Fragment książki "Kości czasu"


LYNN

Honolulu 2034


1


Lynn Oshima odmierzała kroki, a potem kręciła się w kółko i przeskakiwała wyboje, starając się nie tracić rytmu. Owładnął nią endorfinowy wir biegania, czysta biała energia pochłaniała każdy lęk przed bólem. Biegnąc, potrafiła zapomnieć, że wie za dużo o nielegalnych badaniach genetycznych Interspace - IS - gdyż opierały się na pracy, którą sama wykonała. Potrafiła zapomnieć o swojej bierności. Potrafiła zapomnieć, że Nana nieustannie ją krytykuje za embrion z Kliniki "Zygota", wszczepiony przed dwoma miesiącami.

I niemal zapominała, gdy po pierwszych trzech milach biegu wszystko wydawało się błyszczące, że pomimo obrzydzenia do IS czuje ogromną pokusę, by skorzystać z całkowicie nieoficjalnej propozycji swojego brata Jamesa i polecieć do Hongkongu, gdzie miałaby pośredniczyć w czarnorynkowej transakcji polegającej na kupnie części szpiku kostnego Mao. James zignorował jej ultimatum sprzed miesiąca, kiedy powiedziała mu, że ma dość jego podejrzanych układów. Wiedział, że jest uzależniona od informacji jeszcze bardziej niż od endorfin.

Centrum Honolulu wyglądało tego ranka bosko. Zewsząd otaczały ją szklane wieże, skąpane w promieniach wschodzącego słońca. Ciemnozielone Góry Koolau nagle wynurzyły się przed nią jak wizja raju, gdy poranne wiatry zepchnęły skłębione chmury za bazę Hickam i jeszcze dalej, w kierunku morza. Lynn wciągała do płuc zimne, czyste powietrze. Minął ją cichy, otwarty maglev. Wysiadło z niego dwóch prawników.

Chińska kwiaciarka uśmiechnęła się do Lynn, gdy ta biegła obok jasnopomarańczowych wiązanek strelicji królewskich, ustawionych w wysokich czarnych pojemnikach. Okropna jest ta Nana, krytykując jej decyzję o urodzeniu dziecka! Niech się kuli w swojej starej japońskiej chałupce, niech bierze te staroświeckie pastylki na ciśnienie, zamiast dać sobie wszczepić implant, i niech mamrocze, jaki straszny zrobił się świat, a wraz z nim jej syn - praktycznie szef Interspace - i jej wnuki.

Przez chwilę czuła bolesne kłucie, ale zignorowała je. Za chwilę poczuje się lepiej. Wyszła z sali Zendo, ponieważ nie czuła się dobrze. Codziennie o 4.30 rano szła ciemną Nuuanu na róg kościoła Zen, obok ambasady japońskiej. Tego ranka liście szeleściły i krople nagłej ulewy skapywały przez parawan obok miejsca, które zajmowała. Lynn miała rozbiegane oczy, siedziała wyprostowana, jakby otaczało ją zupełnie nowe powietrze. Deszcz skończył się po paru minutach i, jak zwykle, na dziesięć minut przed nastaniem tropikalnego świtu rozległ się szczebiot ptaków.

Lynn nie rozmyślała o tych wydarzeniach: co najwyżej odnotowywała je w pamięci. Sędziwy roshi uderzył w drewnianą tima i zaczął się śpiew, przenikający Lynn do szpiku kości jak głęboko ukryte w oddali źródło obcej energii.

Pamiętała powstawanie na kinhin, medytację podczas chodzenia i powolne przemierzanie pokoju. Potem miała sensacje żołądkowe i wybiegła przez korytarz na ganek. Wiedziała, że wszyscy słyszą, jak wymiotuje, wszyscy ci starzy mężczyźni, którzy nawet nie mieli ochoty przyjmować kobiety w swoje szeregi. Zrobili to, bo się uparła i podczas wieczorków wybierała strzelanie z łuku, a nie układanie kwiatów. Przynajmniej była stuprocentową Japonką. To był jej jedyny atut. Oni oczywiście myśleli "nic" albo "kobieta". "Niezamężna, wstyd". Jej ojciec był tak samo staroświecki jak oni i jeszcze się tym szczycił. Potem zapomnieli tej myśli, i wielu następnych. Co do Lynn, myśli czepiały się jej jak tłuszcz brudnych naczyń. Ocierając pot z czoła, podeszła do automatu z wodą i opłukała twarz.

Czy potem przeszła te kilka przecznic dzielących ją od domu? Nie! Niebo było cudowne, miało delikatny odcień błękitu, a świt był tak szybki, tak kompletny, że mogła obserwować jego nadejście i czuć się częścią dojrzałego poranka, i czas nie rozpraszał jej uwagi. Nic nie mogło się równać z równikowym światłem. Ignorując ból, który wciąż narastał, wyjęła z kieszeni okulary przeciwsłoneczne, obróciła się na pięcie i zaczęła biec... bieg temu zaradzi.

Czyżby robiło się coraz gorzej? Nie była pewna. Przełączyła się na Two-Part Invention, zerkając na prawą górną ćwiartkę swoich okularów. Ominęła tradycyjną muzykę japońską i Billie Holidaya, aż dotarła do Bacha, który świetnie pasował do jej tempa. Oczy Lynn zalewał słony pot, otarła czoło chustką.

Spijała aromat pąków plumerii, które opadały na wietrze na opleciony winoroślą strumień Nuuanu. W uszach miała głośny szum wody. Dwóch młodych chłopców podjechało do niej, pokrzykując na siebie nawzajem. Nawet nie spojrzeli na nią, gdy rozjeżdżali się na boki. Starczy szept Nany zagłuszył Bacha: "Jesteś nienormalna, dziewczyno, nie powinnaś biegać, będąc w ciąży. To wariactwo, że w ogóle je tam wszczepiłaś. Wybrałaś ojca z katalogu? To nie może być prawdziwe dziecko. Myślę, że od tego doktoratu jeszcze bardziej zgłupiałaś! Dlaczego nie wyjdziesz za mąż i nie zrobisz sobie prawdziwego dziecka? Dziecko potrzebuje ojca. Jeszcze nie jesteś za stara, żeby sobie znaleźć faceta. Trzydzieści pięć lat to jeszcze nie starość". Dzień w dzień to samo. To, że Nana dożyła setki, zawdzięczała swojej zgryźliwości. Codziennie ostrzyła swój umysł, jakby to był nóż, na nieuprzejmych sklepikarzach, na swojej rodzinie, na całym świecie bez wyjątku.

Dwie przecznice od domu Nany Lynn zaparło dech w piersiach z bólu. Złapała się za brzuch i zgięła w pół.

Miała wrażenie, że świat się oddala. Koreańska restauracja po drugiej stronie ulicy, stary Japończyk niosący siatkę z artykułami spożywczymi przed nią, góry wznoszące się ostrymi grzbietami i przysłaniające niebo, pisk i łoskot śmieciarki - to wszystko wydawało się zamazane i nierzeczywiste. Była spocona. Chwyciła się częściowo spróchniałej sztachety płotu. Kiedy, ciężko dysząc, oparła się o nią, drewno trzasnęło i trochę się wygięło. Jeszcze nigdy nie odczuwała tak strasznego bólu. Zauważyła strużkę ciemnej krwi na wewnętrznej stronie uda, poniżej szortów. Jedna kropla spadła na chodnik.

Za gęsto ulistnionymi mangowcami ledwo było widać malutki, podobny do lokum Nany drewniany dom, jeden z wielu, jakie budowano wieki temu dla imigrujących robotników. Jednak dom Nany był czysty i starannie utrzymany, zbudowany na planie kwadratu i pomalowany na szaro, z błyszczącym czarnym wykończeniem. Ten dom zaś wyglądał tak, jakby nawiedzały go duchy - był niepomalowany i miał krzywy ganek. Jego pozostałą część skrywała malutka, prywatna dżungla. Czerwono-żółty hibiskus szalał wśród pnączy, które zwisały z mimoz, jeszcze mokrych po porannej ulewie. Nie widać było choćby skrawka trawnika.

Lynn usiłowała się wyprostować. Pchnęła furtkę zwisającą ze sfatygowanego płotu i zmusiła się do marszu po zarośniętym, betonowym chodniku. Była na pierwszym stopniu, kiedy usłyszała trzask rozsuwających się drzwi.

Oszołomiona bólem Lynn wytrzeszczyła oczy. Wciąż docierała do niej muzyka Bacha. Gwałtownym ruchem zdjęła okulary przeciwsłoneczne i rzuciła je na chodnik.

