"W owczej skórze"


:: Źródło obrazka ::

Zadzwoniłem do niego około jedenastej. Powiedziałem, że dzwonię w sprawie uciętej ludzkiej ręki i jeśli nadal jest zainteresowany wywiadem, niech przyjedzie do restauracji Bombaj Tandoori w południe. Nie miałem pewności, czy skorzysta z nadarzającej się okazji. A jednak przyjechał.
Siedziałem przy stoliku na świeżym powietrzu pod parasolem i delektowałem się piwem. Za ogrodzeniem z ażurowych przęseł roztaczał się „piękny” widok. Ulica Partyzantów rozkopana – robotnicy kładą nowy asfalt na jezdni oraz układają chodnik z kostki brukowej. Obserwując wygląd kostek ułożonych parę lat w pobliżu, długiego życia im nie wróżę. Zresztą Bombajowi też nie. Idąc spacerkiem na spotkanie dostrzegłem niewielkie ogłoszenie wynajmu lokalu. Może to tylko znaczyć, że część powierzchni jest niewykorzystywana przez właścicieli, ale także możliwe, że zainteresowanie klienteli jest niewielkie. Nie zdziwiłbym się, gdyby ktoś go przejął. Nieco dalej znajduje się budynek byłego KBO oraz odremontowany sklep handlowy, w którym z wolna rodzi się nowe życie konsumenckie. A Tandoori? Chociaż zachęca napisem „Kuchnia indyjska i polska”, poza uroczystościami weselnymi nie wydaje się mieć zbyt dużej klienteli. Co ciekawe, w tym miejscu mieści się także Konsulat Ludowej Republiki Bangladeszu w Sosnowcu.
O takie właśnie miejsce spotkania mi chodziło – nieco odludne i w miarę przyjemne. Nawet odgłos pracy ludzi i maszyn, w tej chwili niesłyszalny, mógł być pomocny.
Pochylałem się właśnie nad szklanką, gdy usłyszałem jego krzyk.
– Mam już tytuł na artykuł!
Kilka osób siedzących przy sąsiednim stoliku i tak jak ja popijających piwo spojrzało na ulicę. Byli nie mniej zaskoczeni, widząc gestykulującego mężczyznę, ubranego w ciemne jeansy i niebieską koszulę z krótkimi rękawami, który już po chwili wchodził na teren „lokalowego ogródka”. Machinalnie spojrzałem na jego buty. Były zakurzone. Przybyły był tak zaaferowany, że nadal zwracał na siebie uwagę. Nie sprawił na mnie dobrego wrażenia. Nie żałowałem więc, że to na ten lokal padł mój wybór. Mężczyzna znalazł mnie wzrokiem i śmiało podszedł do stolika.
– Nazywam się Grzegorz Kotulski i to ze mną rozmawiał pan przez telefon.
Potwierdzając niechętnie, że to o mnie chodzi, podniosłem się z krzesła i uścisnąłem jego dłoń. Na szczęście nie była spocona, choć w czerwcowe gorące południe to dość rzadkie zjawisko.
– Domyśliłem się – powiedziałem sucho. – Jerzy Roling. Niech pan siada.
Dziennikarz wyczuł chyba mój chłód, ponieważ opanował się nieco i powiedział spokojniej:
– Co pan powie na tytuł „Ręka mistrza”?
– Kojarzy mi się z horrorem Kinga – odpowiedziałem i wskazałem mu miejsce na krześle, naprzeciwko siebie. Wreszcie usiadł, a ja uczyniłem to samo.
– Dziękuję, że to że mną zdecydował się pan porozmawiać – powiedział, uśmiechając się delikatnie. Chyba wyczuł moją rezerwę i chciał w moich oczach nieco poprawić swój wizerunek. Wyjął z kieszeni mały dyktafon i położył na blacie.
Przez chwilę przyglądałem się Kotulskiemu w milczeniu. Siedział przede mną młody dziennikarz. Młody – uśmiechnąłem się do własnych myśli. Przecież był niewiele młodszy ode mnie. Mógł mieć trzydzieści kilka lat. Spojrzałem na jego dłonie, ale nie dostrzegłem obrączki. Pomyślałem, że albo preferował wolne związki, albo samotność. Patrząc na jego zarost, może trzydniowy, jasne oblicze i łagodne spojrzenie, inne myśli nie przychodziły mi do głowy.
On także mi się przyglądał. Pewnie zdziwił go, a może nawet zaniepokoił, mój uśmiech więc przestałem się uśmiechać i powiedziałem poważnie:
– I chyba popełniłem błąd. Tylu dziennikarzy chciało ze mną rozmawiać, a ja skontaktowałem się właśnie z panem. I to jeszcze w takim miejscu. Przepraszam.
Kotulski nie wiedział co powiedzieć. Patrzył tylko zaskoczony jak dopijam piwo, wstaję i wyciągam rękę na pożegnanie. Szybko się jednak otrząsnął. Wstał i podając mi dłoń rzekł:
– Proszę poczekać i pozwolić mi coś wyjaśnić. Tyle gazet wałkowało już temat uciętej dłoni, że pomyślałem, iż nowa gazeta będzie miała siłę przebicia nie tylko tytułem, ale także odważnym wywiadem. Podejrzewam też, że właśnie z tego powodu dał mi pan szansę. Czy ją zmarnowałem?
– Dałem panu szansę, ponieważ dostrzegłem rodzący się nowy tabloid, chyba jedyny, który opierałby się na prawdziwych historiach.
– A uważa pan, że Fakt i Super Express takie nie są?
– Nie zawsze – odpowiedziałem.
– Gwarantuję panu, że będziemy profesjonalną gazetą.
– Czy to się już nagrywa? – spojrzałem znacząco na małego Olympusa.
– Jeszcze nie.
– Usiądźmy – powiedziałem. – Napije się pan czegoś?
– Dziękuję, ale nie piję w pracy. Innym razem nie odmówię.
