"Białe drzewo" - recenzja książki

Autor: Paweł "Corvin" Maniak
Korekta: Agata "Bulehithien" Wiśniecka
10 czerwca 2013



Profesora Pakosza epopeja imladryjska, czyli o tym, jak z matematyka zrobić rycerza


W pewnej norze ziemnej mieszkał sobie pewien hobbit... Ów hobbit był bardzo zamożnym hobbitem, a nazywał się Baggins (Hobbit, czyli tam i z powrotem, J. R. R. Tolkien). Wróć, jeszcze raz. W roku 1991 w Gdyni mieszkał sobie pewien profesor – profesor Przemysław Pakosz, wybitny matematyk z wielkim dorobkiem naukowym. Tylko że nie są to "nasze" lata 90., a alternatywna rzeczywistość wykreowana przez autorkę. Świat, w którym demokratyczna opozycja przegrała, przy władzy dalej utrzymuje się aparat władzy ludowej, a stan wojenny trwa już 10 lat. W takiej sytuacji politycznej rządząca partia zgadza się na bardzo nietypowy eksperyment naukowy pod przewodnictwem Pakosza. Mianowicie – skonstruowanie "wehikułu czasu" i wysłanie w przeszłość wszystkich chętnych do wzięcia udziału opozycjonistów. W ten sposób rząd pozbędzie się niechcianych elementów politycznych, a przeciwnicy systemu uzyskają wolność, zakładając, że podróż zakończy się sukcesem.

Fabułę książki można podzielić na dwie części. Pierwsza to historia samego eksperymentu, w którym główną rolę odgrywają jego inicjator wraz z córką Zośką, były oficer marynarki skazany za zdradę – Józef Søren, oraz pierwszy sekretarz KW PZPR w Gdańsku – Romuald Lasoń. W drugiej części poznajemy już tylko losy historycznych alter ego Pakosza i Lasonia, których przygody rozgrywają się na przełomie XIII i XIV wieku.

Oceniając Białe drzewo należy powiedzieć, że sama koncepcja podróży w czasie nie jest niczym nowym w popkulturze, podobnie jak motyw przeplatania się dwóch światów – w tym przypadku współczesnego oraz średniowiecznego. Katarzyna Manikowska próbowała pokazać możliwość koegzystencji dwóch odmiennych rzeczywistości i niestety nie jest to próba do końca udana. Przede wszystkim autorka potraktowała problem po macoszemu. Podróż w czasie to u niej transfer osobowości do istniejącego podmiotu, co nie pociąga za sobą żadnych skutków ubocznych. Współistnienie dwóch umysłów w jednym ciele kwituje zaledwie kilkoma zdaniami, które trudno uznać za satysfakcjonujące wyjaśnienie. Dziwi to tym bardziej, że pierwszą część książki zapełniają liczne naukowe pojęcia mające, a przynajmniej można tak zakładać, przybliżyć czytelnikom zasady, na jakich przebiega eksperyment. Szkoda, że nie dotyczy to w równym stopniu jego następstw. Razi przy tym fakt, że część z nich jest zupełnie zmyślona, jak chociażby byty Manwego-Bagginsa – co jest jednym z oczywistych i cokolwiek nachalnych nawiązań do twórczości Tolkiena, od których roi się w książce. I to jest niestety kolejny zarzut do autorki, która uzasadnia czerpanie z twórczości innych ideą poszukiwania przez bohaterów swojego miejsca w "nowym świecie". Nawet jeśli koncepcja fabularna powieści usprawiedliwia taki zabieg, to o wiele lepszym wyjściem byłoby stworzenie własnej odmiany Imladris czy Białego Drzewa – Nimloth (vide tytuł książki), nie korzystając z zapożyczeń. Jeśli jednak czytelnik może mieć trudności z akceptacją akcentów tolkienowskich, to już naprawdę ciężko mu będzie przełknąć wciskanie do tekstu wstawek z filmu Nieśmiertelny albo z takich cykli powieściowych jak Howardowski Conan albo Fionavarski gobelin Guya Gavriela Kaya.