Ten piękny chłopiec wydawał się tak doskonały, że nie mógł być prawdziwy. Miał złocisto-brązową skórę i duże, inteligentne oczy z długimi, czarnymi rzęsami. Jego owalną twarz okalały kręcone włosy. Miał na sobie luźne, białe szorty i chodził boso. Jego ciało również było doskonałe - gładkie, bez skazy, o proporcjach posągu. Stał na tle kwitnącej na żółto winorośli, która oplatała zniszczone deski wokół drzwi. Lynn pomyślała, że mógł mieć piętnaście, szesnaście lat.

Kiedy spuścił głowę i zobaczył buty Lynn, teraz zbryzgane krwią, otworzył szeroko oczy.

Miała zaledwie kilka sekund na przyglądanie się nieznajomemu. Potem znowu chwycił ją ból.

- Wezwij karetkę - powiedziała i osunęła się na schodek. - Mam poronienie. - Chłopiec stał zszokowany. - Pośpiesz się! - wrzasnęła. - Czy jest tu jeszcze ktoś? - Usiłowała wstać, ale nie mogła się wyprostować. W końcu jakoś doczłapała do drzwi, odepchnąwszy chłopca na bok. - Ktoś jest w domu? - krzyknęła do ciemnego korytarza.

W korytarzu pojawił się najpierw stary człowiek, a potem młodsza kobieta, każde z innych drzwi. W przyćmionym świetle spojrzeli na siebie, potem na nią, a wreszcie na drzwi frontowe, w których wciąż stał chłopiec.

- Wejdź do środka! - powiedziała kobieta. Jej czarne włosy sięgały prawie do kolan, były dłuższe niż jej żółta muu-muu. - Cóżeś ty sobie myślał? - Przebiegła obok Lynn.

- Ale ona jest ranna - powiedział chłopiec.

- Wezwijcie pogotowie - powiedziała Lynn. - Proszę.

Mężczyzna skinął głową i wrócił do swojego pokoju. Wyłonił się z niego mniej więcej po minucie.

- Już jedzie - powiedział. - Pomogę pani.

- Chyba nie jestem w stanie chodzić - odparła Lynn. Była wystraszona i z przerażeniem uświadomiła sobie, że zaczyna płakać.

Chociaż zarost na klatce piersiowej mężczyzny był zupełnie siwy, pochylił się i podniósł ją z taką łatwością, jakby była dzieckiem. Lynn rozglądała się po korytarzu, usiłując nie myśleć o tym, co się z nią dzieje, i co już na pewno się stało.

- Gdzie jest ten chłopiec? - zapytała.

- Jaki chłopiec? - odparł mężczyzna.

- Tu był chłopiec.

Mężczyzna stawiał duże, szybkie kroki. Coraz głośniej było słychać wycie karetki. Znajdowali się zaledwie kilka przecznic od Szpitala Kobiecego Kapiolani, gdzie dziecko miało się urodzić.

- To musiał być jakiś chłopak z sąsiedztwa - zawyrokował. Położył ją na noszach i poczuła, że jej karku dotyka chłodny, kojący czujnik, monitorujący funkcjonowanie organizmu. Mężczyzna odszedł, nie mówiąc nic więcej.

Kiedy ruszyli, lekarz założył Lynn maskę tlenową, ale wiedziała, że jest za późno na pomoc.

Za późno, by uratować dwumiesięczny płód, którego imię brzmiało Masa Elizabeth Oshima, dziecko, które już znajdowało się na liście kandydatów do ekskluzywnej szkoły Rainbow Keiki. Twarz złotego chłopca była jak długa muzyczna fraza. Niczym woda w rwącym potoku, jej inna przyszłość - ta, w której magicznie zmieniała typ osobowości A na B, komponowała dzieła na syntezator, wychowywała Masę i żyła z pieniędzy za patent geneskanowy zmarłej matki, a także ze sprzedaży udziałów w Interspace, kiedy ostatecznie i nieodwołalnie, bez strachu odchodziła z tej przeżartej korupcją instytucji.

Tak, dzięki zastrzykowi czystego tlenu Lynn wiedziała bez najmniejszej wątpliwości, kim był ten chłopiec. Jego obraz utrwalił się w jej pamięci przed wieloma laty i pozostał w niej aż do dziś. Wiedziała, że chłopiec prawdopodobnie niedługo umrze, tak jak inni mu podobni. Umrze jak Masa. Zmarnowane dziecko, zmarnowane życie.

Odwróciła głowę, czując piekące łzy na policzkach.




2


Stara bambusowa roleta furkotała na nocnym wietrze, kiedy Lynn wyciągnęła się na swoim krześle, oparła nogi na biurku i pochyliła się nad bladym ekranem małego handhelda. Usłyszała, jak Nana idzie w kierunku półotwartych drzwi, mijając stare wyblakłe ryciny, na których widniała Wyspa Himage. Ojciec Nany sprowadził je z Japonii w latach trzydziestych, kiedy przybył tu jako robotnik. Rok później zjawiła się jego narzeczona ze zdjęcia.

Nana stanęła w drzwiach, filigranowa i poważna. Nikomu nie chciała powiedzieć, ile ma lat, ale Lynn i jej bracia oceniali, że musi mieć jakieś sto dwa. W jej zapadniętej, zniszczonej twarzy szczególną uwagę przykuwały czarne oczy. Nie zależało jej na sztucznym poprawianiu wyglądu!

- Młoda damo, powinnaś porządnie odpocząć - napomniała Lynn. - To niedobrze, że nie śpisz pół nocy po pobycie w szpitalu.

Nana nie użyła słowa poronienie - to byłoby zbyt śmiałe.

Słysząc głos babki Lynn poczuła ulgę. Stara kobieta była delikatna, ani razu nie udzieliła jej reprymendy, przynajmniej dotychczas. Teraz wszystko wracało do normy. Tutaj był jej dom, a nie w oderwanej od prawdziwego życia posiadłości na Tantalus Drive, z której ojciec, ważna postać w Interspace, wyrzucił ją przed wielu laty. Kiedy była nastolatką, uparła się, że zacznie pracę, grając własne kompozycje na syntezatorze w Waikiki San Bar, klubie nocnym w Strefie Turystycznej na dachu hotelu Princess Kaiulani. On oświadczył, że to wstyd i hańba dla całej rodziny.

Lynn od czasu do czasu jeszcze grywała, ale od lat pasjonowała ją genetyka i teoretyczne projektowanie ludzi, w celu przystosowania ich do długich podróży kosmicznych. To było jak zupełnie nowa forma muzyki: komponowanie możliwych istot ludzkich z nieskończonych kombinacji nut potencjalnej fizjologii.

- Masz rację - powiedziała, ale nacisnęła kilka podkładek na swoim handheldzie. Jej mały holoprojektor zabuczał i spojrzała na świetlną prezentację odcinka mózgu szczura z jakiejś nieznanej czeskiej pracy, która właśnie pojawiła się w sieci. Kilkakrotnie dotknęła innej podkładki i obserwowała kolejne fragmenty zwierzęcia.

Nana cmoknęła z dezaprobatą, odwróciła się i znowu pomaszerowała korytarzem. Lekka, wonna bryza wydęła zasłonę, przedzielając hologram na pół, ale nie zakłócając go.

Lynn zawsze cieszyła się z wywalczonej wolności i uważała, że jej przyrodni bracia kilka lat młodsi od niej i całkowicie uzależnieni od Interspace bliźniacy, w głębi duszy bardzo jej zazdroszczą.

Na jej polakierowanym na czarno biurku leżał liścik od jednego z nich, Jamesa. Przysłał go zwykłą pocztą w zeszłym tygodniu i zaszyfrował kodem z dziecięcych lat. List sugerował, że Lynn powinna wybrać się do Hongkongu i wystarać o materiał genetyczny, który rzekomo pochodził od Mao. Jeszcze jeden typowy, czarnorynkowy przekręt. Nie mogła zaprzeczyć, że rajcowały ją takie transakcje. Przynajmniej kiedyś.

Jeszcze tydzień temu czuła irytującą pokusę. Pobranie materiału wiązało się z replikacją i prawem do prowadzenia badań. W ten sposób mogłaby powiększyć swoją bibliotekę genetyczną, która już zawierała DNA wizjonerskiego prezydenta Chin, Zhong Chau zamordowanej w 2025 roku. Lynn miała również kolekcję wpływowych niegdyś ajatollahów, których zakupiła w pakiecie, rozmaitych królów i królowych zarówno dawnych, jak i współczesnych, a także Lenina, Indirę Gandhi, Teddy'ego Roosevelta i cały zastęp innych polityków. Miała też biblioteki pisarzy, artystów, sportowców, naukowców, a poza tym dysponowała bogatą, całkowicie skomputeryzowaną informacją Światowej Organizacji Zdrowia, która skatalogowała i zanalizowała kroplę krwi każdej osoby urodzonej po 2004 roku. Ilekroć ktoś miał jakiś kontakt ze środowiskiem lekarskim, informację aktualizowano. Wiele genetycznych problemów nie ujawniało się przez lata i teraz istniała możliwość pomocy zagrożonym osobom, jeszcze kiedy były młode.