– A nie będzie panu przeszkadzało, jeśli ja zamówię sobie piwo?
Dostrzegłem wahanie w jego oczach, więc dodałem:
– Niech się pan nie obawia. Nie jestem bajarzem i mnie także interesuje tylko prawda.
Odetchnął z ulgą, co uznałem za przyzwolenie. Po chwili wróciłem z pełną szklaną i usiadłem. Dziennikarz włączył dyktafon i zapytał:
– Czyli znalazł pan odciętą ludzką dłoń i nie jest pan mordercą?
Z wrażenia zakrztusiłem się i oblałem piwem. Kotulski natychmiast podał mi chusteczkę.
– Dziękuję. Nie możemy tak zacząć – powiedziałem, po wytarciu ust i koszuli. Spojrzałem na nią z niesmakiem.
– Zapłacę za pralnię.
– Owszem, zapłaci pan – powiedziałem, zawieszając tajemniczo głos w powietrzu. – Czytał pan kiedyś „Wywiad z wampirem”?
– Oczywiście – odpowiedział. – Uwielbiam powieści Anne Rice.
– To niech pan przeczyta raz jeszcze. Nie jest pan Danielem, a ja nie wyglądam chyba na Louisa, prawda?
Kotulski uśmiechnął się nieco głupkowato. Żeby zachować twarz, zapytał:
– Rozumiem, że pan też czytał?
– Tak, ale wolę Stokera i teraz widzę siebie jako Van Helsinga, a pana jako Draculę.
Dziennikarz znów się uśmiechnął.
– Zabawny z pana człowiek.
– Czasami – odpowiedziałem.
– Czyli nie jest pan ani wampirem, ani mordercą.
– Nie, gdybym był mordercą i to patologicznym w dodatku, już mógłby pan być martwy – odpowiedziałem. Tego, że nie jestem wampirem, nie skomentowałem. – Proszę pamiętać jednak, że nikt nie musi być tym, na kogo wygląda, albo za kogo się podaje.
– Jestem dziennikarzem – to mówiąc młodzieniec wyjął z kieszeni legitymację prasową i dowód osobisty. Obejrzałem je dokładnie, po czym mu oddałem. – I wiem, kim pan jest – kontynuował. – Sprawdziłem w kilku źródłach. Jest pan emerytowanym profesorem, wykładowcą jednej z wyższych uczelni. Nie muszę podawać jej nazwy, prawda?
Albo głupi, albo naiwny – pomyślałem. W jego oczach nie dostrzegłem cienia kłamstwa, ani podejrzliwości. Wiedziałem, że kandydaci na dziennikarzy mają na studiach także przedmiot o nazwie aktorstwo społeczne. Teraz pomyślałem, że to jest skuteczne. Część cech mógł mieć oczywiście wrodzonych, ale potrzebne było także doświadczenie. A papiery miałem dobre, to prawda.
– A jakby pan chciał zacząć? Tak jak Daniel? – zapytał.
– Wtedy nie zaprosiłbym pana do pubu, tylko na przykład na cmentarz.
– W takim razie dobrze, że nie jestem Sharon Stone i nie reżyserujemy kolejnego „Nagiego instynktu”.
– Grana przez nią bohaterka była oskarżona o morderstwo – stwierdziłem poważnie.
– Tym lepiej dla mnie, prawda?
– Być może.
– Czy pan coś insynuuje?
– Jeszcze nie, a powinienem?
– Dobrze, że to się nagrywa – powiedział Kotulski.
– Też tak myślę.
– Naprawdę zabawny z pana człowiek. To co chciałby mi pan powiedzieć?
– Opowiem panu o swoim młodzieńczym marzeniu. – Napiłem się piwa i przez ułamek sekundy obserwowałem zaskoczoną twarz dziennikarza. Nie zadał jednak żadnego pytania, więc zacząłem:
– Jestem dużo starszy od pana, chociaż na to nie wyglądam. To prawda, przez wiele lat byłem także aktorem, nawet niezłym i stać mnie było na wytworne życie. Z tego też powodu po zaprzestaniu kariery postanowiłem jeszcze nieco nacieszyć się młodością i straconymi latami i, mówiąc kolokwialnie, zafundowałem sobie operację plastyczną. Teraz widzi pan jej efekty.
Kotulski skinął głową, na znak, że rozumie moje pobudki.
– Bardzo pomogło mi to w życiu, nie tylko psychicznie, ale także fizycznie. Jako bogatemu młodzieńcowi udało mi się rozkochać w sobie o połowę młodszą ode mnie kobietę, która pięć lat temu wyszła za mnie za mąż i doczekałem się potomstwa.
– Czytałem o tym w gazetach. Zazdroszczę panu – przerwał mi Kotulski.
Nie wątpię – pomyślałem i dodałem:
– Miałem szczęście. Na zdrowie także nie muszę jeszcze narzekać.
– Ale żony nie można długo oszukiwać.
– Ja jej nie oszukiwałem. Nic nie mówiłem, póki nie została moją żoną, ale gdy miałem już pewność, że mnie kocha, powiedziałem prawdę. Z czasem się z tym pogodziła i już nie wracamy do tego tematu. Pan nie jest żonaty?
– Ja? – młodzieniec zająknął się zaskoczony, ale szybko odpowiedział – Jeszcze nie trafiłem na swoje szczęście, ale nie tracę nadziei. Patrząc na pana, pocieszam się, może i ja tak skończę.
Skończysz, ale zupełnie inaczej – pomyślałem.
– Z dziennikarstwa nie da się tak żyć – stwierdziłem.
– Nie mam zamiaru być całe życie dziennikarzem – odpowiedział, a ja w to święcie wierzyłem.
– Ale wróćmy do tematu – odstawiłem na wpół opróżnioną szklankę. – Wspomniałem o młodości, ponieważ w tym wieku każdy ma jakieś marzenia, pragnienia. Z niektórych z nich się wyrasta, a inne konsekwentnie realizuje.