To, co razi w Drzewie oprócz zapożyczeń, to również sposób wykorzystania konwencji literackich, których elementy Manikowska zaimplantowała do swojego dzieła. Są to mianowicie: etos rycerski oraz baśniowa konstrukcja fabuły. Temu pierwszemu towarzyszą porównania postaci do Lancelota z Jeziora czy Artura Pendragona, przy których można zastanowić się, na ile rozpowszechnione były legendy arturiańskie w XIII i XIV-wiecznej Polsce, że ludzie wówczas urodzeni mówią o nich w sposób całkowicie swobodny. Ale prawdziwym problemem jest to, że autorka wykorzystuje ten etos w sposób powierzchowny. Nie tworzy wzoru idealnego rycerza, wiernego i szukającego sławy w boju. Przemko z Wilczna jest postacią, która walczy niechętnie, w zasadzie woli odwoływać się do swojego sprytu niż mężnego ramienia i z całą pewnością nie szuka sławy, raczej dostosowuje się do zastanej sytuacji. Ma w sobie nieco z awanturnika, a fakt, że Manikowska roztacza nad nim parasol bezpieczeństwa, powoduje, że trudno brać na serio jego przygody. Już w trakcie lektury czytelnik nabiera przekonania, że wszystko zakończy się happy-endem, bohater wykaraska się z każdych możliwych kłopotów, posługując się głównie elokwencją, bez uciekania się do prymitywnej przemocy, a przeciwnicy pokonani w ten czy inny sposób ustąpią mu pola. Pisarka umieściła protagonistę w bajkowej, różowej otoczce, z której trudno mu się wydobyć. Wiąże się to jednocześnie z drugą użytą konwencją, ponieważ wszystkie średniowieczne przygody Pakosza mają baśniową konstrukcję. Zachowane są niektóre charakterystyczne motywy jak przenikanie się światów, mędrca czy wędrówki, jednak "magiczna" strona utworu została odwrócona i funkcję magii pełni tutaj XX-wieczna wiedza profesora, a w miejsce fantastycznych istot wprowadzone są tolkienowskie odwołania. Jednocześnie brak tutaj innych znanych z baśni elementów jak spersonifikowane zło czy wiara w ingerencję sił nadprzyrodzonych. Szkoda, że autorka nie wykorzystała znanej, a jednocześnie wciąż bardzo bogatej konwencji starofrancuskich chansons de geste, które zawierają zarówno etos rycerski, jak i cały konglomerat czarodziejskich stworzeń, zaklęć i wszelkich innych fantastycznych aspektów. To uczyniłoby książkę bardziej spójną, nie wystawiając jej na zarzut korzystania z oczywistych zapożyczeń.

Kilka słów należy się także samym realiom przedstawionym w książce, jak i jej warstwie językowej. Katarzyna Manikowska starała się – i trzeba ją za to pochwalić – oddać w miarę sprawnie średniowieczną otoczkę, stąd wykorzystanie dawnego słownictwa oraz skrótowe, ale jednak opisy obyczajów. Nie da się co prawda uzyskać w ten sposób jakieś znaczącej wiedzy o średniowiecznej Polsce, ale miło, że autorka dołożyła starań w celu zachowania klimatu czasów, w jakich toczy się opowieść. Niestety, potraktowanie samego transferu w czasie z przymrużeniem oka spowodowało, że bohaterowie, zwłaszcza główny protagonista, operują również słownictwem z zupełnie innej epoki, co czasem prowadzi do kuriozalnych sytuacji. Sama powieść napisana jest w sposób zgrabny, widać, że pisarka potrafi tak operować słownictwem, by zbudować historię, nie uciekając się do wulgaryzmów czy epatowania brutalnością.  

Podsumowując, debiutu Manikowskiej paradoksalnie nie należy oceniać w sposób negatywny. Autorka dokonała swoistego retellingu opowieści o hobbicie, bo chociaż główny bohater porównywany bywa do krasnoluda, to jego umiłowanie wędrówki oraz to, jak bardzo podróż w czasie go odmieniła, czynią go bardziej podobnym do Bilba Bagginsa niż do któregoś z pozostałych towarzyszy Thorina Dębowej Tarczy. Przynajmniej w tej warstwie opowieść jest prowadzona w sposób konsekwentny, w stosunkowo lekkim tonie i przyjaznej narracji, jaką znamy z Hobbita. Można krytykować, że powieść nie jest nowatorska w tym, o czym opowiada, ale jeśli nie będziemy traktować jej jako poważnej pozycji z gatunku historycznych, to okaże się, że mamy w gruncie rzeczy do czynienia z przyjemną w odbiorze lekturą. Danie szansy autorce na rozwinięcie warsztatu może w przyszłości skutkować lepiej dopracowanymi powieściami, które zabiorą czytelników w inne światy i których czytanie dostarczy wiele przyjemności.  
 

Białe drzewo

Autor: Katarzyna Manikowska
Wydawnictwo: Novae Res
Miejsce wydania: Gdynia
Wydanie polskie: 1/2013
Liczba stron: 462
Format: 130x210 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788377225684
Wydanie: I
Cena z okładki: 39 zł


blog comments powered by Disqus