Recenzja "Star Wars Komandosi Republiki cz IV: Rozkaz 66"

Autor: Marek Drozd
Korekta: Bool
11 czerwca 2010

Z wielką ulgą przyjąłem wiadomość o kontynuowaniu – a właściwie dokończeniu – serii Komandosi Republiki. Z łezką w oku wspominam moment, w którym kończyłem lekturę Prawdziwych Barw, z przeświadczeniem, że oto nadszedł kres wyjątkowo udanej serii książek o tematyce gwiezdno wojennej. Nie na miejscu wydawało się porzucanie Darmana, Ninera, Ordo i innych komandosów, gdy historia Wojen Klonów tak naprawdę dopiero się zaczynała. W miejscu, które dla bohaterów serii miało okazać się kluczowym, nagle Karen Traviss zdecydowała się zaprzestać współpracy z DelRey i LucasBooks? Przyczyną rozwiązania umowy miały być różnice w pomysłach na dalsze losy Komandosów Republiki. Powód dość poważny, ponieważ do pani Traviss, jako autorki serii, ale również twórcy języka Mando oraz całej kultury Mandalorian, powinno należeć ostatnie słowo odnośnie fabuły.

 
Tymczasem długo wyczekiwana powieść trafiła do polskich księgarń, więc z wielkim zapałem zabrałem się do zapoznawania z kolejnymi kartami książki. Warto wspomnieć, że owych stron jest blisko 500 (oczywiście pomijając trzydziestostronicowy wstęp, o którym przeczytać możecie przy okazji wcześniej recenzowanych tytułów, będący już od dłuższego czasu nieodłącznym elementem każdej pozycji spod znaku Star Wars), więc przygoda z komandosami nie kończy się tak szybko…
 
„Każdy z nas powinien chociaż raz w życiu spojrzeć na siebie z perspektywy kogoś innego.”
 
Dokładnie w 600 dni po bitwie o Geonosis spotykamy rycerza Jedi Bardana Jusika… a właściwie już nie Jedi, ale Mandalorianina, bo ów zrzekł się tytułu, widząc, dokąd zmierza zakon Jedi. Tak więc Mandalorianin Jusik przemierza dolne poziomy Coruscant w sobie tylko wiadomym celu. Spotyka młodego rycerza Jedi, który, wyczuwając wrażliwego na Moc łowcę nagród, zaczyna się bać. Po krótkiej wymianie zdań młody Jedi rozpoznaje w rozmówcy niedawnego generała. Jusik kroczy własną ścieżką, którą wybrał w pełni świadomie, ponieważ dotychczasowe poczynania dręczyły jego sumienie. Zasiewa w sercu rycerza ziarno wątpliwości. Pyta go, czy wie, o co i dla kogo walczy w tej wojnie. Radzi mu, aby dokonał wyboru i zrobił coś ze swoim losem, a następnie zostawia samego, bijącego się z własnymi myślami.
 
Przedstawiony powyżej fragment fabuły jest tylko niewielkim ułamkiem całości, właściwie prologiem wprowadzającym w nastrój powieści i ujawniającym jej motyw przewodni, czyli wybór. Karen Traviss swoimi książkami zdążyła przyzwyczaić czytelników do ukrytych prawd i metafor. Czy powieść science fiction, mająca tyle wspólnego z rzeczywistością, co fabuły bajek opowiadanych małym dzieciom na dobranoc, może być w jakikolwiek sposób interpretowana? To zależy już od podejścia każdego z czytelników. Niemniej jednak, postacie bohaterów kreowanych przez autorkę nie są jednowymiarowe – ani całkowicie dobre, ani też złe i zepsute do szpiku kości. Tym zabiegiem Karen Traviss stara się zmienić pogląd wielu fanów Gwiezdnych wojen na żołnierzy-klony, do tej pory traktowanych jak bezmyślne „organiczne roboty”, ślepo posłuszne dowódcom, za jakie zwykliśmy je uważać po obejrzeniu nowej trylogii filmowej. Według autorki takie przeświadczenie jest tyleż błędne, co krzywdzące, tym bardziej że Pani Traviss stworzyła Mandalorian (a klony szkolone przez tych wojowników na Kamino uważane są za moralnych spadkobierców ich spuścizny), więc może być niejako uważana za ich matkę, w dość przewrotnym tego słowa znaczeniu.
 