Spoglądałem w szklankę, nie chciałem patrzeć na dziennikarza. Wiedziałem, że tym razem przyznałby mi rację. Jak na ironię.
– Wtedy znalazł pan odciętą dłoń?
– Nie, nie w młodości. Myślałem, że pan wie – odpowiedziałem.
– Nie to miałem na myśli. Chciałem zapytać, czy właśnie realizując obecnie swoje młodzieńcze marzenia, znalazł pan ten przerażający artefakt.
– Artefakt? – Uniosłem brwi z zaskoczenia. – Myśli pan, że to jakiś artefakt?
Spojrzałem na Kotulskiego i bardzo uważnie przyjrzałem się jego twarzy. Nie uciekł wzrokiem. Wiedziałem, że dobrze się domyśliłem – to także dobry aktor – ale trafiła kosa na kamień – pomyślałem.
– Tak mi się tylko powiedziało. To nawyk, ale chyba jeszcze nie nałóg. Mam nadzieję. – Uśmiechnął się. – Po prostu często gram w gry RPG, a artefakty są w nich na porządku dziennym.
– Rozumiem – udałem, że mu wierzę. – To niech pan uważa, bo ktoś może to bardzo opacznie zrozumieć. Jak pan zapewne wie z innych źródeł, media o tym trąbiły, kupiłem fortepian Grand Piano, wyprodukowany przez Schweighofera. Piękny, z 1860 roku. To było moje marzenie, grać i komponować, a jeśli nie komponować, to chociaż zagrać coś od czasu do czasu, nauczyć syna. Jest muzykalny. Nie spełniłem marzeń swoich rodziców i chciałem im to jakoś zrekompensować. Niestety, nie zagrałem. I tu dochodzimy do tego artefaktu, jak pan go może i słusznie nazwał.
– Przepraszam, nie chciałem… – zaczął Kotulski, ale mu przerwałem.
– Proszę mi nie przerywać – uśmiechnąłem się złośliwie i spojrzałem mu prosto w oczy. Nie dostrzegłem w nich jednak strachu. – Panie Grzegorzu – powiedziałem. Musiałem zdobyć jego zaufanie. – Chyba mogę się tak do pana zwracać, prawda? Podejrzewam, że jestem w wieku pana ojca.
– Oczywiście – odpowiedział po chwili zastanowienia.
Uśmiechnąłem się jeszcze szerzej.
– Nie zagrałem jednak ani jednego utworu. Pomiędzy konstrukcją nośną, dokładniej strunami, a płytą rezonansową leżała odcięta ludzka dłoń. Potwierdza się to mniej więcej z artykułami i informacjami w mediach, chociaż wy, dziennikarze lubicie szafować wyrokami i ubarwiać historie.
– Ja niczego nie upiększam i nie zniekształcam. Z tego co pamiętam, jednak to nie pan znalazł odciętą dłoń, a pańska żona, i nie była odcięta, tylko przypuszczalnie odrąbana, jakby siekierą. W każdym razie podobno tak to wyglądało.
– Tak – potwierdziłem. – To mi przypomina recenzję najnowszej powieści Czubaja. Chyba „Piosenka dla mordercy”, czy coś podobnego.
– „Kołysanka dla mordercy” – poprawił mnie dziennikarz.
– Właśnie, czytał pan?
– Nie, też tylko recenzje, głównie w Internecie.
Nie wiedziałem, czy powiedział prawdę, czy skłamał. Nie potrafiłem tego wyczytać ani z mimiki twarzy, ani mowy jego ciała.
– Powiem panu, że miałem to samo skojarzenie. Tylko że jego bohater obcinał dłonie kloszardom, starannie je mył i adresatom wysyłał w paczkach. Przeczytałem w recenzji Zdzisława Pietrasika – pochwalił się – na stronie internetowej Polityki.
– A skąd pan wie, że ta dłoń także nie należała do jakiegoś kloszarda? Naśladownictwo jest dość popularne wśród morderców – zapytałem, marszcząc brwi i zwężając nieco oczy.
– Oczywiście to tylko moje przypuszczenie. Nie mam pewności. Sam pan stwierdził, że lubimy szafować wyrokami.
Cwana bestia – pomyślałem.
– Na pewno? – zapytałem.
– Zadaje pan pytania jak oficer śledczy, chyba za bardzo wczuł się w którąś ze swoich wcześniej odgrywanych ról. Nadawałby się pan.
– Może ma pan rację – przyznałem. – Przepraszam. Ma pan rację. Moja żona znalazła odrąbaną dłoń. Nie było mnie wtedy w domu. Kurier przywiózł przesyłkę, a gdy w kilku ludzi wnieśliśmy ją do salonu, podpisałem odbiór i odjechał. Zapłaciłem też znajomym, którzy pomagali mi ją wnieść. Potem wyszedłem z domu, musiałem coś załatwić w banku. Żona wróciła z hipermarketu i rozpakowała fortepian. Mówiła mi, że był bardzo szczelnie zapakowany. Gdy zdjęła folie i gazety, o mało nie zemdlała z wrażenia. Od razu do mnie zadzwoniła. Akurat wychodziłem z banku – przerwałem, żeby zwilżyć gardło.
Niezłe przedstawienie – pomyślałem – faktycznie czuję się jak aktor.
– I co było dalej? – niecierpliwił się dziennikarz. Był cały czerwony na twarzy. Z emocji podskoczyło mu chyba ciśnienie, ale czy tylko z emocji?
I tu cię mam – pomyślałem, z satysfakcją i udałem wielkie znużenie. Ziewnąłem i przymknąłem na chwilę oczy.
– Proszę pana – usłyszałem po chwili. – Panie Roling.
Otworzyłem oczy, jakbym się obudził. Przetarłem je dłońmi i bacznie rozejrzałem się dookoła. Trzech, wyglądających na niegroźnych, młodzieńców siedziało przy stoliku w pobliżu naszego, ale zdawało mi się, że są zajęci rozmową i nie zwracają na nas uwagi.
