Recenzja książki "Zbrodnia i kojot"

Autor: Dawid "Fenrir" Wiktorski
Korekta: Bool
6 grudnia 2012

Pierwsze trzy tomy przygód Atticusa, starego (lecz młodego duchem) druida były różne – czasami śmieszyły, innym razem skłaniały do zadumy, a niekiedy wręcz żenowały. Wielu autorów musi także zadać sobie pytanie, czy warto ciągnąć coś, co osiągnęło sukces. I wielu postanawia iść po linii najmniejszego oporu, odcinając kupony od uznanej marki. A jak jest w przypadku czwartego tomu przygód żelaznego druida?

Historia opowiedziana w "Zbrodni i kojocie" rozgrywa się niedługo po finale "Między młotem a piorunem", a dokładniej po dziko-radosnym rajdzie, jakiego dokonał druid wraz z kompanami w Asgardzie, przy okazji porządnie przetrzebiając szeregi tamtejszych bóstw. Jednak dość poważne pogwałcenie odwiecznych praw rządzących światem bogów i śmiertelnych nie pozostanie bez echa – Jezus nie pozostawił Atticusowi żadnych wątpliwości, że ten ściągnął na siebie uwagę dużo potężniejszych wrogów niż przedtem.

Pierwszym, co rzuca się w oczy w tym tomie, jest odejście autora od wierzeń europejskich. Mitologie nordycka, celtycka czy słowiańska ustąpiły tu miejsca indiańskim wierzeniom i magii. Na pewno pozwoli to na pewne odświeżenie serii, jak i wprowadzenie większej dawki losowości – druid dopiero poznaje istotę takiego zagrożenia.

Mając w pamięci tajemnicze zakończenie poprzedniego tomu, należało spodziewać się w "Zbrodni i kojocie" rozwinięcia kilku wątków dość istotnych dla całokształtu fabuły. I ma to miejsce, ale w formie pozostawiającej co nieco do życzenia. Historia tajemniczego zmartwychwstania wdowy zostaje dość szybko (i pobieżnie) wyjaśniona, zaś Granuaile kontynuuje proces nauki. Z tym ostatnim wątkiem związane jest dość sporo perypetii głównego bohatera. Druid żyjący ponad dwa tysiące lat zachowuje się niczym nastoletni szczeniak, niepotrafiący powiedzieć swojemu obiektowi westchnień, co do niego naprawdę czuje. Teoretycznie jest to podyktowane względami praktycznymi, jednakże postawa bohatera jest nieco sztuczna.

Zmiany – to słowo przyświecało najwyraźniej Hearne'owi podczas tworzenia czwartego tomu „Kronik żelaznego druida”. Autor odcina się od znacznej części tego, co wypracował w poprzednich książkach, zarówno od miejsc, jak i bohaterów. Starzy znajomi pojawiają się – jeśli w ogóle – bardzo rzadko i na krótko. Jedynie Leif będzie miał do powiedzenia trochę więcej od innych. Ciężko określić, czy są to zmiany na plus, czy minus – z jednej strony mamy do czynienia z czymś nowym, z drugiej jednak dobrze zbudowana wizja świata została porzucona, a na jej miejsce pojawił się naprędce i nieraz niespójnie sklecony obraz.

Zdecydowanie osłabł także humor, który dotąd był wizytówką serii – wcześniej mieliśmy cięte riposty i ociekające ironią oraz sarkazmem pyskówki w wykonaniu Atticusa i jego podopiecznej. W „Zbrodni i kojocie” humorowi bliżej raczej do gimnazjalnego korytarza, a szczytem frajdy ma być próba określenia jednostek miar takich jak „w chuj” i „od kurwy”.

Odcinanie kuponów – to najprostsze i najkrótsze podsumowanie czwartego tom „Kronik żelaznego druida”.

Kroniki Żelaznego Druida #4 - Zbrodnia i kojot

Autor: Kevin Hearne
Tłumaczenie: Maria Smulewska-Dziadosz
Wydawnictwo: Rebis
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 10/2012
Tytuł oryginalny: Iron Druid Chronicles: Tricked
Rok wydania oryginału: 2012
Liczba stron: 417
Format: 130x215 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 9788375109412
Wydanie: I
Cena z okładki: 35,90 zł



blog comments powered by Disqus