Recenzja książki "Księga imion"

Autor: Jimmy
7 czerwca 2007

Czy można wymyśleć wciągającą historię z gatunku "mystery", opartą na umiejętnym wykorzystaniu wątków i rekwizytów z powszechnie znanej i nieegzotycznej historii judeochrześcijaństwa? Jak najbardziej, co udowodnili choćby panowie Spielberg i Lucas w dwóch z trzech filmów o przygodach Indiany Jonesa, a nośność tematu potwierdził Dan Brown i jego liczni naśladowcy. Księga imion autorstwa pań Jill Gregory i Karen Tintori (dotąd specjalizujących się raczej w romansach) wpisuje się w ten właśnie nurt. Niestety, jeśli przyjmiemy, że na termometrze jakości (i przyjemności z czytania/oglądania) Indiana Jones to moment wrzenia, a Kod da Vinci plasuje się w okolicach temperatury pokojowej, to Księga imion przyjmuje wartość w okolicach zera. Absolutnego.

Książka zaczyna się jak rasowa przygoda z tajemnicą w tle: na wykopaliskach w Egipcie, pewien archeolog znajduje Coś-Bardzo-Starego-i-Bardzo-Ważnego-Co-Zmieni-Losy-Świata. Nie dane jest mu jednak podzielić się tym odkryciem ze światem, bo znienacka (ach, cóż za zaskoczenie) zostaje uduszony przez swego Złego-i-Zdradliwego-Asystenta. W tym samym czasie w Ameryce (a gdzieżby indziej...) młody chłopak doznaje wypadku i w trakcie reanimacji ma wizję światełka w tunelu i dostaje wiadomość z zaświatów. Dwadzieścia lat później, w początkach XXI wieku, światem targają konflikty i katastrofy naturalne. Nasz Szlachetny-Nieskazitelny-Mądry-i-Przystojny-Bohater jest profesorem (doktorem? - autorki nie mogą się zdecydować niestety) uniwersyteckim, który od feralnego wypadku ma wizje nazwisk, które pieczołowicie notuje. Gdy w jednej z takich wizji pojawia się nazwisko jego córki (właściwie jest to córka jego byłej żony, ale co za różnica, ważne że Bohater bardzo ją kocha), profesor w końcu decyduje się komuś powiedzieć o swojej tajemnicy. Okazuje się że większość ludzi z jego objawionej listy zginęło w tajemniczych okolicznościach, a w wyjaśnieniu tego może pomóc tylko Stary-Uczony-Rabin. Owe nazwiska jak i Tajemniczy-Artefakt związane są bowiem z judaizmem, kabałą i starodawną legendą o 36 sprawiedliwych. Wszystko wskazuje na to, że córce Bohatera grozi niebezpieczeństwo, bo Bardzo-Zła-Tajemnicza-i-Wszechpotężna-Organizacja już rozpoczęła polowanie...

To jest tylko wprowadzenie które rozgrywa się na pierwszych kilkunastu, z ponad 300 stron Księgi imion. Już na początku jest wyłożona praktycznie cała podstawa fabuły i rozwinięta wspomniana powyżej legenda, nie pozostawiając właściwie żadnych tajemnic do odkrycia. Co jest więc dalej? Standardowe wypociny obecne we wszelkich thrillerach "religijnych", popłuczynach po Przesyłce z Salonik Ludluma, którymi tak obrodziło gdy sukces odniósł Kod Leonarda da Vinci. Sztampa, do tego pisana z podręcznikiem tzw. "creative writing" na kolanach.

Akcja książki pędzi już od pierwszych stron na łeb na szyję. Znajdziemy w Księdze imion ucieczki, strzelaniny, ucieczki, bójki i ucieczki, poprzetykane długimi rozmowami bohatera z różnymi mądrymi ludźmi, z których próbuje się on dowiedzieć o co w tym całym pasztecie chodzi (oczywiście średnio rozgarnięty czytelnik wie już dużo wcześniej). Mamy tajemniczą organizację, potężną masonerię o nieograniczonych możliwościach i powiązaniach (w jej skład wchodzą, a jakże!, premierzy, senatorowie czy nawet sekretarz generalny ONZ ), która morduje wszystkich jak leci, bez żadnych skrupułów. Przy okazji, pytanie za milion - jaką nazwę może nosić taka złowroga organizacja? (poprawność swoich typów można sprawdzić na końcu tego tekstu) Mamy całą gamę stereotypowych i schematycznych postaci: wszystkowiedzący rabini, naukowcy dysponujący ultranowoczesnymi laboratoriami, agenci Mossadu o nieograniczonych możliwościach bojowo-organizacyjnych. Są też głupie kobiety które ściągają na siebie i innych kłopoty oraz kobiety które razem z bohaterem rzucone są w wir intrygi a później się w nim zakochują. Są przyjaciele na których można polegać, przyjaciele którzy okazują się zdrajcami i przyjaciele którzy wydawali się zdrajcami a okazują się przyjaciółmi. Nie może zabraknąć też przebiegłych i złowrogich masonów (tutaj, dla niepoznaki, zwanych gnozytami) o charakterystycznych cechach fizycznych (np.: różnokolorowe źrenice), którzy dążą do malowniczego końca świata. W międzyczasie porywają i gwałcą w czasie zbiorowych orgii młode kobiety, a młodych chłopców wychowują na bezduszne maszyny do zabijania.