Mao byłby interesującym, wręcz unikalnym nabytkiem. Wiedziała, że nikt go nie miał.

Lynn odsunęła papiery na biurku i wzięła do ręki liścik od Jamesa. Ponownie go przeczytała, a potem cisnęła na blat. Kiedy otworzyła list za pierwszym razem, dodała podany przez niego kod do swojego paszportu - cienkiej, niebieskiej podkładki z elektroniczną identyfikacją i danymi. Kod miał zostać aktywowany przez agenta z Hongkongu, kiedy ona wysiądzie z samolotu, i przekazać mu wiadomość, że wszystko jest w porządku.

Potem odłożyła go do swojego portfela, jakby na potwierdzenie, iż nie może się zdecydować. To był nałóg, od którego powinna się uwolnić. Ostatnio zastanawiała się, czy nie wyrwać by się do jakiegoś ustronnego klasztoru buddyjskiego gdzieś w Kambodży czy Japonii.

Jasne, Lynn.

Teraz wyciągnęła rękę i wzięła paszport, otworzyła go i przewinęła wszystkie pozycje. Bangkok. Kathmandu. Pekin. Narita, Narita, Narita. Londyn. Kair. Dwie, trzy podróże rocznie. Uwielbiała podróże, tęskniła za nimi, nawet jeśli świat wydawał jej się bardzo smutny. Często prześladował ją obrazek z Bombaju - lśniąca holograficzna reklama białej rodziny o jasnych włosach stojącej przed piękną rezydencją, w której tęczowym cieniu stała rodzina ciemnoskórych osób żebrzących na chodniku.

No cóż. Nie mogła tylko się zadręczać. Miałaby coś do zrobienia. Mao! Byłby jej, prawie na wyłączność, przynajmniej dopóki nie zdecyduje się rzucić go na rynek. Idealny sposób na poprawienie humoru. Wyciągnęła portfel z tylnej kieszeni, wsunęła paszport, schowała portfel z powrotem. Mogła zrezygnować później.

No pewnie. Przestań się oszukiwać. Ale też przestań się tak zadręczać. Wiedza nie jest ani dobra, ani zła - rzecz w tym, kto i jak z niej korzysta.

Zatem, kto korzysta z tego, czego się dowiedziałaś? Jak? Po co?

Próbowała nie myśleć o Masa Elizabeth i zerknęła na swój hologram. Właśnie badała mediatory neurochemiczne inteligencji u ludzi i w rozwoju ludzkim, łącząc je z rozmaitymi markerami genetycznymi. A raczej zajmowała się nimi przed tym, zanim poroniła, i dość regularnie publikowała wyniki w różnych czasopismach. Przez wiele lat starała się mieć jak najmniej do czynienia z IS. Istniały takie sprawy, o których po prostu nie chciała wiedzieć. Miała akcje IS, ale nie przychodziła na zebrania od lat. Jej dywidendy były automatycznie reinwestowane. Im mniej wiedziała o mrocznych poczynaniach, które pozwalały prosperować jej braciom, tym lepsze miała samopoczucie. Nie mogli pojąć, dlaczego nie jest lojalna wobec Interspace i obwiniali o to jej matkę, japońską badaczkę, która zmarła, kiedy Lynn miała cztery lata, ale zdążyła ją zarazić bakcylem niezależności. Właśnie ta cecha nie mieściła się bliźniakom w głowach.

Zaniepokojona potencjalnymi konsekwencjami swojej pracy badawczej ostatnio odkładała wiele wniosków z eksperymentów do archiwum, zamiast je publikować. Czasami pogardzała sobą za chowanie głowy w piasek, ale cóż mogła zdziałać w pojedynkę?

Wmawiała sobie, że nic.

Czy słusznie?

Jej dziedzina była stosunkowo nowa. Zarządzał nią chciwie wydział inżynierii genetycznej Uniwersytetu Hawajskiego, który w istocie podlegał Interspace. W swojej pracy dyplomowej Lynn zajmowała się badaniem fizjologii inteligencji - cokolwiek to słowo oznaczało - i jej znaczenia dla eksploracji kosmosu w przyszłości. W tej kwestii nie dało się uniknąć wpływu IS. Był nieunikniony. Nie można było bez niego uzyskać stopnia naukowego na Uniwersytecie Hawajskim.

Rozwój dziecka bardzo się zmienił od czasu, gdy - przy gwałtownych protestach administratorów i nauczycieli - zarządzono likwidację systemów edukacyjnych dyskryminujących płeć. Jednak zdaniem Lynn zanosiło się na coś gorszego. Kiedy wybierała szkołę dla Masa, odkryła, że prowadzono dyskretne śledztwo w sprawie dodania Nici X do genetycznego kodu jej zarodka.

Manipulacja malutkimi sekwencjami w kodzie genetycznym nosiła nazwę bionan i wywoływała gwałtowne spory na całym świecie. Jeśli rodzice decydowali się wydać na świat dziecko, w którego psychice miały występować cechy upośledzające psychicznie lub fizycznie, lecz łatwe do skorygowania, czy to już kwalifikowało się jako przemoc wobec dziecka? Czy państwo powinno płacić za dodatkową opiekę lub kształcenie, jakiego mogłyby wymagać takie dzieci?

Na dodatek Lynn przekonała się, że w przypadku innych dzieci definicja normalności była jeszcze bardziej niejednoznaczna.

Oczywiście nigdzie nie było to napisane. Ale podczas wywiadu administratorka siedząca za biurkiem z opalizującego materiału, który Lynn uznała za najnowszy wynalazek technologii kosmicznej, zagadnęła:

- Naturalnie ona będzie szczęśliwym dzieckiem? - powiedziała to takim tonem, jakby mówiła o nazwie produktu.

- Co? - zapytała Lynn. - Ja...

- Och - odparła kobieta, i w tym momencie słońce oświetliło niezliczone ilości dyplomów i certyfikatów na ścianie za jej plecami. - Przepraszam, zapomniałam, czy to jest chłopiec, czy...

Lynn była w stanie jej to wybaczyć.

- Ale... nie rozumiem. Szczęśliwe? Mam taką nadzieję... - I wtedy oświeciło ją. - Och! Ma pani na myśli...

- Tak - odparła kobieta. - Mogę pani dać listę laboratoriów, którym wolno wykonywać...

Lynn wstała roztrzęsiona.

- To jest absolutnie zakazane - powiedziała.

- O - rzekła kobieta pogodnym tonem. - Proszę się nie martwić. Mamy dobre układy ze stanową legislaturą. Wiem od wysoko postawionego informatora, że jeszcze przed końcem roku będzie to całkowicie zgodne z prawem. - Obróciła ekran w stronę Lynn i zaczęła naciskać guziczki. - I wtedy będzie pani zadowolona, że uparliśmy się, aby dziecko miało lepszy start. Proszę popatrzeć - ucieszy się pani z wyników. Szczęśliwe dzieci są w stanie nauczyć się o wiele więcej bez tych niedorzecznych napadów złego humoru. Proszę zaczekać!

Lynn wybiegła z gabinetu i ze szkoły, trzaskając drzwiami. Szybko przeszła przez zatłoczoną ulicę do chłodnego, pełnego drzew parku i skuliła się na ławce, czując mdłości. Później tamtego popołudnia złożyła skargę w komisji kontrolującej inżynierię genetyczną, ale w głosie człowieka, który ją przyjął, wyczuła rozbawienie.

Tamtej nocy wyśledziła tak zwaną nić Szczęśliwego Dziecka. Przenoszona przez łagodnego wirusa, jak większość bionanu, stymulowała system endokrynny do produkcji kojących hormonów, kiedy w krwi pojawiały się delikatne markery gniewu i buntowniczości.

