Fragment # 1 z książki "Misja 100"

Autor: Kass Morgan

Misja 100

Kass Morgan

Wydawnictwo Bukowy Las

Przełożył Maciej Studencki

 

ROZDZIAŁ 1

Clarke

 

Przesuwne drzwi otworzyły się szeroko. „Już po mnie”, pomyślała Clarke.

Utkwiła oczy w butach strażnika i opanowała gwałtowny atak paniki. Uniosła się na łokciu, odklejając koszulę od zapoconej pryczy, czując tylko ulgę, że wszystko się już kończy.

Przeniesiono ją do izolatki po tym, jak zaatakowała strażnika, ale w przypadku Clarke izolacja nigdy nie była pełna. Gdziekolwiek się znajdowała, wszędzie słyszała głosy. Mówiły do niej z kątów ciemnej celi, wypełniały ciszę pomiędzy uderzeniami pulsu, odzywały się z najgłębszych zakamarków umysłu. Nie chciała umierać, jeżeli jednak miałby to być jedyny sposób na uciszenie głosów, była gotowa na śmierć.

Została Odosobniona za zdradę, lecz prawda wyglądała o wiele gorzej, niż ktokolwiek mógł sobie wyobrazić. Nawet gdyby jakimś cudem podczas ponownego procesu została ułaskawiona, nie przyniosłoby jej to ulgi. Bolesne wspomnienia doskwierały jej bardziej niż ściany celi.

Strażnik odchrząknął i przestąpił z nogi na nogę.

- Więzień cztery tysiące dziewięćdziesiąt osiem, proszę wstać!

Był młodszy, niż mogła się spodziewać, a niebieski mundur wisiał na nim jak na tyczce, zdradzając, że jego właściciel zaciągnął się dopiero niedawno. W wypadku tego chłopaka kilka miesięcy wojskowych racji żywnościowych nie wystarczyło, by zatrzeć ślady niedożywienia i biedy panującej na pokładach zewnętrznych statków Kolonii, „Waldena” i „Arkadii”.

Clarke odetchnęła głęboko i wstała.

- Ręce przed siebie – powiedział, wyciągając z kieszeni uniformu metalowe kajdanki.

Clarke zadrżała, kiedy ich dłonie zetknęły się przelotnie. Od kiedy przeniesiono ją do nowej celi, nikogo nie widziała, a tym bardziej nie dotykała.

- Za ciasne? – zapytał oficjalnym tonem, w którym dało się jednak usłyszeć nutę współczucia. Sprawiła ona, że Clarke poczuła w piersi dojmujący ból. Już od dawna nikt nie okazywał jej współczucia – poza Thalią, jej byłą towarzyszką z celi i jedyną przyjaciółką na świecie.

Potrząsnęła głową.

- Siadaj na pryczy, doktor już idzie.

- Robią to tutaj? – Clarke z trudem wydusiła słowa.

Jeżeli nadchodził doktor, oznaczało to, że zrezygnowano z ponownego procesu. Nie powinno jej to zaskoczyć: zgodnie z prawami Kolonii egzekucje na dorosłych wykonywano niezwłocznie po wydaniu wyroku, ale nieletni podlegali Odosobnieniu, dopóki nie skończyli osiemnastu lat. Wtedy dawano im jeszcze jedną, ostateczną szansę na przedstawienie swojej sprawy radzie. Ostatnio jednak – nawet po ponownym procesie – skazańców tracono za przestępstwa, za które jeszcze kilka lat wcześniej zostaliby ułaskawieni.

Mimo to Clarke nie mogła uwierzyć, że śmiertelny wyrok zostanie wykonany w celi. Spodziewała się, że czeka ją ostatni, długi spacer do szpitala, w którym spędziła tyle czasu podczas stażu – ostatnia szansa, by znaleźć się w znajomym otoczeniu, nawet jeżeli przed śmiercią poczuje tylko zapach środka dezynfekcyjnego i usłyszy szum klimatyzacji.

Strażnik, unikając jej wzroku, odezwał się:

- Siadaj, powiedziałem!

