Recenzja książki "Legion 501"

Autor: Marek Drozd
Korekta: Bool
30 lipca 2010

Pani Traviss z każdą kolejną książką z serii opowiadającej o losach Komandosów Republiki przyzwyczajała czytelników do stopniowego powiększania objętości swoich dzieł. Niestety, z obszerniejszymi tytułami nie szła w parze lepsza jakość. Chociaż start był wprost świetny, to zauważalna tendencja spadkowa i przerost formy nad treścią powodowały coraz mniejsze zainteresowanie serią oraz niezbyt przychylne komentarze fanów. Niemniej historia sklonowanych komandosów posuwa się naprzód, więc sprawdźmy co słychać u Darmana, Ninera i reszty…

Wojny Klonów na dobre zakończyły się w momencie wydania niesławnego Rozkazu 66, który spowodował masową rzeź padawanów, rycerzy i mistrzów Jedi. Większość klonów pomyślnie wypełniła swoje zadanie i pozbyła się znacznej części członków Zakonu. 
 
Naszych bohaterów w poprzedniej powieści zostawiliśmy w chwili, gdy na oczach Darmana zginęła jego żona Etain, a on sam zrozpaczony postanowił zrezygnować z ucieczki wraz z przyjaciółmi i został z rannym bratem, Ninerem. Obecnie obaj komandosi służą w legendarnym Legionie 501, zwanym Pięścią Vadera, który został stworzony do polowania na niedobitków Jedi. 
 
W tym samym czasie w Kyrimorut na Mandalorze uciekinierzy próbują ułożyć sobie życie z dala od powojennej zawieruchy. Planują wydostać pozostawionych na Coruscant – obecnie już Imperial City – braci i bezpiecznie przetransportować ich do twierdzy. Nie wszystko jednak potoczy się tak, jak sobie tego życzyłby Kal Skirata, a wiele wyborów, jakich będzie musiał dokonać, postawi pod znakiem zapytania przyszłość tak jego, jak i pozostałych członków klanu.
 
Trzeba przyznać, że Karen Traviss miała świetny pomysł na opowiedzenie skrawka historii Gwiezdnych wojen w alternatywny sposób. Na chęciach się jednak skończyło, przynajmniej w ostatnich częściach serii, bo zamiast emocjonującej fabuły dostajemy sentymentalną sagę mandaloriańską z odrobiną akcji. Panujące zwyczaje wewnątrz tej specyficznej społeczności oraz wszelkie interakcje z otoczeniem (szczególnie klonów z resztą Mando) mogłyby zaciekawić wielu miłośników Mandalorian, jednakże autorka zdecydowanie przesadziła. Seria o Komandosach Republiki mogła stać się przewodnikiem po świecie najgroźniejszych wojowników Galaktyki, podręcznikiem dla wszystkich, którzy fascynowali się tymi najemnymi żołnierzami. Stało się jednak inaczej, nad czym – jako fan serii – bardzo ubolewam.
 
W Legionie 501 czytelnik nie dostaje tego, czego mógłby się spodziewać po powieści kończącej serię. Karen Traviss nie zamyka niektórych wątków, a zamiast tego wprowadza szereg nowych, które powodują spory bałagan. Okazuje się bowiem, że generał Jedi Arligan Zey (dowódca oddziałów specjalnych) wcale nie zginął z ręki kapitana Maze’a, gdy wydano Rozkaz 66. Rozwijany jest również wątek zaginionej siostry Jango Fetta, którą Bardan Jusik uwolnił z zakładu dla obłąkanych w dniu ucieczki z Coruscant. Pojawia się także jednorazowa wzmianka o Jaxie Pavanie – rycerzu Jedi znanym czytelnikom z serii Noce Coruscant. Dla fabuły nie ma on jednak żadnego znaczenia i jest po prostu wciśniętym na siłę elementem, mającym wzbogacić tło wydarzeń. Jeśli zaś chodzi o opis świata przedstawionego w książce, to jest on bardzo ubogi. Autorka znaczną część powieści poświęca rysowi osobowości każdej z postaci, co może nie jest wielkim błędem, jednakże w tej ilości zdecydowanie przeszkadza i zwyczajnie nudzi. 
 