Nie, pomyślała Lynn patrząc na ekran, zupełnie zrozpaczona, chyba będę miała zwyczajne dzieci, ale mimo wszystko dziękuję za propozycję. Odnosiła wrażenie, że te niedogodne napady złego humoru, które likwidowano, były dla dziecka niezbędne w procesie separacji od rodziców i zdobywania wiedzy o władzy i jej ograniczeniach. Jakie inne istotne funkcje mogły spełniać? I w jaki sposób będą w przyszłości upośledzeni dorośli, którzy nigdy ich nie doświadczyli? Intelektualnie? Emocjonalnie? Na razie nikt nie potrafił odpowiedzieć na te pytania; dopiero kiedy pojawią się absolwenci Przedszkola Szczęśliwego Dziecka, a potem Liceum Szczęśliwego Dziecka...

Usłyszała trzask zamykanych przez Nanę drzwi w drugim końcu korytarza i to pomogło jej wrócić do teraźniejszości. Nie musiała teraz zabiegać o genetyczną i rozwojową integralność Masa.

Wstała, przechyliła się do tyłu, aż trzasnęło jej coś w kręgosłupie, i mocno się przeciągnęła. Oparła się o parapet i wyjrzała na malutki, starannie przystrzyżony trawnik Nany, gdzie żadna roślina nie ośmieliła się wypuścić choćby jednego niesfornego listka, bo to zakłóciłoby nieskazitelny porządek. W razie czego Nana natychmiast pojawiała się z nożycami, by z marsową miną przyciąć intruza.

Za oknem Lynn zwisała ciemna gałąź plumerii, której pąki były białe w świetle księżyca. Lynn pomyślała, że może wgramoli się na dach i przez kilka godzin będzie obserwowała niebo przez teleskop. Wiedziała, że nie będzie w stanie zasnąć. Widoczność tej nocy mogła być wystarczająco dobra, by zdigiskanować nieregularny postęp w budowie statku pokoleniowego, który po dwuletniej przerwie miał zostać szybko ukończony dzięki zastrzykowi pieniędzy z Korei. Była na bardzo eleganckim przyjęciu w posiadłości ojca, gdzie Samuel, brat bliźniak Jamesa, po roku starań uzyskał w końcu od koreańskiego ambasadora stanowcze zapewnienie, iż fundusze zostaną przekazane. Dobrze, że baza księżycowa znowu zaczęła służyć ambitniejszym celom, niż tylko turystycznym rejsom.

Odwróciła się od okna. Teraz to nie miało dla niej znaczenia. Głupio udawać, że cokolwiek miało teraz dla niej znaczenie. Odrzuciła implant hormonalny, który doradzono jej w szpitalu, gdzie powiedziano jej również, że potrzeba czasu, aby jej hormony wróciły do równowagi. Wiedziała, jak to zrobić. Bieganie było lekarstwem na wszystko. Chociaż Nana nie powiedziała jej wszystkiego, Lynn zdawała sobie sprawę, że to nie bieg wywołał u niej poronienie. Tego ranka w zendo poczuła się źle, ale to były innego rodzaju mdłości.

A zatem? I tak by do tego doszło. Coś musiało być nie w porządku z małą Masa. Albo z nią samą. Z błogim uśmiechem na twarzy zignorowała sugestię technika, że powinna poddać się rozmaitym testom. Ślepa wiara, że wszystko będzie dobrze, teraz okazywała się głupotą.

Nie mogła usiedzieć w miejscu. Miała ochotę wybiec na ulicę i być ciągle w ruchu, ale nie odważyła się na to. Centrum Honolulu było niebezpieczne wieczorami, roiło się tu od kończących zmianę pracowników stacji kosmicznej, którzy zachowywali się równie niesfornie jak kiedyś marynarze w portowej dzielnicy miasta.

Przyszedł jej na myśl chłopiec o złocistej skórze, którego często wspominała w szpitalu. Nie powinien jej interesować.

W takim razie, co powinno cię interesować, Lynn?

Próbowała ignorować strach, który czuła na myśl o nim, zatroskanie jego niemal przesądzonym losem, swoją pewność, że wie, kim był.

Klonem króla Kamehameha. Doskonałą genetyczną kopią niezwykłego człowieka, który nie żył od przeszło dwustu lat, chociaż klonowanie ludzi było zabronione na całym świecie.

I co z tego? Z tego, co się orientowała, co najmniej pięćdziesiąt procent operacji Interspace przeprowadzano niezgodnie z prawem. Manipulacje genetyczne, stymulacja bionanem i rutynowe usuwanie pozostałości nieudanych eksperymentów na zwierzętach albo ludziach... mogły się odbywać tylko w ściśle określonych granicach.

Ale te granice były pośmiewiskiem i to na międzynarodową skalę. Wiele osób podejrzewało, że IS rutynowo narusza Konwencje Genetyczne, ale mało kto dysponował dowodami, a jeśli zdarzali się tacy, to przeważnie sami czerpali największe korzyści ze sprzedaży pakietów genetycznych i bionanowych na czarnym rynku. Szerokie rzesze plebsu na świecie chciały ideału, chciały być wolne od chorób, chciały inteligencji - jakkolwiek była definiowana. Oburzenie w stosunku do naukowców, którzy zdecydowali w 2009 roku, że trzeba oficjalnie wstrzymać wszelkie tego eksperymenty z ludzkością, dopóki nie pozna się lepiej ich skutków, było bardzo, bardzo silne. Świat dzielił się coraz wyraźniej na elitę skupiającą bogactwo - ludzi, których było stać na przykład na modyfikacje typu Szczęśliwe Dziecko, pomimo zawrotnych cen na czarnym rynku - i wielki, prymitywny trzeci świat, który pod względem gospodarczym i edukacyjnym zmienił się bardzo niewiele w ciągu ostatnich stu lat.

Lynn wyłączyła swój podręczny komputer. Miała wrażenie, że wszechświat coś jej odebrał, ale w miejsce utraconego dziecka obarczył ją odpowiedzialnością za coś większego. Doszła do wniosku, że to szalona myśl. Wcisnęła ręce do kieszeni. Raczej nie nadajesz się na wybrankę.

Ale ten dzieciak rzeczywiście mógł być w tarapatach.

Odwróciła się gwałtownie i przeszła skrzypiącym starym holem, po drodze nakładając bluzę z gładkiego jedwabiu. Na dworze było ciemno i chłodno. Zerknęła na usiane gwiazdami niebo. Skręciła w lewo, co oddalało ją od Honolulu.

Przeszła na drugą stronę ulicy. Było późno. W ciszy słychać było łopot palmowych liści. Mimozy przypominały czarne sylwetki na tle gwiazd, podobnie jak luksusowe apartamenty majaczące dwie przecznice dalej.

Dom Koolau na wzgórzu był stary, ale wspaniale zaprojektowany i utrzymany. Liczące siedemdziesiąt lat ogrodowe enklawy pięćdziesięciopiętrowego wieżowca były dojrzałymi, tropikalnymi dżunglami.

Lynn popatrzyła na retskanowy panel i drzwi otworzyły się z buczeniem. Zobaczyła plecy Dawida, nocnego stróża, który siedział w swoim małym biurze i zerkał na ekrany. Podniosła rękę w powitalnym geście, a on odwzajemnił go, nawet nie odwracając się do niej. Przeszła obok szumiącej fontanny i przywołała windę magnetyczną.

Kiedy otworzyła drzwi swojego mieszkania na czterdziestym trzecim piętrze, miała wrażenie, że wkracza w marzenie ze swojego stechnicyzowanego dzieciństwa. To tutaj, z dala od wilgotnego, hałaśliwego starego domu Nany, zajmowała się prawdziwą pracą.

Widziała przed sobą światła Honolulu, piękne jak gwiazdy przez szybę z inteligentnego szkła, która tworzyła obudowę kondominium. Podeszła i wyciągnęła rękę, dotknięte miejsce zareagowało zgodnie z ustawionymi przez nią preferencjami w zakresie temperatury i światła. Kilkakrotnie dotknęła ikonki i wszystkie okna się otworzyły.

Turystyczne ślizgacze z kolorowymi światełkami przepływały obok Aka Moana po ciemnym oceanie. Fajerwerki w Strefie Turystycznej przy plaży Waikiki, milczącej i malutkiej z tej odległości, miały się ku końcowi. Zdążyła w sam raz na wielki finał - dobrze znajomy rytuał, w którym napędzany energią słoneczną statek znikał w drodze do gwiazd, tworząc logo Interspace.

Wektorowany pokój, trapezoid z kuchnią na tyłach, był umeblowany skromnie: znajdował się tu komputer, kilka poduszek na przykrytej dywanem podłodze, niski, czarny stolik.

Osunęła się na poduszki przed zawijanym pustym ekranem, który wykorzystywała jako tło do wyświetlania hologramów. Uruchomiła komputer i zajęła się tym, co sprawiało jej autentyczną radość - wyszukiwaniem informacji.

