jej Mistrz zapanował nad emocjami.
– Przepraszam – powiedział z kwaśnym uśmiechem. – Masz rację. Nie powinienem był się unosić.
– Trzydzieści osiem minut – powtórzył Kenobi, patrząc na niego łaskawszym okiem. – Mniej więcej. Mamy trochę czasu, jak sądzę, na małą medytację przed bitwą. Nie tylko ty masz mieszane uczucia, mój przyjacielu. Mnie też przyda się odrobina skupienia.
– Tobie? – Brwi Anakina powędrowały do góry. – Wierzyć mi się nie chce.
Mistrz Kenobi poklepał go lekko po ramieniu.
– Ale to prawda, Anakinie – westchnął. – Wiesz, jak nie znoszę latać.
– Gadanie! – parsknął Anakin, szczerząc zęby w szerokim uśmiechu. – Gdybyś nienawidził latania tak bardzo, jak twierdzisz, nie byłbyś tak dobrym pilotem.
Kenobi skrzywił się cierpko.
– Zaufaj mi. Jeżeli nieźle latam, wynika to wyłącznie z dobrze rozwiniętej woli przetrwania. Jeśli mam być szczery, Anakinie, każdy, kto naprawdę czerpie z latania przyjemność, wymaga pilnie konsultacji psychiatrycznej.
Widać było, że Anakin z całej siły próbuje powstrzymać śmiech.
– Lepiej uważaj, co mówisz, bo powtórzę wszystko Eskadrze Złotych. Ale może dosyć tego podbijania twojego rozbuchanego ego?
– Proszę nam wybaczyć, admirale – przeprosił Kenobi, próbując zachować powagę. – Będziemy na mostku dziesięć minut przed wyjściem grupy szturmowej z nadprzestrzeni.
Admirał Yularen skinął głową.
– Oczywiście, generale. Ja tymczasem zarządzę przygotowanie myśliwców i kanonierek do walki.
– Ahsoka? – przynaglił dziewczynę Anakin i skierował się wraz z Mistrzem Kenobim do wyjścia. – Zakrzątnij się trochę i poinstruuj Reksa i jego ludzi, co mają robić. Dopilnuj wypełnienia procedur przed walką. Połowa Kompanii Potok to jeszcze świeżaki. Dogadacie się jak równy z równym.
Pod cienką warstewką jego beztroskiej pewności siebie Ahsoka czuła niezaleczony ból. Utrata Vere’a i Ince’a podczas misji na JanFathal… a potem strata następnych członków Kompanii Potok… Jego cierpienie było jak tkwiące głęboko pod skórą zadziory rzepa kiplin. Anakin miał w zwyczaju hołubić swoje rany. Nieważne, co powiedziała ona (ostrożnie dobierając słowa) ani co mówił Mistrz Kenobi (nie troszcząc się zupełnie o delikatność) – nic nie było w stanie go skłonić, żeby zmienił ten nawyk. Cierpiał – i zamierzał cierpieć nadal.
– Tak jest, Mistrzu – mruknęła. Odczekała, aż się oddali i puściła się pędem w stronę śródokręcia, żeby poinformować Reksa, że pewnie wkrótce będą musieli stanąć razem do walki. Znów.
 
– Co jest, młoda? – spytał Rex, kiedy wpadła na korytarz prowadzący do mesy. – Właśnie ruszyliśmy, więc zastanawiam się, czy nie ma to przypadkiem związku z tym zardzewiałym blaszakiem Grievousem?
– Można tak powiedzieć – westchnęła, opadając na wolne krzesło obok Checkersa, ostatniego nabytku Kompanii Potok. – Potwierdziły się wstępne informacje wywiadu: Grievous ostrzy sobie zęby na Kothlis. Teraz wszystko zależy od tego, kto dotrze tam wcześniej.
Rex obnażył w drapieżnym uśmiechu idealnie białe i równe zęby.
– No to wracamy do gry.
 
