Kapłani kung-fu

Autor: Jimmy
17 września 2007

Noc kapłanów Krzysztofa Kotowskiego to dla autora „spełnienie marzeń o książce rozrywkowej, będącej połączeniem przygody, sensacji, kryminału, fantasy i fantastyki” (cytat za oficjalną stroną autora). Niestety, powieść ta nie spełnia, wcale niewygórowanych, marzeń czytelnika o dobrej, wciągającej i niegłupiej prozie.

Noc kapłanów jest dokładnie o tym, o czym informuje notka na okładce, to znaczy o młodym księdzu z Warszawy, który nagle zaczyna przejawiać dziwne umiejętności fizyczne jak walka wręcz czy bronią białą, oraz psychiczne - nawiedzają go wspomnienia ludzi którzy żyli kilkaset czy nawet kilka tysięcy lat temu. Zarazem nabywa zgromadzoną przez te rzesze przodków wiedzę, np.: umiejętność mówienia martwymi językami, zdolności strategicznego planowania, znajomość wydarzeń historycznych „z pierwszej ręki” itp.

Oczywiście, jak nietrudno się domyśleć, w dzisiejszych czasach takie przeżycia kończą się pobytem w psychiatryku, i tam też trafia ksiądz Lorent. Po pewnym czasie bohater „przypomina” sobie też inną wiedzę. W jego świadomości pojawiają się informacje o tajemnym bractwie aurelitów, którzy polują na takich jak on, mordując przy okazji wszystkich świadków. Aby uniknąć rzezi, Lorent ucieka ze szpitala z pomocą swojego psychiatry, dr Sambierskiej. Ich tropem rusza nie tylko groźna sekta, ale też para policjantów chcących rozwiązać zagadkę zniknięcia lekarki oraz tajemniczych, niewiarygodnych zeznań pacjentów szpitala, bredzących o zakapturzonych mnichach z mieczami, powalonych przez księdza wymyślnymi ciosami karate.

Na tle swojego podgatunku, thrillera z rodzaju „przypadkowy człowiek vs. wszechpotężna-odwieczna-zakamuflowana-masońska organizacja”, powieść Kotowskiego wypada wcale nie najgorzej, nie odstając poziomem od dużo szerzej promowanych zachodnich, taśmowo produkowanych „hitów”, klonów „Kodu da Vinci” (wciąż nie mogę się otrząsnąć z „wrażenia” jakie zrobiła na mnie Księga imion). Polak nie jest gorszy, potrafi napisać książkę zupełnie jak w krajach o dużo lepiej rozwiniętym rynku literatury rozrywkowej. Niby to miła konstatacja, ale, niestety, oznacza ona, że ten konkretny Polak stworzył bełkot nie gorszy od kolegów zza wielkiej wody, ale też niewiele lepszy. A jeśli nawet, to gniot, lepszy czy gorszy, i tak pozostaje gniotem.

Ze sztandarowych części składowych, branych hurtem z popkultury, Kotowski stworzył swój własny mix. Oczywiście, jak to bywa w przypadku motywów wielokrotnie wykorzystywanych, ciężko jest stworzyć coś autentycznie nowatorskiego, a tym samym interesującego. Sztampowe schematy tajnego zakonu, bohatera z przypadku, ucieczki przed mordercami i policjantami, lekarki zakochującej się w pacjencie, doprawia autor odrobiną wschodnich sztuk walki (złowrodzy mnisi to oczywiście chodzące maszyny do zabijania), walką na miecze a’la Christopher Lambert (nawet jest tu identyczne wytłumaczenie faktu, że ludzie w XXI wieku okładają się żelastwem: nowsze rodzaje broni są niehonorowe!), szczyptą faktów historycznych, gnostycką (a właściwie to sam Bóg wie jaką, bo tu znów jest cały kolaż przeróżnych herezji) wizją chrześcijaństwa, niszowymi teoriami historycznymi, a przede wszystkim scenerią współczesnej Polski (ale nie tylko, zahaczamy też m.in. o Danię i Francję).

Jedną z dwóch szczątkowych zalet powieści jest częściowa próba przełamywania niektórych schematów, np.: policjanci nie okazują się tacy głupi jak zwykle są przedstawiani, a lekarka ląduje w łóżku nie z fascynującym pacjentem, a z zupełnie inną osobą. Niestety, są to tylko grudki miodu w olbrzymiej beczce dziegciu. Schemat goni schemat i przeplata się z coraz to kolejnym oklepanym motywem, a wtórność wylewa się z Nocy kapłanów wręcz wiadrami. Drugą zaletą jest, wprawdzie rzadko, ale jednak czasem zauważalny humor słowny. Autor potrafi nieraz ładnie poprowadzić dialog czy włożyć w usta postaci ciętą ripostę. W sumie jednak warsztat i prowadzenie akcji przez Kotowskiego nie wybijają się ponad przeciętność, a czasem wręcz pikują ostro w dół, ocierając się o idiotyzm i totalny kicz, który musiał zaistnieć chyba tylko po to, by poprowadzić fabułę w odpowiednim kierunku (jak w scenie, w której lekarka bez żadnych oporów i refleksji, z nowo poznanym pacjentem przechodzi na „ty”; zresztą wszystkie wątki damsko-męskie są tu kiepściuchne).