„Fierfek, chyba trafiliśmy na niezłą, shabla, zadymę…”
 
Dzieło Karen Traviss to nie tylko unikatowe postacie, których nie sposób pomylić z jakimikolwiek innym bohaterami Star Wars, ale również szczegółowo opisany świat, widziany z perspektywy zwykłych żołnierzy. Do wspomnianych szczegółów zaliczyć można bogatą kulturę Mandalorian – najgroźniejszych wojowników galaktyki – której pomysłodawczynią i autorką jest pani Traviss. O ile w poprzednich częściach serii klony uczyły się języka i zwyczajów prawdziwych Mando, o tyle w Rozkazie 66 z pełną świadomością i swobodą posługują się tą unikatową mową, żartują, a nawet wygłaszają pod adresem przeciwników obelgi. Czytelnik dość szybko rozszyfruje znaczenie słów, a bardziej wytrwałym i dociekliwym polecam naukę mandaloriańskiego – w sieci znaleźć można wiele witryn, dzięki którym zapoznamy się ze słownictwem i dość prostą gramatyką, zbliżoną do tej stosowanej w angielskim.
 
Wiele uwagi autorka poświęca analizie zachowań i charakterów każdej z postaci klonów, rodowitych Mandalorian oraz istot, które swój los związały z losami komandosów. Maksymalnie stara się odróżnić żołnierzy z elitarnych oddziałów od zwykłych szeregowców, zwanych „białasami” z uwagi na kolor pancerzy, które owe „zwykłe” klony noszą. U Karen Traviss słowo „klon” jest tylko pustym frazesem, a autorka z wyraźną niechęcią stosuje je w swojej powieści i to raczej w wypadku wypowiedzi postaci nastawionych negatywnie do naszych bohaterów. A stosować je i tak musi, ponieważ klony są postaciami kanonicznymi, obecnymi w dwóch częściach nowej trylogii filmowej – pod nazwą „klon” – a w starej serii jako „szturmowcy”.
 
Wszystkie te cechy składają się na obraz idealnych wojowników – liczą się przymioty i indywidualne cechy, a nie pochodzenie czy status społeczny. Traviss gloryfikuje odwagę i hart ducha, dyscyplinę i oddanie bliskim i sprawie, natomiast wielokrotnie pokazuje negatywne nastawienie do rycerzy i zakonu Jedi. Chociaż wskazuje na pewne podobieństwa pomiędzy Klonami a Jedi – i jedni, i drudzy nie mieli możliwości wybrania własnej ścieżki, którą będą podążać – to jednak zdecydowanie potępia popleczników Jasnej Strony Mocy za ich przyzwolenie dla wojny i wykorzystanie sklonowanych żołnierzy jak niewolników. Bohatera Wojen Klonów, jakim jest Obi Wan Kenobi, nazywa nadętym bufonem i gani za określanie oddziałów komandosów „swoimi psami akk” (psy akk są drapieżnymi stworzeniami wrażliwymi na Moc, zamieszkującymi planetę Haruun Kal).
 
Pomimo świetnie stworzonego świata i bohaterów nie zapominajmy, że nie jest to historia, która wydarzyła się naprawdę i w której uzupełniane są tylko białe plamy, ale tworzona na nowo opowieść, jedynie sprawiająca wrażenie autentyczności. Dzięki temu otrzymujemy kolejną powieść gwiezdnowojenną, która dopracowaniem i niepowtarzalnym charakterem dorównuje nowej trylogii filmowej i jest ciekawą alternatywą, opowiadającą wydarzenia Wojen Klonów z innej perspektywy. Perspektywy zwykłych żołnierzy walczących i ginących w cudzej wojnie.
 