– Też na nich patrzyłem – powiedział Kotulski. – Ale nie ma obaw. Nie są groźni. Chyba nawet nie słyszą, o czym rozmawiamy.
Odwróciłem się w jego kierunku.
– Pytał pan o coś? Przepraszam, ale chyba nie usłyszałem. Jestem troszkę zmęczony.
– Wspomniał pan, że gdy wychodził z banku, zadzwoniła pańska piękna żona. I chciałbym wiedzieć, co było dalej.
– Pańska – powtórzyłem. – Ładnie zabrzmiało, mało kto teraz tak mówi.
– Dziękuję.
– A skąd pan wie, że piękna?
– E – zająknął się. – Podobno Polki są najpiękniejsze na świecie.
– Powinien zostać pan dyplomatą, a nie dziennikarzem.
– Może kiedyś nim zostanę. Tak jak panu wspomniałem, nie chciałbym całe życie być pismakiem, jak nas niektórzy nazywają.
A może nim nie zostaniesz – pomyślałem, ale nie skomentowałem jego rewelacji.
– Poza tym w niektórych gazetach i dziennikach ukazały się państwa zdjęcia. Nie miałem jednak czasu weryfikować danych. Ponieważ nie zgodzili się państwo na fotografowanie, o czym także się dowiedziałem z gazet, moi koledzy musieli w inny sposób zdobyć jakiekolwiek fotografie. Chciałem się im przyjrzeć dokładniej, ale nie zdążyłem, ponieważ pan do mnie zadzwonił, a ja czym prędzej przyjechałem.
I Bogu dzięki – pomyślałem, a głośno powiedziałem:
– Naprawdę jestem już zmęczony i mam nadzieję, że nie obrazi się pan, jeśli dalszy ciąg tej historii opowiem następnym razem.
– Ale…
– Mogę teraz panu jeszcze powiedzieć tylko tyle, że od razu po przyjeździe do domu zadzwoniłem na policję i na pogotowie. Pielęgniarze po przyjeździe dali mojej żonie coś na uspokojenie, a mnie policja zabrała na przesłuchanie. Na szczęście nie oskarżyła mnie o morderstwo i nadal bada sprawę.
– A gdzie był wtedy pana syn?
– W przedszkolu. To chyba także mógł pan przeczytać w gazetach. Wokół mojego domu zebrał się tłum dziennikarzy. Cała ta sytuacja mocno nadwyrężyła nasze zdrowie psychiczne.
– Wierzę – powiedział Kotulski. – Chciałbym przeprosić pana w imieniu moich kolegów i swoim. Musi pan jednak przyznać, że takie rzeczy raczej się w Sosnowcu nie zdarzają. Mam na myśli obcinanie dłoni oczywiście.
– To prawda.
– Dziwię się, że pana nie oskarżono o morderstwo.
– Dlaczego? – zapytałem z nieskrywaną ciekawością w głosie.
– Policja także często wydaje nieusprawiedliwione wyroki.
– Czasami – przyznałem niechętnie.
– W takim razie bardzo dziękuję za poświęcony czas. Kiedy będę mógł się z panem znowu spotkać?
Kotulski wyłączył dyktafon i schował do kieszeni marynarki. Podniósł się z krzesła i wyciągnął dłoń na pożegnanie. Także wstałem i ściskając ją, powiedziałem:
– Zadzwonię do pana.
Chciał już odejść, ale go nie puściłem. Uniósł brwi z zaskoczenia.
– Teraz ja chciałbym zadać panu jedno pytanie. Nie przypominam sobie, żeby pan znajdował się w tłumie dziennikarzy oblegających mój dom, a był pan jednym z kilkunastu, którzy zadzwonili na mój numer domowy w celu spotkania. Dlaczego?
– Wie pan przecież, że współtworzę nową gazetę. Szukałem materiału.
– Tylko? A gdzie pan wtedy był?
– Niestety byłem w tym dniu chory i nie mogłem przyjechać. Dobrze się stało, gdyż dzięki temu tylko ja będę miał z panem wywiad. Z tego, co wiem, innym pan go nie udzielił. Wszystkiego dowiadywali się od policjantów.
– Tak i właśnie dlatego, żeby dać szansę obiektywnemu dziennikarstwu, wybrałem pana – mówiąc to, niby przypadkiem, nacisnąłem zabandażowany palec dziennikarza.
Kotulski syknął z bólu.
– Co się panu stało? – zapytałem zaniepokojony.
– Nic, zaciąłem się w palec, krojąc chleb na śniadanie.
– Rozumiem – skłamałem. – I przepraszam.
– Nic się nie stało.
Puściłem jego dłoń ale zdążyłem dostrzec, że jego palec krwawi poprzez bandaż. Szybko się do niego przysunąłem, tak, aby przypadkowo otarł się o moją marynarkę. Kotulski odwrócił się ode mnie i szybko oddalił. Spojrzałem za nim i także udałem, że idę do domu. Skierowałem się w stronę ulicy 1 Maja, a on Franciszkańskiej. Zobaczyłem z oddali, że bordowego Fiata Punto zaparkował koło KBO. Gdy odjechał w kierunku Mikołajczyka i zniknął za zakrętem, zawróciłem i wszedłem na teren restauracyjnego ogródka. Podszedłem do stolika, przy którym siedziało trzech młodych mężczyzn.
– Świetnie to rozegrałeś – pogratulował mi wąsacz. – Agencja będzie zadowolona. Złożymy odpowiedni raport.
– Myślisz, że to on? – zapytał drugi. Był mniej więcej w moim wieku, ale w przeciwieństwie do mnie i dwóch pozostałych, miał rude włosy i nosił okulary. Wszyscy natomiast byliśmy krótko obcięci, prawie ogoleni na łyso.
– Nie wiem. Dowiemy się jutro – odpowiedziałem. Zdjąłem marynarkę i złożyłem na oparciu krzesła. – Oddajcie ją do analizy. Idę do domu, cześć.
I naprawdę poszedłem do domu. Musiałem porozmawiać z Jessiką.