Wewnętrznej informacji. Drobiazgów. Luminescencja skręconych nici DNA, malutki okruch informacji, które zalewały czasopisma elektroniczne i tajne zakamarki sieci IS. Jej ekran tworzył łuk 180 stopni. Jeśli chciała, mogła wyświetlić każdy aspekt informacji jako hologram, mogła wykorzystać do projekcji zagięcie ekranu i wykonywać piruety.

Jej palce zawisły nad świecącymi się klawiszami, jakby to były klawisze fortepianu, na którym zamierzała zagrać, jakby skupiała w sobie dźwięki, wchłaniając energię całego utworu, zanim w ogóle poruszy palcami. Tak jak ją uczono przed laty.

Przypominała sobie każdy szczegół twarzy chłopca. Zadygotała. Myślała o tym, jak najlepiej ukierunkować poszukiwania tego wieczora.

I przystąpiła do zadania.

Najłatwiejszy był początek - coś, co robiła od dzieciństwa, w co bawiła się ze swoimi braćmi. Sporządziła portret twarzy i poleciła komputerowi, żeby ją odszukał.

Nie zdziwiła się, gdy znalazła ją w starym serwisie informacyjnym HV sprzed trzech lat. Być może Interspace chciała pogrozić Ruchowi Ojczyźnianemu, bo nawet nie zatajono faktu, że to dziecko - jego ciało, ciało chłopca, które Lynn widziała tydzień temu, a teraz zredukowała do rozmiarów piętnastocentymetrowego hologramu - leżało na drodze na hawajskim North Shore. Głowa dzieciaka była wykręcona pod kątem, który przyprawiał Lynn o mdłości. Kierowca zbiegł z miejsca wypadku. Malec nie żył.

Ten martwy chłopiec, a także chłopiec widziany przez Lynn, byli klonami.

Szybko zaczęła czytać odnośniki do tej wiadomości. Ponieważ była bardzo młoda, poruszała się po przemyślnie zakodowanej sieci IS jak ryba w wodzie. To była jej druga natura. Lynn odgarnęła włosy i pochylona do przodu stukała zawzięcie w klawiaturę, aż stwierdziła ze zdumieniem, że hologram zegara po jej prawej stronie wskazuje godzinę w nocy, a potem trzecią. Ona tymczasem odsłaniała kolejne warstwy informacji.

Wiele dróg prowadziło do Kohala, wielkiego północnego półwyspu Wielkiej Wyspy, gdzie urodził się Kamehameha. Zwolennikom Ruchu Ojczyźnianego przyznano tę ziemię dawno temu w ramach rekompensaty. Za każdym razem gdy Lynn usiłowała podejść bliżej, natrafiała na mur. Ni stąd ni zowąd, pojawiał się długi dom ze strzechą albo krótki film o kobiecie ubijającej poi - coś nudnego i tradycyjnego.

Raz mignął jej na moment korytarz z nowoczesnym wyposażeniem oraz ktoś, kto miał na sobie kombinezon kosmonauty i znikał za drzwiami. Ale to był tylko przebłysk, którego nie była w stanie odzyskać. Widocznie ktoś bardzo skutecznie pilnował wejścia, człowiek albo sztuczna inteligencja.

No cóż, musiała jeszcze poszukać innych rzeczy.

Poczuła senność. Wpisała słowo w wyszukiwarce, nacisnęła ostatni klawisz, a potem upakowała poduszki na dywanie i położyła głowę na jednej z nich.

Obudził ją głośny śpiew ptaków, który przybierał na intensywności, im mocniej świtało. Wciąż leżąc, otworzyła oko.

Powietrze było wypełnione czymś cudownym. Potrzeba było dwóch godzin, czterdziestu sześciu minut i dwudziestu trzech sekund, żeby wyszukiwarka mogła to coś znaleźć.

Lynn opadła na czarne poduszki przed zawijanym ekranem. Zgarbiona, z klawiaturą między kolanami, naciskała klawisze smukłymi, brązowymi palcami. Mimo podniecenia, nie popełniała błędów. Ogarnął ją przyjemny spokój, którego echem był ponadczasowy błękit morza za Honolulu, miastem-zabawką o srebrzystej poświacie, nieco przygaszonej, gdy oglądało się ją z czterdziestego trzeciego piętra wieżowca.

Powiększyła część geneskanu Fragmentu Kości nr 4283, należącej do osobnika płci męskiej, Hawajczyka.

Jaki był marker umiejętności nawigacyjnych? Jaki był marker nawigowania przestrzeniami matematycznymi? Przerzuciła się na program statystyczny, który analizował nukleotydy tego człowieka, jego A, T, G i C.

Niewielu czystej krwi Polinezyjczyków opuszczało wyspy. Ale to właśnie oni kierowali się położeniem gwiazd i dla nich ziemia albo morze naprawdę się zatrzymywały, podczas gdy gwiazdy przesuwały się w górze. To odwrócenie czasu i przestrzeni brało początek w ich umysłach, a nie w rzeczywistości. Przypomniała sobie nawet, jak kiedyś jeden ze starych żeglarzy zapewniał jakiegoś prowadzącego badania profesora, że marynarze wiedzą, iż to oni się ruszają, a nie cały świat dookoła, ale utrzymują się w tym stanie świadomości, żeby nie zboczyć z kursu.

Tak, miała go przed sobą. Szybko zaparzyła sobie herbatę, potem znowu usiadła, pochyliła się i oparła łokieć o udo. Czuła mrowienie na języku po wypiciu łyka herbaty anquela, a przez otwartą przestrzeń lanai sączył się ciężki, słodki zapach plumerii sąsiadki.

Dlaczego markerem kreatywności - żądzy przygód, wielkiej inteligencji otwartej niby solarny żagiel rozpostarty po to, by łapać urojone fotony - tak często były szaleństwo i depresja?

Bo przecież właśnie widziała pijacką sekwencję, która rozproszyła się w rasie ludzkiej z jakiegoś szamańskiego źródła, sekwencję, którą cechowało chimeryczne szalone piękno; nagłą śmierć z własnej ręki.

Czuła, jak przygniata ją smutek. Widziała Hemingwaya po terapii wstrząsowej w klinice Mayo, jak dowodził, że potrafi znaleźć ukryte kule i otworzyć szafkę z bronią, że zawsze kontroluje sytuację. Wirginia Woolf, opanowana i w jakiś sposób całkowicie racjonalna, napełniająca kieszenie kamieniami i wchodząca do rzeki. Wizjonerska afrykańska poetka internetu, Tunesia Myken, która sądziła, że uda jej się polecieć z okna swojego domu nad ulicami Paryża, tuż po otrzymaniu Nagrody Nobla.

Lynn uśmiechnęła się i poczuła, że jej usta wykręca grymas goryczy. Szybko uderzyła w kilka klawiszy. No proszę. Widzicie? Była w stanie go naprawić. Zastąpić to niefortunne upodobanie. W końcu to była jej nielegalna specjalność.

Lynn potrafiła wymazać tęsknotę za gwiazdami w genetycznym wzorcu tego gościa dokładnie, precyzyjnie, nie uszkadzając ciała. Tak się to robiło w Interspace. Mógłby być bezużyteczny, jeśli chodziło o nawigację. Mógłby być po prostu normalną istotą, bez wyjątkowego wzroku, bez niewiarygodnych myśli.

W każdym razie oni wiedzieliby o nim tylko tyle.

Zachowała prawdziwy geneskan na kulistym nośniku, który opatrzyła nazwą "Muzyka". Była raczej pewna, że posiada bardzo starą kopię. Zachowaną przed laty, kiedy zobaczyła tę twarz po raz pierwszy. Tyle że nie była to twarz tego dzieciaka, ale kogoś innego, kto raczej na pewno już nie żył. Chociaż może się myliła. Wiedziała z pewnością, że jeden z nich zginął - ten, o którym mówiono w serwisach informacyjnych. Ile zarodków zdołał wyhodować Ruch Ojczyźniany? Ile zamrożono? Ile wszczepiono? Czy te kobiety wiedziały, co noszą w swoich łonach?

Miała zaledwie dwadzieścia lat, kiedy zaczęła krążyć pogłoska o żywym klonie Kamehameha. Za pośrednictwem sieci brała udział w posiedzeniu zarządu Interspace, gdzie omawiano przypadek tego dziecka. Wtedy jeszcze uczestniczyła w takich imprezach, chociaż nie mogła sobie przypomnieć, kiedy dała sobie z tym spokój. Osiem lat temu? Dziesięć? Kiedy uświadomiła sobie, że nie ma na nic wpływu?