W pewnym momencie wydaje się, że książka jest głosem Kotowskiego w sprawie obłudnej moralności chrześcijańskiej, zwłaszcza tej prezentowanej przez polskich fanatyków katolickich, ale rozwój akcji i groteskowe przerysowania oraz zapewnienia o chęci stworzenia prozy rozrywkowej (znów odsyłam do strony internetowej autora), a nie wywoływania skandalu religijnego, rozwiewają nadzieje na jakąkolwiek próbę refleksji czy podjęcia ważkich tematów. Oczywiście, nie są to elementy niezbędne w prozie rozrywkowej, ale to sam autor na początku wywołuje temat i zdaje się aspirować do odrobinę ambitniejszej literatury.

Tak jest też z wstawkami historycznymi i fragmentami dotyczącymi psychiatrii (pisarz z wykształcenia jest psychologiem). W tym drugim przypadku ogłuszający atak profesjonalnymi terminami na początku książki zdaje się zapowiadać wręcz technothriller w stylu Robina Cooka. Szybko jednak czytelnik dochodzi do wniosku, że to zwykłe przechwałki, nie mające żadnego wpływu na akcję, tym bardziej że w innych aspektach autor nie jest już tak skłonny do wiwisekcji (np.: pracy policjanta). Nie inaczej niż szpanowaniem trzeba też nazwać wstawki historyczne, te przy końcu powieści, traktujące o teoriach na temat pochodzenia Mieszka I, a zwłaszcza te z prologu, w którym autor opisuje starożytnego Greka i średniowiecznego Wikinga, cierpiących na podobną przypadłość, co Lorent. Jakimś nieporozumieniem w książce rozrywkowej jest minimum pięć przypisów na każdej stronie, wyjaśniających pojęcia użyte w tekście takie jak megaron, perystyl, peplos czy jarl albo vetr; można było po prostu napisać, że chodzi o salę z kolumnadą, ogród, długą szatę, kapłana i zimowy miesiąc, lub wręcz w ogóle pominąć takie nieistotne szczegóły, nie wspominając już o takich oczywistościach jak Polifem, Hades, Demeter, Dedal, czy Thor,.

Najgorszy jednak w Nocy kapłanów jest rozwój fabuły. Jedyne momenty przynoszące jakiekolwiek napięcie to te na początku, gdy dochodzi do ucieczki ze szpitala, może jeszcze niezła jest scena najścia mieszkania policjanta przez aurelitów i szantażowanie życiem córek. Dalej są już tylko niekończące się rozmowy i dywagacje, a kulminacją książki jest wykład pewnego tajemniczego profesora na temat początków sekty. I tyle. Jedno wielkie deus ex machina (np.: jeśli chodzi o rozwiązanie problemu mnichów ścigających bohatera) i pozostawienie pootwieranych wątków i tajemnic, łącznie z tymi najważniejszymi: skąd takie zdolności? dlaczego, po co? od kogo? co to ma wspólnego z panującym w niebiesiech szatanem i Bogiem strąconym do piekła? co w ogóle miałby przynieść rytuał tytułowej Nocy, do której potrzebny jest sekcie Lorent? Albo po jakiego grzyba część narracji zajmują policjanci, skoro nic z tego nie wynika i ich wątek całkowicie się urywa?

O ile pomniejsze niedostatki, w rodzaju wałkowania sztandarowych motywów, dałoby się jeszcze przełknąć, o tyle nieumiejętność rozwinięcia i zakończenia ledwo zarysowanej fabuły całkowicie dyskwalifikuje książkę Kotowskiego. Nie ratują jej nawet drobne rodzynki w rodzaju ciętego dowcipu i garstki ciekawie przekręconych schematów.

Noc kapłanów

Autor: Krzysztof Kotowski
Wydawnictwo: Świat Książki
Miejsce wydania: Warszawa
Wydanie polskie: 4/2007
Liczba stron: 272
Format: 125x200 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-2470-504-7
Wydanie: I
Cena z okładki: 6,99 zł


blog comments powered by Disqus