Tytułowemu Legionowi 501 poświęcono niewiele uwagi. Wydaje się wręcz, że należą do niego jedynie Darman, Niner oraz kilku kolegów wyhodowanych na Kamino, a w dalszej części „zamienniki” pochodzące z maksymalnie przyspieszonego procesu produkcyjnego w komorach Spaarti na Centaksie. Oprócz paru nowych klonów poznajemy także dowódcę drużyny Darmana i Ninera – Melusara, który darzy Jedi szczerą nienawiścią (niechęć do Zakonu przewija się przez powieść w wielu miejscach i jest dla niektórych bohaterów siłą napędową ich poczynań). Na tym kończy się wkład Legionu 501 w kształtowanie fabuły książki.
 
Nowy reżim dla mieszkańców galaktyki nie oznacza konieczności ukrywania się czy zamartwiania o własny los. Co prawda rządy Palpatine’a są dość brutalne – na przykład pokazowe stłumienie buntu na planecie Gibad przy użyciu wirusa FG-36, opracowanego przez doktor Uthan, rodowitą Gibadankę – jednakże jest to jedyny namacalny dowód na zmianę polityki. Szturmowcy i klony kaminoańskie walczą i giną w taki sam sposób, tylko pod innym sztandarem. 
 
Tak ukazane Imperium czytelnik jest w stanie nawet… polubić! Z książki można wyciągnąć jeden, wartościowy wniosek – dla zwyczajnych obywateli nie jest ważne, kto rządzi, dopóki pozwala im robić swoje. Walka o władzę dla ginących w wojnach żołnierzy będzie zawsze tym samym, bowiem motywy wysyłających ich na śmierć polityków niczego nie zmieniają w nastawieniu walczących. 
 
Rodowici Mandalorianie w postaci Kala Skiraty, Mija Gilamara czy Rav Bralor stali się sentymentalnymi staruszkami, którzy ciepło ogniska domowego przedkładają nad własne zasady. Zamiast rozsądku zaczynają kierować się współczuciem, doprowadzając do niebezpiecznych sytuacji. Nie takich Mando spodziewali się czytelnicy… Bohaterów najlepiej opisuje jedno, krótkie zdanie, będące cytatem bezpośrednio zaczerpniętym z książki: 
 
Każdy jest samotny, dopóki nie znajdzie bratniej duszy. Jesteśmy po prostu grupką straceńców, która uznała, że ma dosyć i że nie chce dłużej uciekać.”
Historia ciągnie się niemiłosiernie – nie ma podziału na poszczególne dni, trudno stwierdzić jednoznacznie, ile czasu upływa od wydarzeń z dnia wydania Rozkazu 66 do końca powieści. 
 
Gwoździem do trumny w przypadku Legionu 501 są znaczące błędy edytorskie, wynikające z mało profesjonalnego podejścia do wydania książki. Mowa tu o licznych literówkach (np. Darmana zmieniono na Darmona), powtarzających się błędach w interpunkcji, a w paru miejscach wręcz urwanych zdaniach.
 
Wszystko to powoduje, że seria Komandosi Republiki oraz ostatnia powieść z nowym podtytułem Komandosi Imperium staje się lekturą niszową, która podobać się może tylko zagorzałym fanom. Pozostałym nie przypadną do gustu bohaterowie rodem z greckiej tragedii, których decyzje polegają na wybraniu „mniejszego zła”. Nie zachwyca również sama fabuła, mająca z realiami Star Wars naprawdę niewiele wspólnego. Najlepsza z Komandosów Imperium: Legion 501 jest… okładka! Ale czy dla niej kupujemy jakąkolwiek książkę?

Star Wars: Imperium #1 - Legion 501

Autor: Karen Traviss
Tłumaczenie: Andrzej Syrzycki
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 7/2010
Liczba stron: 504
Format: 125x190 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-241-3697-1
Wydanie: I
Cena z okładki: 37,80 zł


blog comments powered by Disqus