– I jak poszło?
Zanim odpowiedziałem, spojrzałem poważnie na Jessikę. Siedzieliśmy w salonie i patrzyliśmy na stojący w rogu fortepian. Ona piła wodę mineralną, a ja mocną kawę. Nie była moją żoną, a dziecko bawiące w drugim pokoju nie było moim dzieckiem.
– Wydaje mi się, że nie najgorzej.
– Tylko ci się wydaje? – spytała zaskoczona. – Nie masz pewności?
Spojrzałem na nią, ale w moich oczach nie było uczucia miłości. W jej też nie. Zarówno ja, jak i ta młoda, trzydziestoletnia brunetka o czarnych oczach i rzymskim nosie mieliśmy zadanie do wykonania. Machinalnie dotknęła szyi i zakręciła palcem w powietrzu, jakby chciała okręcić wokół niego swoje piękne długie loki, które miała jeszcze poprzedniego dnia. Zapomniała, że zmieniła perukę na krótkie włosy.
– Nasi przyjaciele są zadowoleni – odpowiedziałem, odstawiając filiżankę na szklany stolik. – Siedzieli przy sąsiednim stole i przysłuchiwali się mojej rozmowie w Kotulskim. Było ich trzech.
– Jesteś pewny, że to byli nasi?
– Tak, wyglądali zgodnie z przesłanym nam opisem. Rozmawiałem potem z nimi i potwierdzili współpracę z Agencją.
Rozejrzałem się po salonie. Był pusty, nie licząc foteli, w których siedzieliśmy, stolika i przeklętego fortepianu, który nie został zabrany ani przez policję, ani przez Agencję, bo miał jeszcze pewne zadanie do wykonania. Resztą mebli zajęła się Jessika. W nocy zorganizowała transport i rano zostały wywiezione.
– Wkrótce znajdziemy nowe lokum. – Moja nie-żona uśmiechnęła się wyuczonym uśmiechem. Uczyniłem to samo. – Ale najpierw będziemy musieli udać się do Stanów.
– Tak jak zawsze – powiedziałem.
Przytaknęła.
– Pamiętasz swoje poprzednie życie?
Spojrzała na mnie i chwilę przyglądała się w milczeniu, po czym odpowiedziała:
– Nie, a ty?
– Też nie. Nie wydaje ci się to dziwne?
– Nie myślę o tym.
A ja czasem myślałem. Do Agencji przyszedłem pięć lat temu. Pamiętałem mordercze treningi, szkolenia i wpajany nam kodeks. Tam poznałem Jessikę. Także była nowa, ale była Amerykanką. Miała łatwiej, bo była u siebie, a ja byłem przybyszem, który odpowiedział na ogłoszenie w prasie. Agencja oferowała dobrą pracę i bez wahania poleciałem na szkolenie. Wróciłem już zupełnie innym człowiekiem. Tyle pamiętam, nie pamiętam jednak jaki byłem wcześniej. Nadal mam tylko wewnętrzną świadomość, że jestem już kimś innym. Ze Stanów wróciłem z Jessiką. Od początku rozumieliśmy się jak rodzeństwo i nasi przełożeni ani chwili nie zastanawiali się nad wyborem dla mnie partnerki. Od ich decyzji nie było odwołania.
– Często się nad tym zastanawiasz? – kobieta wyrwała mnie z zamyślenia.
– Za każdym razem, gdy kończymy jakieś zadanie.
Na tym zakończyła się nasza rozmowa i przez chwilę milczeliśmy. Żadne z nas nie chciało podejmować tematu dziecka, które będziemy musieli oddać. Taka jednak była decyzja Agencji, która zawarła czasową umowę z rodzicami Adriana. Słyszałem, że to normalna procedura, że dzieciom się mówi, że to zabawa w nowe reality show i przez pewien czas będziemy jego rodzicami, a wszystko to w celach naukowych. Przypuszczałem, że mało dzieci się na to daje nabrać, ale podobno też mało dzieci uczestnicy w akcjach Agencji. W poprzednich czterech misjach nie miałem pod opieką dziecka. Do tego przywiązałem się i myślę, że Jessika także.
Masz wiadomość – dobiegł nas komputerowy głos z drugiego pokoju.
– Przyniosę laptopa.
Jessika wyszła i po chwili położyła urządzenie na stoliku. Machinalnie otworzyła list. W milczeniu przeczytaliśmy jego zawartość. Była standardowa. Przedstawicielstwo Agencji dziękowało nam za dotychczasową pracę. Trzej Obrońcy elektronicznie dostarczyli nagrania z mojego spotkania z Kotulskim.
Zawsze dziękują w połowie roboty – pomyślałem i czytałem dalej.
Wskazówki także były schematyczne. Musieliśmy porównać zdjęcia Kotulskiego z tymi, którymi dysponowało archiwum Agencji, a jeśli moje podejrzenia okażą się słuszne, zgarnąć go. Resztą mieli zająć inni przedstawiciele Agencji, a my po wykonaniu zadania mieliśmy udać się do ośrodka.
Jessika zamknęła maila.
– Mamy czas do jutra. Agencja przekaże odpowiednie informacje policji i nie musimy się o to martwić. Co robimy?
– Nic – odpowiedziałem. – Udajemy nadal rodzinę i pobawimy się z naszym synkiem.