W zatłoczonym korytarzu huczało od rozmów i okrzyków. Ahsoka z przyzwyczajenia zanurzyła się w kłębowisko emocji, starając odruchowo wysondować klony. Przeważało wśród nich podekscytowanie, doprawione szczyptą rezerwy. Wcześniej, na początku swojej służby pod rozkazami Skywalkera myślała, że żołnierze Republiki cieszą się na nadchodzące bitwy, bo nie mają innego wyjścia – zostali genetycznie zaprogramowani do walki i nie kwestionują rozkazów. I chociaż po części była to prawda, z którą zresztą w miarę trwania wojny coraz trudniej było jej się pogodzić, prawdą było też, że większość klonów, które znała, czerpała radość z walki – i wcale nie dlatego, że jakiś kaminoański doktorek spędził ileś tam bezsennych nocy, majstrując przy probówkach, żeby uzyskać taki efekt. O, nie. Napawała ich radością sama myśl o zwycięstwie, o pokonaniu wroga i wyzwoleniu obywateli, których manipulanci pokroju hrabiego Dooku, Nu¬te’a Gunraya czy innych podłych hersztów Sojuszu Separatystów traktowali jak pionki w grze.
Czy naprawdę było to takie dziwne? Ocalanie niewinnych było rzeczą słuszną. Pokonywanie takich śmiertelnie niebezpiecznych wrogów jak Asajj Ventress czy Grievous także było słuszne. Ahsoka wiedziała, że Mistrz Kenobi i Anakin ubolewają nad koniecznością prowadzenia tej wojny, martwią się bezsensownym trwonieniem życia i cierpieniem… ale nie była ślepa. Widziała przecież na ich twarzach radość ze zwycięstw. I ta radość nie była ani trochę mniej prawdziwa niż ich ból po stracie poległych. Ona również to czuła. Cieszyła się, kiedy udawało im się obalić jeszcze jednego okrutnego, skorumpowanego despotę.
To wszystko jest takie… skomplikowane, westchnęła w duchu. Skoro wojna jest czymś złym, jak możemy czerpać z niej radość w chwilach triumfu? Czy to moralne?
Ta myśl była trudna do zniesienia. Do tego stopnia, że w gard¬le młodej Jedi zaczął wzbierać cichy, bolesny jęk. Zaskoczona własną reakcją, zdusiła go gwałtownie. Ty idiotko! – skarciła się w myśli. Skup się na tym, co musisz zrobić.
Cóż, to naprawdę nie był najlepszy temat do rozważań tuż przed bitwą, kiedy gnali przez nadprzestrzeń, żeby stawić czoło temu potworowi, Grievousowi, i ocalić bezradny lud Kothlis od niewoli Separatystów – albo czegoś jeszcze gorszego.
Ahsoko Tano, weźże się w garść! – nakazała sobie surowo.
 
