Recenzja książki "Szaleństwo aniołów"

Autor: Anna Kołodziejska
Korekta: Bool
29 grudnia 2010

Magnetyczny urok książki Kate Griffin doskonale odzwierciedlają słowa motta, które poprzedza treść powieści: „Magia to życie. Nie można ich od siebie oddzielić. (…) w dzisiejszych czasach magia nie kryje się już w pnączach i drzewach. Skupia się tam, gdzie można znaleźć większą część życia, jarzącą się obecnie neonowym blaskiem”. To, co zwykle utożsamiamy z hasłem magia, czarnoksięstwo, ma swoje źródło w wyobraźni kreatorów światów takich jak Tolkien czy Wolfe. Nadnaturalna moc, w którą wyposażeni są bohaterowie zamieszkujący te krainy, silnie powiązana jest z pierwiastkiem chtonicznym, ziemskim, z naturą i wszelkimi jej wytworami. W „Szaleństwie aniołów” siedliskiem magii jest zgoła przeciwna jej materia – twór ludzki, jakim jest miasto, przestrzeń urbanistyczna, usytuowana w współczesnym uniwersum, które czytelnik dobrze zna, które identyfikuje jako swoje.

W mieście, po którym zostajemy oprowadzeni, można się zgubić, ekscytująco zabłąkać, przeżyć kontakt z tajemnicą ukrytą pod całkiem niepozornymi, zwyczajnymi rzeczami wyzierającymi spod płaszcza rutyny i codzienności. Żeby uciec się do małego porównania, skierujmy swój wzrok w stronę Bułhakowa, który z przestrzeni miejskiej uczynił istny labirynt cudów. Tam ze spowitymi magiczną poświatą moskiewskimi zakamarkami z lat dwudziestych ubiegłego wieku zaznajamiało czytelnika gadatliwe kocisko Behemot i szatan Woland we własnej osobie. U Griffin mamy nowoczesną wersję tej przejażdżki po centrum i peryferiach Londynu. Autorka oferuje odbiorcy mieszankę naprawdę ciekawą i niespotykaną, zestawia bowiem świat utkany z tematycznych nici fantasy i cyberpunku. Miasto wraz z zamieszkującymi je przedziwnymi istotami jest niczym sieć, tętniąca własnym życiem macierz, królestwo, w którym rezydują starożytne moce takie jak Lady Neon czy Król Żebraków.

Przewodnikiem u Griffin jest czarnoksiężnik Matthew Swift, świeżo upieczony zmartwychwstały, wprawiający w stan zdumienia tych, którzy byli świadkami jego śmierci. To on i jego nowo poznana świta magów i czarowników z Dudleyem Sinclairem, szaloną i notorycznie przeklinającą bezdomną Dorie oraz przenikliwym grubaskiem Charliem na czele wysysają energię z ulicznych lamp, deszyfrują pod graffiti na murach niedostrzegalne ludzkim okiem znaki zdradzające terytorium żebraczych klanów, znikają w świetlnej łunie z budek telefonicznych. Celem ich wspólnej wyprawy w nieznane i niebezpieczne zakątki Londynu jest odnalezienie złowrogiego Roberta Jamesa Bakkera, który, podobnie jak nasz narrator Swift, para się czarnoksięstwem, jego kochanki Dany Minedy oraz siedliska największej tajemnicy w powieści – Wieży.

Historia opowiedziana ustami czarnoksiężnika jest wielowątkowa, uderza plastycznością opisów i żywiołowością dialogów. Bezlik przygód, jakie przeżywają bohaterowie, jest wprost nie do ogarnięcia w kilku zaledwie słowach. Z każdą następną przeczytaną stroną nawarstwiają się pytania, zagmatwania fabularne. Dopiero retrospektywny rozdział poświęcony przeszłości głównej postaci rzuca nieco światła na koleje jej losu, tłumaczy sens dalszego postępowania. Nie zdradza jednak wszystkiego. Bo o tym, czy życie Swifta będzie wiodło ścieżkami przepowiedni jasnowidza Alfreda Khana, przekonamy się dopiero, gdy dotrzemy do końca opowieści. Pewnym jest spektakularny epilog wedle słów, które wyszeptała czule widząca wiele babka bohatera: „Nie jesteś gotowy, chłopcze. Jeszcze nie. Trzeba zaczekać. Potem zaśpiewasz jak anioł”.

Matthew Swift #1 - Szaleństwo aniołów

Autor: Kate Griffin
Tłumaczenie: Michał Jakuszewski
Wydawnictwo: Mag
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 1/2011
Tytuł oryginalny: Matthew Swift: A Madness of Angels
Rok wydania oryginału: 2009
Liczba stron: 560
Format: 135x200 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7480-196-6
Wydanie: I
Cena z okładki: 39 zł


blog comments powered by Disqus