Na tamtym zebraniu ujawniono, że pracownik wysokiego szczebla Interspace, ktoś o dużej wiedzy fachowej i dostępie do danych, dodał klon człowieka do banku klonów zwierzęcych, na których przeprowadzano eksperymenty, żeby ocenić wpływ podróży kosmicznych na DNA. Stało się to w mało znanym laboratorium in vivo, gdzie istoty będące produktem ludzkiej wyobraźni, z nieskończenie wielu powodów. Były tworzone w probówce, hodowane, testowane i zabijane, gdy tylko udało się zebrać potrzebne informacje. Zanim ów ludzki klon został odzyskany, ujawniono sprawę.

Był to klon Kamehameha. W każdym razie tak twierdził ów pracownik pod koniec przesłuchania.

Kamehameha był pierwszym hawajskim monarchą, który pod koniec osiemnastego wieku zjednoczył pod jednym berłem hawajskie wyspy. Po jego śmierci kości zostały ukryte na hawajską modłę - zapewne w jakiejś grocie na kruszejącym morskim klifie.

Król Kamehameha był uważany przez Hawajczyków za boga, i słusznie. Po zjednoczeniu wysp w wyniku okrutnej, ale typowej dla Polinezyjczyków wojny spokojnie i w racjonalny sposób wprowadził Hawaje w nowoczesność, a potem umacniał kraj w obliczu agresji, nawiązując stosunki handlowe i podpisując układy. Gdyby on albo ktoś o równej mu władzy zachował kontrolę nad wyspami, prawdopodobnie nigdy nie zostałyby anektowane przez Stany Zjednoczone, lecz funkcjonowałyby jako niepodległe królestwo. Ale ród Kamehameha wygasł i do władzy doszli dalsi kuzyni, których krew rozcieńczyły związkami z haolami.

Gdyby następcy Kamehameha dorównywali mu, jak mogłaby się potoczyć historia? W najgorszym przypadku Hawajczycy zachowaliby kontrolę nad swoim krajem i rządem.

Plotka głosiła, że Cen Kalakaua, legendarny kosmolog, który zaginął przed wieloma laty w tajemniczych okolicznościach, znalazł owe kości i zostawił jej w posiadaniu Ruchu Ojczyźnianego.

Lynn odchyliła się do tyłu, przypominając sobie fragmenty legendy o Kalakaua.

Podobnie jak Ramanujan, sławny hinduski matematyk, Kalakaua zostawił po sobie oszałamiające dokonania intelektualne, których nie umieli zgłębić jego koledzy po fachu na całym świecie. Dostępne fragmenty sugerowały głębokie zrozumienie czasoprzestrzeni. Jego idee były godne najtęższych kosmologicznych umysłów - Carra, wczesnego Gell-Manna, Hawkinga, nawet Einsteina. Zawierały nowe, dziwne i ciekawe elementy, jeśli chodziło o teorię strun i rzeczywistość kwantową. Ale sam Kalakaua był postacią tajemniczą i, jeśli wierzyć opowieściom, rozwiązłą. Zniknął ponad dziesięć lat temu. Najprawdopodobniej nie żył albo mieszkał gdzieś pod mostem.

Wystarczyło jeszcze jedno uderzenie w klawisz, żeby stracić prawdziwe dane, przepuścić wirusa przez sieć. Ten chłopak się nie zmieni. Ale jego wizerunek, zbiór danych dotyczący prawdziwej osoby, zmieni się na pewno.

Zachmurzyła się, uświadomiwszy sobie, że to i tak nie są dane Interspace. I znowu pojawił się symbol Ruchu Ojczyźnianego, malutka, ulotna ikona Hawai'i Loa, replika czółen, na których Polinezyjczycy przemieszczali się po Pacyfiku. Były to dane jakiegoś nieznanego, anonimowego użytkownika - choć oczywiście IS miała do nich dostęp. Przed IS nic nie dało się ukryć. Była pewna, że pomysłodawcą jest ktoś z Ruchu Ojczyźnianego.

Zobaczyła bardzo świeży wpis dotyczący tego chłopca. Od kogo? Coś o laboratoriach Triplera? Ale ikonka zniknęła. Próbowała ją odtworzyć, ale mimo rozmaitych sztuczek wciąż natrafiała na mur. Doszła do wniosku, że ma zbyt bujną wyobraźnię.

Wstała i wyszła na swój lanai. Bosymi stopami czuła chłód kafelków. Oparła się o poręcz. Patrzyła na rozciągające się przed nią Honolulu i na Bazę Kosmiczną Hickam na zachodzie Ewa, tak jak Diamond Head, z miejsca, w którym stała, był synonimem wschodu. Północ, czyli mauka, to były góry za jej plecami. Jeśli mówiło się komuś, że szukane miejsce to makai, ta osoba musiałaby pójść prosto do oceanu. Oczywiście, na drugim końcu wyspy mauka przechodziła w południe. Lynn oddychała głęboko chłodnym czystym powietrzem, wciąż wilgotnym od zalegających nisko chmur, które w końcu odpłynęły, dzięki czemu falujące drzewa błyszczały w słońcu.

W świetle wczesnego poranka Pacyfik miał stalowoniebieską barwę. Najnowsza część statku pokoleniowego, którą montowano stopniowo w bazie, a potem zabrano na statek w celu zintegrowania z systemem, była przechowywana w ogromnym, niebieskim doku o dachu smolistego koloru, który był niemal niewidoczny na tle morza.

Nie usatysfakcjonowany Kohala i innymi darowiznami, Ruch Ojczyźniany głosił, że to jego działacze są właścicielami ziemi za Bazą Kosmiczną. Lynn wiedziała, że to prawda, ale prawnicy Interspace na każdym kroku blokowali postęp w ciągnącym się od czterdziestu lat monstrualnych rozmiarów zatargu prawnym.

Interspace obawiał się rozwścieczonych działaczy Hawajskiego Ruchu, którzy już niejednokrotnie opóźniali prace nad statkiem pokoleniowym, sabotując je otwarcie lub w sposób zawoalowany, oraz twierdząc, że nie są uwzględniani na żadnym poziomie programu Interspace z pobudek rasistowskich. IS po prostu twierdziła, że chętnie przyjmie każdego Hawajczyka, który spełnia wymogi, ale po cichu wykluczała wszystkich czystej krwi lub mieszanych Hawajczyków jako potencjalnych podwójnych agentów. Obawiała się również negatywnych komentarzy światowej prasy, gdyż mogłyby zaszkodzić nieustającym, trudnym negocjacjom, które zapewniały organizacji płynność finansową. Ilekroć było to możliwe, eliminowano przywódców Ruchu - zastraszano ich, a nawet mordowano, o czym Lynn wiedziała dzięki swojemu informatorowi. To był jeden z wielu powodów, dla których Lynn usiłowała nie mieć nic wspólnego z Interspace. Dotychczas IS udawało się nie psuć oficjalnego wizerunku, ale niebezpiecznie balansowała na krawędzi w tym sojuszu supertajnego wywiadu i poczciwych, staroświeckich gangsterów.

Niezły pomysł z tym klonowaniem Kamehameha. Tylko pamiętajcie, żeby mieć pod ręką dużo kopii.

Co za świat, pomyślała Lynn, mrugając oczami, które piekły ją ze zmęczenia, mimo że ucięła sobie krótką drzemkę. Oparła się o balustradę i chwyciła się jej oburącz.

Dlaczego tak jej zależało na tym chłopcu?

Jak mogła mu pomóc? A jeśli mogła, to jak wiele była gotowa dla niego zaryzykować?

Opadła na fotel i wpatrywała się w dom, w którym mieszkał. Tylko dwie przecznice dalej, i potrafiła go odróżnić, gdyż był zasłonięty jedynie gęstymi koronami mimoz.

Skoro wiedziała o istnieniu tego dzieciaka, to wiedzieli o nim również ludzie z Interspace.

Oni tylko czekali na stosowną chwilę.

Znowu ziewnęła. Nie było sensu próbować zebrać myśli akurat teraz. Leżanka wyglądała bardzo kusząco. Położyła się na niej, przekręciła na bok i podłożyła poduszkę pod głowę. Nawet coraz intensywniejsze światło słoneczne ani pakiet informacji, które wkrótce będzie mogła analizować, nie mogły jej uchronić przed sennością.

Ale zanim zamknęła oczy, zobaczyła jakiś ruch w dole, przez balustradę lanai.

Po Nuuanu szli dwaj mężczyźni. Obaj byli ubrani na biało - mieli białe korkowe kapelusze, białe szorty i koszule. Wciąż było bardzo wcześnie, mniej więcej szósta trzydzieści, dlatego na ulicy było prawie pusto.