Clarke zrobiła kilka kroczków i usadowiła się sztywno na krawędzi wąskiej pryczy. Wiedziała, że izolacja zaburza poczucie czasu, ale trudno jej było uwierzyć, że spędziła samotnie niemal sześć miesięcy. W porównaniu z tym rok w celi z Thalią i jeszcze jedną dziewczyną, Lise, która uśmiechnęła się po raz pierwszy dopiero wtedy, gdy zabierano Clarke do izolatki, był całą wiecznością. Nie widziała jednak innej możliwości. Dziś musiały przypadać jej osiemnaste urodziny, a jedynym prezentem, jaki na nią czekał, była strzykawka z płynem, który sparaliżuje mięśnie, aż serce przestanie bić. Potem zaś jej martwe ciało zostanie zgodnie ze zwyczajami Kolonii wyrzucone ze statku, by bez końca krążyć w przestrzeni kosmicznej.

W drzwiach pojawił się następny gość, wysoki, szczupły mężczyzna. Sięgające do ramion siwe włosy częściowo zasłaniały odznakę na kołnierzu kitla. Clarke mimo to rozpoznała głównego medycznego doradcę rady, doktora Lahiriego. Przed Odosobnieniem spędziła niemal rok u jego boku; nie potrafiłaby policzyć, ile razy asystowała mu podczas operacji. Inni stażyści zazdrościli Clarke przydziału, a kiedy odkryli, że doktor Lahiri był jednym z najbliższych przyjaciół jej ojca, oskarżali ją nawet o nepotyzm. Przestali to robić po egzekucji jej rodziców.

- Cześć, Clarke – rzucił przyjacielskim tonem, jakby witał ją w szpitalnej kantynie, a nie w więziennej celi. – Jak się masz?

- Myślę, że lepiej niż za chwilę.

Doktor Lahiri zazwyczaj nagradzał przejawy czarnego humoru Clarke uśmiechem, ale tym razem skrzywił się tylko.

- Czy mógłby pan zdjąć te kajdanki i zostawić nas na chwilę samych? – poprosił strażnika.

Mężczyzna poruszył się niezdecydowanie.

- Nie wolno mi pozostawiać jej bez straży.

- Może pan przecież pełnić straż z tamtej strony drzwi – powiedział doktor z przesadną cierpliwością. – To nieuzbrojona siedemnastolatka. Sądzę, że potrafię sobie z nią poradzić.

Funkcjonariusz zdjął Clarke kajdanki, usiłując nie patrzeć jej w oczy. Ukłonił się krótko doktorowi i wyszedł z celi.

- Miał pan na myśli „nieuzbrojona osiemnastolatka” – poprawiła go Clarke, starając się przywołać na twarz grymas, który według niej był uśmiechem. – Czy też zamienił się pan w jednego z tych szalonych naukowców, którzy nie wiedzą, jaki mamy rok?

Właśnie taki był jej ojciec. Zapomniał kiedyś zaprogramować oświetlenie w mieszkaniu i skończyło się to tym, że wyszedł do pracy o czwartej rano, zbyt pochłonięty swoimi badaniami, by zauważyć, że korytarze statku są jeszcze puste.

- Wciąż jeszcze masz siedemnaście lat, Clarke – wyjaśnił doktor Lahiri spokojnym, flegmatycznym tonem, którego używał zazwyczaj wobec pacjentów wybudzających się z pooperacyjnej narkozy. – Siedziałaś w izolatce przez trzy miesiące.

- W takim razie co pan tu robi? – zapytała, nie potrafiąc ukryć paniki w głosie. – Prawo mówi, że musi pan zaczekać, dopóki nie skończę osiemnastu lat!

- Nastąpiła zmiana planów. To wszystko, co wolno mi powiedzieć.

- Ach, więc wolno panu mnie zabić, ale nie wolno ze mną porozmawiać? – Pamiętała doktora Lahiriego z sali sądowej. Wyczytała wtedy z jego ponurej twarzy dezaprobatę dla procesu jej rodziców, ale teraz nie była już tego pewna. Nie wstawił się za nimi – ani on, ani nikt inny. Siedział tylko i milczał, podczas gdy rada uznała, że dwoje najznakomitszych naukowców z „Feniksa” naruszyło Kodeks Gai, zbiór zasad ustanowionych po kataklizmie, by zapewnić ludzkiej rasie przetrwanie. – A co z moimi rodzicami? Ich też pan zabił?

Doktor Lahiri zamknął oczy, jak gdyby słowa Clarke zmieniły się w coś widzialnego i groteskowego.

- Nie przyszedłem, żeby cię zabić – rzekł spokojnie. Otworzył oczy i wskazał taboret obok pryczy. – Mogę usiąść?