Wtórność, głupota i nuda dosłownie wylewają się z tej książki. Autorki popychają fabułę do przodu poprzez powoływanie do życia coraz to nowych postaci, które ot, tak, przypadkiem, w odpowiednim momencie wyskakują zza rogu na bohatera i albo mu pomagają albo do niego strzelają. Samym bohaterom każą autorki być oczywiście niezłomnymi, odważnymi, bojowymi i szlachetnymi. Co do bojowości, to profesor akademicki, ksiądz, pani naukowiec i mała dziewczynka, walczą z całymi hordami wyszkolonych zimnych zabójców i, niespodzianka!, radzą sobie nadspodziewanie dobrze. Nie mogę odmówić sobie przyjemności zaprezentowania próbki: "Dillon zadał błyskawiczny cios. Prawym sierpowym powalił X na ziemię, zostawiając na jego policzku krwawy ślad po rubinie. Wykonując ruch zapamiętany z filmu ze Stevenem Seagalem, Dillon skoczył i wylądował obiema nogami na klatce piersiowej przeciwnika, łamiąc mu żebra". Pomijając fakt, że przypomina to raczej scenę z Wejścia smoka, w którym grał skośnooki konus, a nie niedźwiedziowaty dryblas z kucykiem, to opis w takim stylu nie świadczy najlepiej o warsztacie autorek. Zaś fakt iż bohater fragmentu, ów zabijaka Dillon, jest... księdzem (nie, nie skruszonym zabijaką z przeszłością, tylko przeciętnym duchownym - a przynajmniej tyle wie o nim czytelnik), a jego przeciwnik wyszkolonym mordercą, świadczy chyba najlepiej o fabule i poziomie książki. Można dodać jeszcze, że wątek miłosny wzbudza śmiech, że opisy dobroci "sprawiedliwych" wywołują odruch wymiotny, że zakończenie woła o pomstę do nieba, że główny rekwizyt o który toczy się walka nie zostaje ostatecznie ani wykorzystany, ani nawet zaszczycony jakimkolwiek napomknięciem... Ale po co się pastwić? Napiszę tylko że Księga imion doskonale poradziła sobie z bezsennością na którą cierpiałem od kilku dni - zasnąłem już przy pierwszej orgii i drugim morderstwie. W takim celu gorąco tę powieść polecam.


P.S. Uczciwość każe podać dwa fakty, które przy pewnej dozie dobrej woli można poczytać za plusy. Po pierwsze czyta się toto, jak każde czytadło, bardzo szybko i lekko. Pretekstowość fabuły, bezrefleksyjność i prosty język sprawiają że dosłownie śmiga się po kolejnych kartkach. Po drugie, polski wydawca zrobił dobrą robotę i bardzo ładnie zaprezentował tę powieść. Książka jest w twardej oprawie, a dodatkowo opakowana w nieprzezroczystą folię z tajemniczym znakiem, w której oprócz książki, możemy znaleźć kartę tarota (jest jednym z rekwizytów fabularnych) oraz kartkę stylizowaną na wycinek z gazety, prezentujący artykuły które wprowadzają w klimat powieści (choć fragmenty zdradzają wiele z fabuły, zapewniam że to nie problem - te same "szokujące tajemnice" odkrywane są już w pierwszych rozdziałach, a nawet w opisie na okładce). Fajna sprawa, szkoda tylko że Księga imion zupełnie nie jest warta takiego zachodu. Bo nawet najlepsze promocje, gadżety i opakowania nie pomogą thrillerowi w którym zakonspirowana, diaboliczna organizacja nazywa się... Aniołowie Ciemności!

Księga imion

Autor: Jill Gregory, Karen Tintori
Wydawnictwo: Świat Książki
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 3/2007
Liczba stron: 320
Format: 120x200 mm
Oprawa: twarda
ISBN: 83-247-0592-9
Wydanie: I
Cena z okładki: 32,90 zł
Materiały powiązane:



blog comments powered by Disqus