Rex był pogrążony bez reszty w rozmowie z sierżantem Corikiem, więc postanowiła zagadnąć Checkersa. Może i był nowy w Kompanii Potok, ale to nie żaden żółtodziób. Głęboka blizna na jego prawym policzku dowodziła doświadczenia w walce, tak samo jak charakterystyczny błysk w oku. Identyczne spojrzenie widywała u Reksa i Corica, a także innych klonów z Kompanii Potok – spojrzenie żołnierzy, którym śmierć zajrzała w oczy, którzy otarli się o nią, a mimo to przeżyli.
Checkers widocznie wyczuł na sobie jej wzrok, bo odwrócił się w jej stronę.
– Psze pani? – spytał grzecznie.
Ahsoka zamrugała, zbita z tropu.
– Hej, żadna ze mnie „pani”…
– To kto w takim razie? – Checkers uśmiechnął się do niej półgębkiem. – Coś mi mówi, że dostałbym za swoje za „młodą”.
– Możesz mi mówić Ahsoka – odparła pogodnie. – Jak ¬wszyscy.
– Niech będzie Ahsoka – zgodził się żołnierz. – Jesteś Togrutanką, prawda?
– Tak. Checkers, czy mogę spytać, jak tu trafiłeś? To znaczy… jak zostałeś przydzielony do Kompanii Potok?
Żołnierz zerknął ukradkiem na swoich pogrążonych w rozmowie kompanów, zacisnął na chwilę usta, ale po chwili jego twarz złagodniała, a ramiona opadły lekko, jakby się rozluźnił.
– Poprosiłem o ten przydział – zwierzył się. – Wcześniej służyłem w Kompanii Laser, pod rozkazami generała Fisto.
Ach, tak…
– Czy to wtedy zostałeś ranny? – spytała ledwie słyszalnie. – W starciu na Kessel?
Uniósł dłoń do brzydkiej, wypukłej blizny pod okiem.
– Tak, właśnie tam.
– O rany, wiedziałam, że tylko jedna osoba przeżyła, ale nie miałam pojęcia, że to akurat ty…
Checkers wzruszył ramionami.
– Skąd mogłaś wiedzieć? Dołączyłem do Potoku przed tobą, a poza tym… nie ma o czym mówić. Co się stało, to się nie odstanie.
– Ale Kompania Laser wciąż istnieje, prawda? – spytała, marszcząc czoło. – Myślałam, że Mistrz Fisto…
– Istnieje – przerwał jej Checkers kolejnym wzruszeniem ramion. – Ale potrzebowałem przerwy. Kiedy poskładali mnie do kupy w centrum medycznym, zaproponowali wybór jednostki.
– I poprosiłeś o przydział do Kompanii Potok? – domyśliła się Ahsoka. Naprawdę ją fascynował. Chociaż jego historia była przepełniona bólem i cierpieniem po stracie towarzyszy, nie mogła powstrzymać uśmiechu. – Nie zrozum mnie źle – zreflektowała się szybko. – Cieszy mnie to. Ale… dlaczego?
– Nie, żebym miał o coś pretensje do generała Fisto – odparł Checkers równie prędko. – Co to, to nie. – Spojrzenie jego ciemnych oczu spoczęło na Reksie, nadal zawzięcie rozprawiającym o kwestiach logistycznych z sierżantem Corikiem. – Prawda jest taka, że… po prostu chciałbym przeżyć tę wojnę. A to zapewni mi tylko służenie pod rozkazami najlepszego dowódcy, jakiego znajdę.
Checkers starał się mówić cicho, ale Rex i tak usłyszał ostatnią uwagę. Zaskoczony, przerwał w pół zdania rozmowę z Corikiem i odwrócił się w stronę Checkersa. Widząc i wyczuwając napływające od niego fale z trudem tłumionego zdumienia, Ahsoka wyszczerzyła zęby w szerokim uśmiechu. Mało co było w stanie zdziwić Reksa i czuła się dziwnie pokrzepiona myślą, że jednak istnieje coś takiego. A przynajmniej poza linią frontu, kiedy to walczyli, stając twarzą w twarz ze śmiercią, pomyślała smętnie.
– Później sobie pogadacie – uciął ich pogawędkę kapitan. – Teraz czeka nas robota.
W korytarzu mesy zapadła nagła cisza, jak po przerwanym połączeniu. Ahsoka aż się skrzywiła w reakcji na nagłe napięcie, wprawiające struny Mocy w drżenie przypominające warkot wibroostrza. Było tak intensywne, że rozbolały ją zęby i na chwilę straciła ostrość widzenia.
– Ahsoko – zagadnął ją Rex, obrzucając świdrującym wzrokiem. – Jaki jest spodziewany czas dotarcia na Kothlis?
Sięgnęła do swojego prawie nieomylnego zmysłu wyczucia czasu w Mocy.
– Dwadzieścia trzy minuty, kapitanie – zameldowała.
– Atak naziemny potwierdzony?
– Jeszcze nie, ale wysoce prawdopodobny. Jeśli separańcy nas ubiegli i rozpoczęli inwazję na Kothlis, generał Kenobi poprowadzi kontrofensywę, a mój Mistrz i Kompania Cień zajmą się niebem.
Rex skinął potwierdzająco głową.
– To znaczy, że idziesz z nami? Świetnie. – Omiótł korytarz spojrzeniem. – W takim razie najwyższa pora się przygotować. Kompanio Potok! Do roboty!
W ułamku sekundy nastrój znowu uległ zmianie. Jak tylko ludzie Reksa przestawili się na automatyczny tryb odliczania minut pozostałych do walki, szarpiący wnętrzności niepokój i niepewność rozpłynęły się w fali gotowości do działania.
Ahsoka nie mogła teraz w żaden sposób im się przydać i nie miała tu już nic do roboty, więc się wycofała. Zaszyła się w kąciku i, tak jak Anakin, spróbowała uspokoić zmysły poprzez medytację. Pomogło, z wyjątkiem jednej, upartej myśli, która krążyła jej po głowie jak natrętna mucha: niech Moc będzie z nami. I… proszę, tak bardzo proszę… nie chcę, żeby przeze mnie zginął któryś z tych klonów…

Star Wars: Wojny Klonów: Gambit #1 - Misja na Lanteeb

Autor: Karen Miller
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 11/2010
Tytuł oryginalny: Star Wars: Clone Wars Gambit: Stealth
Rok wydania oryginału: 2010
Liczba stron: 360
Format: 125x190 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324137879
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,80 zł


blog comments powered by Disqus