„– Dla kogo walczyłeś? Dobrze płacili? – Dla Wielkiej Armii Republiki. I wcale nie płacili…”
 
Jak na powieść fantastyczną przystało, Rozkaz 66 obfituje w niesamowite zdarzenia, niespodziewane zwroty akcji, bo przecież kilkusetstronicowe portrety psychologiczne, nawet niezwykle wciągające, po jakimś czasie mogłyby znudzić najbardziej zagorzałych fanów Gwiezdnych wojen. Karen Traviss miała dość ograniczone pole manewru, ponieważ historia Wojen Klonów została opowiedziana w filmach, więc najważniejsze momenty były już znane na długo przed wydaniem powieści. Z opresji wyszła jednak obronną ręką, gdyż książka z sagą Star Wars wiąże się głównie poprzez kluczowe wydarzenia – na przykład tytułowy Rozkaz 66 wydany przez Kanclerza Palpatine’a – a w znakomitej większości opowiada losy komandosów, o których w filmach nie ma nawet słowa.
Fabuła jest jedną z mocniejszych stron recenzowanego tytułu, dlatego odkrywanie jej wszystkich szczegółów pozostawiam czytelnikowi. Dodam tylko, iż w niektórych momentach zrozumienie motywów działań czy następstw pewnych decyzji może być dość trudne dla osób, które nie czytały trzech wcześniejszych części. Z tego właśnie powodu przed sięgnięciem po Rozkaz 66 należałoby zapoznać się z poprzednimi tytułami serii Komandosi Republiki.
 
„Nieważne, kim był twój ojciec – ważne, jakim ty będziesz ojcem.”
 
Książka podzielona jest na 27 rozdziałów, z których każdy rozpoczyna niejako wstęp w postaci cytowanego przysłowia mandaloriańskiego, wycinek raportu, kartka z pamiętnika żołnierza lub zapiski samego Kanclerza lub ludzi z jego otoczenia. Taką konstrukcję autorka zastosowała we wszystkich poprzednich częściach serii aby wprowadzać czytelnika w klimat powieści. Dzięki temu lektura staje się ciekawsza i urozmaicona, a czytelnik odnosi wrażenie – zupełnie słusznie – iż poznaje najdrobniejsze szczegóły opowiadanej historii. Jeśli wszystko jest tak idealne, to gdzie jest haczyk?
 
Jest, i to dość denerwujący – polskie tłumaczenie pełne jest błędów interpunkcyjnych, literówek czy błędnie odmienianych wyrazów, czyli rzeczy wynikających z niedbałości, a które psują przyjemność płynącą z lektury.  
 
Niemniej jednak wrażenia po przeczytaniu Rozkazu 66 są jak najbardziej pozytywne, a jedyne, co towarzyszy nieuchronnemu zbliżaniu się do końca książki, to uczucie dobrze spędzonego czasu. Karen Traviss kolejny raz udowadnia, że nikt, tak jak ona, nie potrafi pisać o Mandalorianach, a wszystko to w niezwykle udanej okładce (jednej z najlepszych w historii książek Star Wars).
 
Obowiązkowa pozycja na liście wszystkich tych, którzy czytali trzy poprzednie części serii. Pozostałych również zachęcam do lektury, jednak po uprzednim zapoznaniu się z Bezpośrednim Kontaktem, Potrójnym Zerem oraz Prawdziwymi Barwami – wszystko po to, aby czerpać 100% przyjemności, bo naprawdę warto!

Star Wars: Komandosi Republiki #4 - Rozkaz 66

Autor: Karen Traviss
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 5/2010
Tytuł oryginalny: Star Wars: Order 66
Liczba stron: 520
Format: 123x190 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324136674
Wydanie: I
Cena z okładki: 37,80 zł


blog comments powered by Disqus