*

Czy to możliwe, żeby wiedział?
Zastanawiał się Kotulski. Jechał do domu jak koń do stajni i już dwa razy musiał hamować, żeby przez swoją nieuwagę nie spowodować jakiejś stłuczki lub wypadku. Udało mu się to w ostatniej chwili. Gdy był dzieckiem, rodzice mówili mu, że jest w czepku urodzony i święcie w to wierzył.
Ale skąd mógłby wiedzieć? Przecież jest zwykłym aktorzyną, nikim więcej. Za to jego żona!
Cmoknął na samą myśl o Katarzynie Roling. Za taką kobietę można by nawet zabić. Był pewny, że wyszła za profesora tylko dla jego pieniędzy, a nie dlatego, że go kochała. Wystarczyłoby tylko pozbyć się tego starego dziada i byłaby jego.
Jego plan wydawał się prosty, ale dzisiejsze pytania wyprowadziły go nieco z równowagi.
Jakby był pieprzonym policjantem – pomyślał. – To niemożliwe. Poza tym idiota wpłacił pieniądze na konto moich Trupów Miasta – coraz bardziej podobała mu się nazwa powstającej gazety. – gdy tylko przeczytał moje ogłoszenie w Internecie. Inaczej bym się nim nie zainteresował. Ani jego żoną. Teraz to już nieważne. Będzie moja, bo ja mam większość jego pieniędzy.
Nie spodziewał się kłopotów. Dodawał sobie otuchy i myśląc tylko o swojej wybrance, wrócił do domu.
Chciał jak najszybciej spisać z dyktafonu rozmowę z Rolingiem. Nie miał zamiaru jej w żaden sposób przekształcać czy modyfikować, ale chciał przejrzeć aktualną prasę i obejrzeć telewizyjne dzienniki, żeby być na bieżąco z poczynaniami organów ścigania. W tym celu kupił po drodze kilka wydań gazet. Po wejściu do domu, nie przebierając się, rozłożył je na stole i najpierw przejrzał ich nagłówki, a następnie zaczął czytać wybrane informacje. Nie znalazł niczego interesującego. Wszystko wskazywało na to, że policja utknęła w miejscu nie mogąc znaleźć ani martwego ciała, ani żywego właściciela odciętej dłoni. Świadków także nie znalazła. Jedynym tropem byłby sprzedawca fortepianu, ale Kotulski był pewien, że go nie znajdą. Informacja o sprzedaży nie ukazała się na aukcji, tylko w serwisie darmowych ogłoszeń, a sprzedawca założył fikcyjne konto i podał nieprawdziwe dane osobowe.
Podszedł do stojącego na biurku komputera i go uruchomił. Wpisał hasło dostępu i usiadł na obrotowym krześle. Spojrzał na wiszące na ścianie zdjęcia i uśmiechnął się do własnych myśli. Wyjął z kieszeni dyktafon, a z szafki biurka kabelek i podłączył urządzenie do komputera. Włączył głośniki i odtwarzacz plików mp3. Usłyszał swoje pierwsze pytanie „Czyli znalazł pan odciętą ludzką dłoń i nie jest pan mordercą?” i uśmiechnął się na wspomnienie późniejszej rozmowy. Spisywać zaczął dopiero od słów „Opowiem panu o swoim młodzieńczym marzeniu”.
To prawda – pomyślał. – Ja także mam marzenie, Katarzynę.
Przepisywał dalej. Z czasem zaczęła go denerwować czerwona ikonka na pasku zadań oznaczająca jakiś problem z programem antywirusowym. Kotulski był pewien, że darmowy program wymagał aktualizacji i przez chwilę nie podejmował żadnych działań. Potem jednak pomyślał, że może się aktualizować w czasie pracy. Nacisnął kursorem myszki przycisk pauzy na wirtualnym odtwarzaczu i kliknął na antywirusa. Otworzyło się okienko, które nie wskazywało jednak wirusa tylko jakiś obcy program. Kotulski zmarszczył brwi. To mu się nie podobało.
Poczuł jak ciśnienie skoczyło mu do góry. Zaczął się pocić i szumiało mu w uszach. Zorientował się, że ktoś musiał mu się włamać do systemu. Kiedyś nie przejmował się hakerami, ale teraz musiał. Gra toczyła się o zbyt wysoką stawkę. Sprawdził rejestr plików i poczuł, że zaraz zemdleje. Ktoś zdalnie podłączył się do jego systemu i wrzucił jakiś program. Przypomniał sobie nagle, że wyjeżdżając na spotkanie z Rolingiem, żeby niepotrzebnie nie tracić czasu, nie wyłączył komputera. A teraz, po powrocie do domu, był wyłączony. Ktoś musiał się z nim połączyć i go zdalnie wyłączyć.
Czym prędzej zajrzał do listy programów i znalazł jeden, którego nie instalował. Czytał kiedyś o nim w jakimś piśmie komputerowym, ale teraz nie pamiętał jakim. Wiedział tylko, że dzięki niemu odpowiednie służby mogą inwigilować użytkowników. A to nie mogło mu się podobać. Musiał jak najszybciej wyczyścić wszystko z komputera. Wiedział, że to niemożliwe, że nawet ze spalonego dysku można odzyskać dane, ale to nieco opóźniłoby pracę policji – a tylko ją podejrzewał – i dało mu czas na ucieczkę. Musiał także porozmawiać z Rolingiem.
Znalazł na dysku system usuwający pliki i programy i go uruchomił. W czasie jego pracy, wysunął drugą szufladę biurka i wyjął pistolet. Sprawdził czy jest naładowany i uśmiechnął złośliwie. Wstał i zdarł ze ścian zdjęcia Katarzyny.