Kiedy Clarke nie odpowiedziała, doktor zrobił dwa kroki i siadł naprzeciwko niej.

- Pokaż mi, proszę, swoje ramię.

Clarke poczuła, jak mięśnie jej klatki piersiowej sztywnieją, i zmusiła się do oddychania. Kłamał. W okrutny sposób kłamał, ale za minutę wszystko się już skończy…

Wyciągnęła ku niemu dłoń. Doktor sięgnął do kieszeni kitla i wyciągnął chusteczkę pachnącą środkiem odkażającym. Clarke zadygotała, kiedy przecierał nią jej ramię.

- Nie martw się, to nie zaboli.

Z całych sił zacisnęła powieki.

Przypomniała sobie udręczony wzrok Wellsa, kiedy strażnicy wyprowadzali ją z pomieszczeń rady. Wściekłość, podczas procesu pożerająca ją gwałtownym płomieniem, dawno już się wypaliła, lecz myśl o Wellsie posłała przez jej ciało nową falę gorąca, tak jak umierająca gwiazda emituje ostatni błysk światła, zanim zapadnie się w nicość. Jej rodzice byli martwi, i to wyłącznie z jego winy.

Doktor Lahiri trzymał jej ramię, a jego palce szukały żyły.„Mamo, Tato, zaraz się zobaczymy”.

Jego dłoń zacisnęła się. To było to.

Clarke zaczerpnęła głęboko powietrza, czując ukłucie po wewnętrznej stronie przegubu.

- No. Gotowe.

Gwałtownie otworzyła oczy. Spojrzała w dół i zobaczyła na ramieniu metalową bransoletę. Przebiegła po niej palcami i skrzywiła się, czując na skórze tuzin drobnych igiełek.

- Co to jest? – zapytała z obawą, odsuwając się od doktora.

- Spokojnie – odparł flegmatycznie. Jego brak emocji zaczynał ją powoli irytować. – To przekaźnik monitorujący stan zdrowia. Będzie śledził twój oddech, badał skład krwi i zbierał różne użyteczne informacje.

- Użyteczne dla kogo? – spytała Clarke.

Wyczuwała już, co odpowie doktor, a w żołądku rosła jej wielka kula strachu.

- Ostatnio w nauce dokonano kilku niebywałych odkryć – oznajmił doktor Lahiri, a jego słowa brzmiały jak słaba imitacja przemowy ojca Wellsa, kanclerza Jahy, z okazji ceremonii pamięci. – Powinnaś być bardzo dumna, to dzięki twoim rodzicom.

- Moi rodzice zostali straceni za zdradę!

Doktor popatrzył na nią z dezaprobatą. Rok wcześniej Clarke skurczyłaby się ze wstydu, ale teraz odpowiedziała mu równie twardym spojrzeniem.

- Nie psuj tego, Clarke. Masz szansę postąpić odpowiednio i zadośćuczynić przerażającej zbrodni twoich rodziców.

Pięść dziewczyny z głuchym trzaskiem trafiła w twarz doktora, a zaraz potem jego głowa z łomotem odbiła się od ściany. Kilka sekund później strażnik wykręcił Clarke ręce za plecami.

- Wszystko w porządku, sir? – zapytał.

Doktor Lahiri powoli wracał do pozycji siedzącej, trąc szczękę i mierząc rozmówczynię wzrokiem, w którym wściekłość mieszała się z rozbawieniem.

- Przynajmniej wiemy, że będziesz w stanie obronić się przed innymi przestępcami, kiedy już tam będziesz.

- Gdzie będę? – wystękała Clarke, usiłując uwolnić się z uchwytu strażnika.

- Dzisiaj opróżniamy centrum zatrzymań. Setka kryminalistów dostanie szansę stworzenia nowej historii. – Kąciki ust doktora rozciągnęły się w złośliwym uśmieszku. – Lecisz na Ziemię.

Misja 100

Autor: Kass Morgan
Tłumaczenie: Maciej Studencki
Wydawnictwo: Bukowy Las
Miejsce wydania: Wrocław
Wydanie polskie: 2/2015
Tytuł oryginalny: The 100
Rok wydania oryginału: 2013
Liczba stron: 264
Format: 130x205 mm
Oprawa: miękka ze skrzydełkami
ISBN-13: 9788363431846
Wydanie: I
Cena z okładki: 34,90 zł


blog comments powered by Disqus