Zgarnęła lornetkę ze stolika. Miała autofokus, dzięki czemu łatwiej jej było przyjrzeć się mężczyznom.

Ich ruchy były przemyślane. Szli szybko, widać było, że nie jest to zwykły spacer.

Lynn wstrzymała oddech, kiedy jeden z nich skręcił na częściowo zasłonięty chodnik, który prowadził do domu chłopca. Po dziesięciu sekundach znowu dołączył do drugiego mężczyzny. Odwrócili się i szybko ruszyli w drogę powrotną.

Lynn natychmiast włożyła adidasy, błogosławiąc fakt, iż była tak zaabsorbowana swoją pracą, że nawet się nie rozebrała. Wbiegając do holu zerknęła na czerwony przycisk alarmowy panelu skanującego, który sprowadził windę magnetyczną niemal natychmiast. Gdy znalazła się na ulicy, zaczęła biec, nie zważając na ból wywołany poronieniem, i pędziła w kierunku niesfornej dżungli na następnej przecznicy.

Zatrzymała się przy pogiętej furtce, przed wąskim, zacienionym chodnikiem. Niszczejący ganek był pusty. Drzwi były otwarte, a w środku nie paliło się światło.

Zawahała się. Może jego tu nie ma? Jeśli tak, nie powinna narażać swojego życia. IS zazwyczaj stosowała znacznie subtelniejsze metody. Widocznie się boją. Wszystko przez nią, przez to, co robiła zeszłego wieczoru. Nie wymieniła adresu. Ale może nie musiała. Oni wiedzieli. Wystarczyło samo zwrócenie uwagi.

Miała zaledwie parę sekund, żeby coś zrobić...

Zasłona poruszyła się.

Wbiegła z tupotem na schody, przemknęła przez drzwi i skręciła w prawo.

Stojący przy oknie chłopiec patrzył na nią, cień w ciemnym pokoju.

- Co tutaj robisz? Wydawało mi się, że coś słyszałem...

Chwyciła go za ramię.

- Chodź - zawołała. - Szybko!

Wydawał się spłoszony, ale ruszył za nią korytarzem na tyły domu. Podwórze z tej strony okalała wysoka palisada. Rozejrzała się dookoła bezradnie, a on pokazał furtkę w rogu mauka.

- Co... - zaczął krzyczeć, dysząc za jej plecami, ale ona nie zatrzymała się. Kiedy przeszli przez furtkę, przywarła do domu sąsiada i rozglądała się.

Wszędzie mógł czaić się ktoś, kto ich śledził.

- Gdzie są twoi rodzice? - zapytała.

Spojrzał na nią, a potem na dom.

- Ja... nie wiem.

I w tym momencie fala gorąca i dźwięku rozerwała palisadę, a jej szczątki wyleciały w powietrze. Czując smród swoich osmalonych włosów, Lynn patrzyła, jak płomienie wznoszą się coraz wyżej.

On również przyglądał się temu przez jakieś dziesięć sekund, ze łzami w oczach i otępiałą rezygnacją na twarzy. Potem złapał ją za rękę.

- Lepiej wynośmy się stąd - powiedział.


Dziesięć minut później byli sami, w magu wiozącym ich na lotnisko. Lynn nie siedziała, ale trzymała się słupka, roztrzęsiona. Chłopak przycupnął na brzegu niebieskiego fotela z plastiku; na jego twarzy malowało się zamyślenie.

- Jesteś zakodowany? - zapytała Lynn, pochylając się i nerwowo wyglądając przez okno, kiedy mijali skupiska drewnianych domków. Wielu ludziom wszczepiano do nadgarstków permanentny kod zaraz po przyjściu na świat - przeważnie robiono to biedakom, którzy nawet nie wiedzieli, że mają prawo odmówić, aczkolwiek w momencie, gdy następowało wszczepianie, musieli podpisać dokument, na mocy którego zarówno oni, jak i ich dzieci zrzekały się wszelkich roszczeń. Najczęściej mówiono im, że kod można później usunąć, i wielu wierzyło, że bez niego nie otrzymają żadnych zasiłków. Nieprawda. Ów proceder był nielegalny, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych.

Ale jak było z tym chłopakiem?

- Nie - powiedział. - Ale mam paszport, jeśli tego potrzebujesz. - Sięgnął do tylnej kieszeni, wyjął płaski zielony portfel i otworzył go.

W portfelu był tylko staroświecki elektroniczny paszport. Żadnych pieniędzy, żadnych gier, których można byłoby się spodziewać u przeciętnego dzieciaka.

- Jeśli nie podoba ci się ten, mam jeszcze trzy inne. - Były w jego drugiej kieszeni. Wyciągnął je jak wachlarz. Wzięła je do ręki i obejrzała.

- Kto ci je dał? - zagadnęła.

- Dziwię się, że pytasz. - Spojrzał na nią przeciągle. - A tak w ogóle to coś ty za jedna?

- Nazywam się Lynn - odparła.

- Co ci się stało w zeszłym tygodniu?

- Byłam w ciąży, ale straciłam dziecko. - Przekartkowała pierwszy wręczony jej paszport, podczas gdy mag płynnie skręcił na lotnisko. - Tu jest napisane, że masz szesnaście lat. - Ile klonów? - zastanawiała się.

- Nie. Mam trzynaście lat.

- Wyglądasz na znacznie więcej.

- Wiem. Właśnie dlatego powiedzieli mi, że muszą mnie postarzyć, żeby ludzie się nie dopytywali.

- Co byś powiedział na podróż do Hongkongu?

Jego twarz była szarawa, a usta miały błękitny odcień. Chwycił się krawędzi krzesła i wziął głęboki oddech. Lynn pomyślała zniecierpliwiona, że rozważał to pytanie tak, jakby miał jakiś wybór.

W końcu wzruszył ramionami.

- To mógłby być dobry pomysł. Przecież nie wolno mi tam wrócić, prawda? - Miał w oczach mnóstwo niezadanych pytań.

Lynn była pewna, że jej oczy wyglądają tak samo.


Chłopak wyjrzał przez lotniskowe okno na Concorde'a. Byli ostatni w kolejce na pokład, za tłumem chińskich turystów. Dwie godziny negocjacji i czekania wyczerpały Lynn nerwowo. Z pola startowego unosiła się fala ciepła. Sto metrów dalej migotał hipnotycznie piękny, błękitny Pacyfik.

- Ta maszyna wygląda jak zabytek - powiedział chłopak. - Nie wiem, czy powinniśmy do niej wsiadać.

Nawet nie miała do niego pretensji. Chciała jednak, żeby dał już spokój. Za każdym razem, gdy otwierał buzię, wygłaszał jakąś skargę, co tylko potęgowało jej ból głowy.

- Posłuchaj - powiedziała spokojnie, chociaż miała ochotę wrzasnąć ze wszystkich sił. - Ostatnie czterdzieści pięć minut upłynęło mi na załatwianiu miejsc dla nas. To jest samolot wycieczkowy z Chin, więc nie stać ich na nowoczesną technologię, ale ta grupa ma postój w Hongkongu, więc mieliśmy szczęście, że się załapaliśmy. - Szczęście nie miało tu nic do rzeczy. Łapówka, którą zapłaciła, była skandalicznie duża, ale nie mogli zostać w Honolulu, a ona potrzebowała czasu, żeby przemyśleć sprawy. I porządnie się wyspać. - Masz jakieś lepsze pomysły? Może chcesz, żebym do kogoś zadzwoniła?

- Nie - odparł, robiąc nadąsaną minę. - Chyba nie.

Kupiła mu koszulkę i sandały zori w sklepie na lotnisku. Wyglądał całkiem normalnie. Przyłapała się na tym, że mimowolnie podnosi rękę, żeby odgarnąć jego roztrzepane włosy. Kolejka przesunęła się do przodu.

W końcu znaleźli się na pokładzie. Odetchnęła, kiedy samolot oderwał się od ziemi i zostawił Honolulu w tyle. Turyści zachwycali się pobliskimi wyspami, które pokazywał im pilot. Molokai i Lanai.

Kauai, jakieś siedemdziesiąt mil na północ, nie była widoczna, podobnie jak Wielka Wyspa Hawajów, mniej więcej sto mil na południe. Lynn nigdy nie była na wyspie Molokai, chociaż leżała ona w odległości zaledwie dwudziestu pięciu mil od Oahu, którą właśnie opuścili. Długa na czterdzieści mil, szeroka na dziesięć Molokai pozostawała "przyjazną wyspą", z dużym odsetkiem Hawajczyków, względnie nierozwiniętą gospodarczo od lat pięćdziesiątych. Słyszała, że na ulicach Molokai w ogóle nie było sygnalizacji świetlnej. Mieszkańcy nigdy nie ulegli pokusie schlebiania turystom. Dużą część wyspy zajmował Park Narodowy, a także Międzynarodowy Rezerwat Biosfery. Reszta wyspy również nie posiadała niczego szczególnie modnego. Zamieszkiwała ją wzorcowa, zżyta społeczność opierająca się na hawajskiej tradycji i najnowocześniejszych teoriach społecznych.