*

Masz wiadomość.
– Znowu?
Jessika była nie mniej zaskoczona ode mnie. Wszystko szło dobrze. Nie spodziewałem się żadnych kłopotów, a druga wiadomość z Agencji tego samego dnia je oznaczała. Nie mieliśmy wątpliwości co do nadawcy wiadomości. System był tak ustawiony, że głośno informował tylko o mailach z Agencji. Oboje pomyśleliśmy o Kotulskim.
– Mówiłeś, że wszystko poszło okay.
– Tak myślałem. Nie wiem co się dzieje.
– Jesteś pewny, że ci uwierzył?
– Nie miał na mnie haka. Nasze dokumenty zostały przygotowane bez zarzutu, a żadnych danych o nas nie ma w mediach.
Chłopiec spojrzał na nas zaskoczony. Nie wiedział dlaczego staliśmy się nagle tacy poważni i przestaliśmy się z nim bawić. Graliśmy w szachy – ja sam przeciwko jemu i Jessice.
– Nic się nie stało. Nie bój się – powiedziałem i pogłaskałem go po głowie. Powoli zaczynałem go traktować jak własne dziecko. – Mama zaraz przyjdzie, tylko odczyta wiadomość.
– Możesz tu przyjść? – zapytała z drugiego pokoju.
– A muszę? Nie skończyliśmy grać – odkrzyknąłem i uśmiechnąłem się do chłopca.
– To ważne.
– Nie zostawię go. Przynieś laptopa, odczytam tutaj.
Gdy postawiła go na szafce i przeczytałem maila, krew odpłynęła mi z twarzy. Zrozumiałem, że nasza akcja dobiegła końca. Musieliśmy jak najszybciej wracać do Stanów. Najlepiej samolotem na drugi dzień. A jednak. Zanim zdążyłem coś powiedzieć, Jessika połączyła się telefonicznie z lotniskiem i zarezerwowała nam bilety.
– Nie możemy teraz wyjechać – powiedziałem, gdy zakończyła rozmowę.
– Musimy. Przeczytałeś wiadomość, wiesz przecież, że Kotulski zorientował się, że go mają, że przeszukują dane w jego komputerze i zaczął je kasować. Nie jest głupi. Gdy go złapią, a my jeszcze tu będziemy, dziennikarze nie zostawią nas w spokoju. Nie możemy popełnić żadnego błędu. Będą chodzić za nami krok w krok, aż w końcu zaliczymy jakąś wpadkę.
Jessika niestety miała rację. Musieliśmy się ewakuować, ale Adrian… Spojrzałem na chłopca z żalem. Chyba dostrzegła moje uczucia, bo powiedziała:
– Posłuchaj syneczku, rodzice muszą na jakiś czas wyjechać. Jutro przyjadą po ciebie twoi prawdziwi rodzice. Świetnie się spisałeś i jestem z ciebie naprawdę dumna.
Chłopiec spojrzał na nią żałośnie.
– Wiem, ale to niestety koniec eksperymentu.
Podeszła do niego i delikatnie ucałowała w głowę. Potem się odwróciła po laptopa. Wyszła z pokoju, ale dostrzegłem łzy w kącikach jej oczu.
Przytuliłem chłopca do swojej piersi. Płakał i długo nie mógł się uspokoić. Gdy zasnął, zaniosłem go do drugiego pokoju i ułożyłem delikatnie w łóżeczku. Na palcach wyszedłem z pokoju. Przymknąłem drzwi, zostawiając szparkę dla cyrkulacji powietrza. Jessika siedziała w fotelu i udawała, że szuka czegoś w laptopie.
– Zasnął?
– Tak – odpowiedziałem siadając obok, w drugim fotelu. Raz jeszcze omiotłem spojrzeniem niemalże całkiem pusty pokój. Odetchnąłem głośno. Wiedziałem, że trzeba się zwijać. Wcześniej byłem przekonany, że wylecimy za dwa dni i zamierzałem jeszcze raz porozmawiać z Kotulskim. Nie sądziłem, że wpadnie w panikę. Cóż, teraz zamiast dwóch czekała nas jedna noc w fotelach.

*

Kotulski postanowił jak najszybciej załatwić sprawę z Rolingiem. Nie chciał czekać na spotkanie. Przebrał się i wsunął pistolet za pasek spodni. Wyłączył komputer, złapał leżące na biurku kluczyki od samochodu i skierował się do drzwi. Wiedział, gdzie ma jechać. Okolice domu Rolinga znał jak własną kieszeń. Odkąd pierwszy raz zobaczył jego żonę na ulicy, zupełnie przypadkiem, zakochał się w niej bez pamięci. Śledził ją aż do domu. Na drugi dzień ukrył się w cieniu drzewa i zrobił jej kilka zdjęć.
Zatrzymał się w progu. Zdawało mu się, że usłyszał jakiś dziwny dźwięk, jakby rozmowę za drzwiami. Był ledwo słyszalny, ale sprawił, że Kotulski chwycił pistolet i wyciągnął zza pasa. W tym samym momencie ktoś wyważył drzwi i do domu wpadło kilku zamaskowanych, umundurowanych mężczyzn. Kotulski zorientował się, że musieli czekać w ukryciu, gdzieś przed jego domem, na odpowiednie rozkazy. Nie zastanawiając się ani chwili strzelił do pierwszego z nich. Odpowiedzieli ogniem. Kotulski zginął na miejscu.

