Recenzja książki "Star Wars: Wojny Klonów - Żadnych jeńców"

Autor: Marek Drozd
13 grudnia 2010

Na każdego weterana przychodzi czas, kiedy to należy ustąpić z pola walki, a karabin zamienić na ciepłe kapcie. Zazwyczaj moment ten wyznacza zauważalny spadek formy lub odniesione rany. Karen Traviss ranna nie została, jednak pogarszającym się z powieści na powieść stylem tylko udowadnia, że jest cieniem dawnej siebie. A obrażenia tak czy siak odnoszą czytelnicy, którzy zdecydują się sięgnąć po jej dzieła. Już dawno minął czas, kiedy wiadomość o kolejnej książce Traviss powodowała ciekawość, czym tym razem uraczy nas autorka. Obecnie jest to raczej wszechogarniające uczucie rozczarowania i znudzenia powtarzającymi się motywami. 

A przepis na dzisiejszą powieść gwiezdno wojenną jest bardzo prosty: znaleźć lukę fabularną w niezwykle obszernej historii, wymyślić nazwę planety bądź układu, dodać do tego kilku głównych bohaterów sagi i umieścić ich w samym centrum wydarzeń. Czasem warto też do tego kotła wrzucić jakiś zaskakujący dodatek, by finalny produkt przynajmniej sprawiał wrażenie nieszablonowego. Tym razem akcja przeniesie się na JanFathal – planetę, której despotyczny reżim chyli się ku upadkowi. Wydaje się, że nawet ostoja demokracji, tysiącletnia Republika, nie będzie w stanie utrzymać tego układu przy sobie. Separatystyczne tendencje oraz sympatyzowanie z Konfederacją Niezależnych Systemów pod wodzą Dooku z pewnością nie ułatwią pracy wysłanej tam potajemnie agentce republikańskiej. Co więcej, wpadnie ona w nie lada tarapaty, z których wyciągnąć ją będą musieli Kapitan Rex i Kompania Potok.
 
A wspomnianym wyżej „delikatesem” jest pojawienie się odłamu Zakonu Jedi, dość licznej grupy skupionej wokół Mistrza Altisa. Przez ortodoksyjnych Jedi uznani za heretyków i wykluczeni ze swoich szeregów, w rzeczywistości prawi i sprawiedliwi, żyjący według nieco odmiennych zasad, jednakże wciąż służący Jasnej Stronie Mocy. Traktowani przez autorów gwiezdno wojennych nieco po macoszemu, w „Żadnych jeńców” mają swoje pięć minut. Przybywają na pomoc, okazują się niezwykle przydatni, współczujący, refleksyjni… i zbyt intensywnie myślący. Poprzez swoje zdolności kontaktowania się z mistyczną Mocą, tracą trzeźwe spojrzenie na wszechświat. Nastrój otępienia udziela się nie tylko członkom grupy Altisa, ale również wszystkim pozostałym Jedi i nie-Jedi. Nieliczne fragmenty powieści, charakteryzujące się nienajgorszą akcją, poprzetykane są patetyczno – moralizatorską retoryką, która niczemu nie służy. Klony walczą ramię w ramię, giną, zwyciężają, przegrywają, cierpią, a Karen Traviss raz po raz wraca do swoich starych jak świat przemyśleń, które koncentrują się na użalaniu nad losem biednych, sklonowanych żołnierzy. Trzeba jednak przyznać, że autorka nieco spuściła z tonu, gdyż nie afiszuje się już z niechęcią do Zakonu, a jedynie wzbudza w Jedi poczucie winy, które wypływa ze środka. Żeby jednak poprawić sobie humor, nakreśliła postacie Altisa oraz jego ziomków, którzy oskarżycielskim tonem oceniają postępowanie Yody i spółki.
 
W „Żadnych jeńców” jedynymi trzeźwo myślącymi istotami wydają się być sklonowani żołnierze Republiki. Za każdym razem z jednakowym poświęceniem ratują tyłki swoim przełożonym, nie otrzymując w zamian nic, oprócz powściągliwego poklepania po ramieniu i słów „Dobra robota, żołnierzu.” Gloryfikowanie klonów-mandalorian to cecha charakterystyczna twórczości Karen Traviss. Swoje do nich przywiązanie i swego rodzaju sentyment zaznacza na każdym kroku, gdy tylko ma okazję się wykazać. „Wojny Klonów” takiej swobody nie umożliwiły, dlatego dopiero kolejna książka jej autorstwa wydaje się być w stu procentach taka, jak ją widziała autorka. Przez takie podejście do postaci znacząco ucierpieli pozostali bohaterowie. Do Anakina jak nigdy wcześniej zdaje się pasować określenie, jakim ochrzciła go Ahsoka Tano: Rycerzyk. Młody Skywalker zachowuje się jak dzieciak, który swoje prywatne sprawy przedkłada nad dobro innych. Padme jest zupełnie pozbawioną wyrazu, zatroskaną kobietką. Ahsoce po konfrontacji z grupą Jedi Mistrza Altisa opadła z wrażenia szczęka i prawie do samego końca pozostaje w takiej pozycji. Na pierwszy plan wysuwają się za to Kapitan Rex, Gilad Pallaeon oraz jego ukochana, agentka Hallena. Reszta jest tylko tłem, szarą masą, która nieudolnie pcha całą machinę naprzód. 
 
Gdzieś na drugim planie, przez niemal całą powieść przewija się sugestywny obraz niesprawiedliwej – w przekonaniu Karen Traviss – wojny i równie niesprawiedliwego losu klonów. Nie przeszkadza on jednak w bezsensownym posyłaniu na śmierć całych oddziałów, by tylko uratować jedną agentkę, która na domiar złego nie posiada żadnych użytecznych informacji, a co więcej, została zdekonspirowana przez własną nieostrożność. I oczywiście autorka próbuje wmówić czytelnikowi, że osobiste pobudki kapitana okrętu nie rzutują na jego decyzje, a Rex z własnej woli rzuca się w wir walki, no bo przecież „do tego zostaliśmy stworzeni, to nasza praca.”
 
„Żadnych jeńców” jest kolejną powieścią z uniwersum Star Wars, której lekturę spokojnie można sobie odpuścić. Przegadana, płytka i nudna, to najlepsze określenia tej książki. Moda na Wojny Klonów spowodowała, że jakość tytułów gwiezdno wojennych dramatycznie spadła. Gdy jesteśmy dosłownie zasypywani kolejnymi tytułami, trzeba szczególnie uważnie wybierać naprawdę wartościowe pozycje, gdyż w przeciwnym wypadku doświadczymy wielkiego rozczarowania. A gdy Karen Traviss zabiera się do pisania kolejnej sentymentalnej powieści, drzyjcie półki księgarń i serca czytelników!

Star Wars: Wojny Klonów - Żadnych jeńców

Autor: Karen Traviss
Wydawnictwo: Amber
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 10/2010
Tytuł oryginalny: Star Wars: Clone Wars: No Prisoners
Rok wydania oryginału: 2009
Liczba stron: 280
Format: 125x190 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788324137770
Wydanie: I
Cena z okładki: 32,80 zł


blog comments powered by Disqus