Molokai stanowiła niemal przeciwieństwo Półwyspy Kohala na Wielkiej Wyspie, gdzie znajdowała się ściśle tajna, wysoce zaawansowana technologicznie enklawa Ruchu Ojczyźnianego. Ta enklawa była jego najważniejszym ośrodkiem. Wielokrotnie rozpowszechniano pogłoski o śmierci tajemniczego przywódcy RO, którego imienia i nazwiska nie znał chyba nikt. Przed laty Lynn widziała krótki film wideo: mężczyzna przebiegał ulicę, wiatr rozwiewał jego przetykane siwizną włosy. Po dziesięciu sekundach znikał za budynkiem.

Molokai znikła niemal natychmiast, gdy Lynn ją spostrzegła. Przez kilka następnych godzin przez okna nie będzie widać niczego oprócz nieubłaganych chmur i oceanu. Hawaje były najbardziej samotną ziemią na całym globie.

Lynn zerknęła na chłopca. Już spał. Biedny dzieciak.

Nazywał się Akamu. Powiedział jej dumnie, że w języku hawajskim znaczy to Adam. Kiedy przybyli misjonarze, w pierwszym rzędzie zastępowali hawajskie imiona biblijnymi odpowiednikami. Czy inne klony też otrzymały to imię?

Machnęła ręką, że nie chce drinka, ale potem namyśliła się i przywołała stewarda. Tania whisky. Wypiła ją jednym haustem i zakrztusiła się. Wyjrzała przez okno, usiłując zebrać myśli. Daleko w dole fale oceanu wyglądały jak niewielkie zmarszczki.

Adam. Nie, Akamu, przypomniała sobie. Przecież takim imieniem się posługiwał.

Lynn próbowała wyciągnąć się na wąskim fotelu. Miała nadzieję, że niedługo przyniosą coś do jedzenia. Oczywiście był duży. Przecież Kamehameha był gigantem. Kiedy Akamu dorośnie, będzie miał ponad dwa metry wzrostu.

No i co teraz, Lynn?

Nauczyła się jednej rzeczy: ogień trzeba zwalczać ogniem.

Otworzyła obudowę telefonu w oparciu fotela przed sobą i zdumiała się jak stara i brudna jest słuchawka. Ekranik nie chciał się uruchomić i to jej odpowiadało.

Wystukała osobisty kod Jamesa, niezmieniony od dzieciństwa. Niewiele osób go znało. Rozmowa została przełączona do jego domu w Black Point, a kiedy nadeszła odpowiedź nakazująca czekanie, usłyszała w tle skrzek małpek-pająków. Były jego najnowszym hobby. Zdumiało ją, że pozwolił im żyć. Podczas jej ostatniej wizyty ona i James pili drinki na jego lanai, wiszącym kilkanaście metrów nad miejscem, w którym potężne fale uderzały o lśniącą skałę z czarnej lawy. Kiedy weszli do środka po zachodzie słońca, wybuchnęła śmiechem, podczas gdy James biegał po pokoju, wymachując rękami. Małpy rozszarpały jego nową kanapę i obrzucały się jej kawałkami.

Potem usłyszała głos Jamesa.

- Halo? - Sprawiał wrażenie zaskoczonego. - Lynn?

- Tak. - Oczywiście na jego ekranie wyświetlił się jej kod.

- Aha. Bez obrazu?

Lynn zmusiła się do śmiechu.

- Jestem staroświecka.

- O. - Ton zakłopotania. Miał do własnego użytku najnowszy model Silence 300. Prawie słyszała jego myśli. Po co się męczyć? No, ale to podobne do Lynn.

Chrząknął.

- Hm. Dzwoniła Nana. Zastanawiała się, czy jesteś ze mną. Powiedziała mi, że w zeszłym tygodniu...

- Nieważne - odparła Lynn.

- Ale nawet nam nie powiedziałaś, że jesteś w ciąży.

- Nie - przyznała. - Nie powiedziałam.

- Hm - powtórzył. - Jesteś w drodze do... - wiedziała, że patrzył na informacje pokazywane na ekranie - ...a, tak, do Hongkongu. Piękny dzień na podróżowanie. - Wydawał się zdumiony. - Ale decyzja dość nagła.

- No cóż, stało się tak z powodu poronienia, James - odparła, próbując mówić energicznie, chociaż głos omal nie uwiązł jej w gardle. - Chyba wciąż jestem trochę przygnębiona. Dzisiaj rano zdecydowałam, że podróż dobrze mi zrobi. - Czy naprawdę był zdumiony, czy tylko udawał? Czy ktokolwiek widział, jak ratowała tego chłopca? Ktoś na pewno tkwił na posterunku, ale może nie wiedzieli jeszcze, kim jest kobieta, która wbiegła do domu na moment przed eksplozją.

- Mam nadzieję, że podróż naprawdę ci pomoże. - Jego głos brzmiał szczerze. Potrafił świetnie udawać. - Z pewnością będzie dobra na... - Myślał o Mao, genetycznych markerach przywództwa i zmodyfikowanym klonowaniu. Lynn wyobrażała sobie jego wyrachowany uśmiech. Ale powiedział tylko: - Lynn, dobrze się składa, że dzwonisz akurat podczas wizyty ojca. On pragnie z tobą pomówić.

Już otwierała usta, żeby powiedzieć "nie". Powiedzieli sobie tyle nieprzyjemnych słów, i potem tyle lat ze sobą nie rozmawiali.

W końcu usłyszała głos ojca:

- Lynn, strasznie mi przykro, że masz kłopoty.

Dźwięk jego głosu, ostatnio tak rzadko słyszanego (i czy to rzeczywiście jego wina, Lynn?) i tak wyraźnie zatroskanego, wywołał u Lynn falę wspomnień z dzieciństwa. Zamrugała, czując łzy w oczach.

A on ciągnął:

- Proszę, odwiedź mnie po powrocie. Wiem, że... - mówił cicho i jakieś wyładowanie całkowicie go zagłuszyło. Nie dokończył swojej myśli i chrząknął. - Zrób to, proszę cię. I zadzwoń do Pułkownika. Gościliśmy u niego, gdy miałaś sześć lat.

Lynn przypomniała sobie. Cudowna podróż. Tylko ona i ojciec. Zanim poślubił matkę bliźniaków. Kiedy jeszcze nie próbował uchronić jej przed dorośnięciem.

- Wciąż mieszka w tym samym miejscu, na Wzgórzu. Bez trudu znajdziesz jego kod. Tylko proszę cię, nie zapomnij. Na pewno bardzo się ucieszy, jak cię zobaczy. Zadzwonisz do niego, prawda? Nazywa się Hawkins. Nie zapomnij.

- Nie zapomnę - odparła.

Życzył jej powodzenia i rozłączył się.

Jakie to dziwne. Wyobrażała sobie, że ojciec potraktuje jej decyzję o urodzeniu i samotnym wychowywaniu dziecka z chłodną dezaprobatą. Jej umysł wypełniał natłok wspomnień, obrazów i klimatów, które zachodziły na siebie jak zmarszczki na wodzie jakiegoś pradawnego, tajemniczego jeziora w dżungli. Tak, zanim matka umarła, byli szczęśliwi we troje. Bardzo szczęśliwi. Czuła, że to szczęście sprawiło, iż nie stała się taka jak jej przyrodni bracia. Bo ich matka zawsze była świadoma swojego wysokiego statusu jako małżonka jednego z najważniejszych ludzi na świecie i zawsze dopingowała swoich synów.

Podano zimne kluski z warzywami. Akamu nadal spał. Jego twarz wyglądała teraz naprawdę młodo, jakby nie miał nawet tych trzynastu lat. Nagle poczuła ból w sercu. Jakie osobliwe życie prow

Kości czasu

Autor: Kathleen Ann Goonan
Wydawnictwo: Solaris
Miejsce wydania: Olsztyn
Wydanie polskie: 11/2005
Tytuł oryginalny: The Bones of Time
Rok wydania oryginału: 1996
Liczba stron: 420
Oprawa: miękka
ISBN: 83-89951-41-X
Wydanie: I
Cena z okładki: 35,90 zł


blog comments powered by Disqus