*

Ktoś silnie szarpał mnie za rękę. Otworzyłem oczy i zobaczyłem pochyloną nad sobą twarz Jessiki. Chciałem coś powiedzieć, ale położyła palec na ustach. Nie chciała, aby przypadkiem Adrian się obudził. Ja też tego nie chciałem. Przymknąłem na chwilę oczy, otworzyłem je i zamrugałem kilka razy. Musiały się przyzwyczaić do sztucznego oświetlenia pokoju. Jessika w milczeniu pokazała mi laptopa. Spojrzałem. Miała otwarte strony informacyjne i telewizję internetową. Puściła jakiś serwis informacyjny.
– Kotulski nie żyje – powiedziała szeptem i włączyła głos. Ściszyła go tak, że był ledwo słyszalny.
Zaintrygowany oglądałem wywiad z mężczyzną w uniformie. Na ekranie przeczytałem, że jest rzecznikiem prasowym Komendy Miejskiej Policji w Sosnowcu.
– Czyli kolejny szaleniec wymknął się sprawiedliwości?
– Panie redaktorze, czasami tak się zdarza. Moi ludzie działali w obronie własnej.
– Rozumiem. A mógłby nam pan powiedzieć, jak wpadliście na jego trop?
– Technologia jest bardzo groźnym narzędziem, a w szczególności jest nim Internet. Proszę pamiętać, że to sieć, a każda sieć ma swojego pająka i jego ofiary.
– Rozumiem, że Kotulski był muchą?
– Nie, panie redaktorze, był pająkiem. Nie podobała nam się jego duża aktywność sieciowa i specyficzne zainteresowania. Znalazł się na naszym celowniku, ściągając z torrentów nielegalne pliki pornograficzne i ebooki. Głównie horrory, kryminały i materiały erotyczne, nawet pedofilskie. Zainstalowaliśmy na jego komputerze, bez jego wiedzy, pewien program, dzięki któremu doskonale wiedzieliśmy, co robi i co ma na twardym dysku. Znaleźliśmy na nim notatki, informujące o jego kompleksach, poszukiwaniu miłości, wiecznej, idealnej, nieśmiertelnej. Nigdy nie wysłane listy miłosne i obiekt jego pożądania – panią Katarzynę Roling. Potem sprawdziliśmy jego konto bankowe i znaleźliśmy przelew od pana Jerzego Rolinga opiewający na znaczną sumę pieniędzy. To dało nam do myślenia. Przejrzeliśmy jego pliki i znaleźliśmy książkę Mariusza Czubaja. Osobiście ją przeczytałem. Gdy dostaliśmy zgłoszenie od pana Rolinga o znalezieniu przez niego odciętej, a raczej odrąbanej siekierą, jak się później okazało, ludzkiej dłoni, wiedziałem, co robić. Nie zdążyliśmy tylko porównać próbek krwi ze znalezionej dłoni z krwią Kotulskiego, ale strzelając do policjantów, sam się przyznał do popełnienia przestępstwa. W jego mieszkaniu znaleźliśmy potargane, ale jeszcze nie całkiem zniszczone zdjęcia pani Katarzyny.
– Z tego co wiem, posiadanie rozpowszechnionych plików nie jest nielegalne, tylko ich rozpowszechnianie.
– Nie znam programu, który działałby tylko w jedną stronę, to znaczy ściągał takie pliki nie udostępniając jednocześnie własnych. Ale gdyby nawet istniał, to już posiadanie plików pedofilskich jest nielegalne. Jedyne, co musimy teraz zrobić, to przewieźć fortepian z domu Rolingów.
– To on w nim jeszcze stoi? –
Dziennikarz był całkowicie zaskoczony.
– Tak, chcieliśmy, żeby Kotulski go niby przypadkiem zobaczył. Jego reakcja mogłaby być potwierdzeniem naszych podejrzeń, ale to już nie ma znaczenia.
– A co z ciałem bez dłoni? –
zapytał dziennikarz.
– Nie znaleźliśmy go. Podejrzewam, że Kotulski spalił je tuż po morderstwie. W jednym z plików tekstowych napisał, że to jedyny sposób na pozbywanie się dowodów.
– A jak to możliwe, że inni dziennikarze nie wiedzieli, co się dzieje? Nie mieli żadnych podejrzeń?
– Panie redaktorze, wiedzieli. Stanęli po stronie prawa i jak jeden mąż opowiedzieli się przeciwko swojemu koledze. Współpracowali z nami.
– Rozumiem, ale nadal nie wierzę, że dziennikarz mógł się dopuścić takich czynów.
– Był niczym wilk w owczej skórze –
podsumował rzecznik.
– A Rolingowie?
– Zniknęli. Ale jak tylko ich znajdziemy, przesłuchamy.
– Zniknęli?
– Tak, bez śladu. Zupełnie jakby nigdy nie istnieli –
odpowiedział rzecznik. Dla nas to była informacja, że jak najszybciej musimy zatrzeć za sobą wszelkie ślady i udać się do Stanów.
– Bardzo dziękuję za rozmowę. Do widzenia.
– Dziękuję.

Jessika wyłączyła laptopa i zwróciła się do mnie pytając, co o tym myślę.
– Myślę, że wszyscy jesteśmy świetnymi aktorami i Agencja może być również dumna z rzecznika – odpowiedziałem.
– W sumie powiedział prawie prawdę.
– Tak – potwierdziłem. – Nie zdradził tylko, że to Agencja inwigilowała Kotulskiego i inwigiluje każdego, kto wydaje jej się być zdolnym do popełnienia morderstwa.
Taka była prawda. Agencja miała wykaz takich osób, które wytypowała z ich działalności w Internecie. Obserwowała je i czekała na odpowiedni pretekst do działania. Nie ujawniała swojej obecności, a sukcesy i porażki jej działalności brała na siebie policja. Mało kto wiedział także, że Agencja ma podpisaną specjalną umowę z polskim rządem, która gwarantowała jej legalną działalność.

*

Jesteśmy już w samolocie. Niedługo będziemy startować. Nie zastanawiam się wcale, co by się stało, gdyby nasza akcja nie przyniosła rezultatów. Na pewno nie lecielibyśmy do Ameryki. Muszę kiedyś zapytać kogoś z polskiego ośrodka Agencji, co dzieje się ze spalonymi agentami. Ja nie czuję się jeszcze spalony. Czuję satysfakcję, że to dzięki nam można było złapać Kotulskiego. To, że się akcja nie do końca powiodła, nie było przecież naszą winą. Byliśmy tylko dla niego prowokacją.
Gdy wychodziliśmy z domu, Adrian jeszcze spał. To dobrze. Oszczędziliśmy mu przykrych wrażeń. W progu domu na Sądeckiej minęliśmy się z jego prawdziwymi rodzicami. Gdy się obudzi, będą przy nim i zabiorą do siebie. Wychodząc zastanawiałem się, czy go jeszcze kiedyś spotkam. Mam nadzieję, że tak, chociaż wiem, że mnie nie pozna. Czeka mnie bowiem kolejne zadanie i, jak większość agentów, zmiana wyglądu. Wyjąłem z kieszeni marynarki małe podróżne lusterko i spojrzałem na twarz przystojnego ogolonego prawie na łyso blondyna, z brązowymi oczami i nieco orlim nosem. Niedługo będę musiał się przyzwyczaić do nowej osobowości. Po kolejnej operacji plastycznej, mogę nie być już nawet przystojny. Wszystko bowiem zależy od misji, która mnie czeka. Będę też miał nowe papiery i niekoniecznie mogą one obejmować tylko pięć ostatnich lat mojego życia. To samo zresztą dotyczy Jessiki.
– Wiesz, przez chwilę czułam się jak Nikita – powiedziała.
Uśmiechnąłem się smutno.
– A ja jak Leon zawodowiec – powiedziałem.



blog comments powered by Disqus