"Haiku Orfeusza"


Tamten dzień wydawał się darem Uśmiechniętego Losu. Jednak klepsydra przesypywała już ostatnie ziarenka piasku, czego wcale nie byli świadomi. Nie pamiętał samego wypadku. Później, znacznie później, w oparach pamięci pojawiały się krótkie błyski koszmarnego snu - jej twarz ozdobiona rubinowymi kropelkami, umykający sufit szpitalnego korytarza, podniecone głosy lekarzy dopływające z oddali. Jego psychoanalityk pocieszył go, że prawdopodobnie nigdy nie przypomni sobie tamtych chwil... Jednak pod powiekami i tak tańczyły mu czerwone jak krew odpryski rubinu.
***
Zaczął pić i pewnie popędziłby tą drogą w dół, do samego piekła, gdyby nie przyjaciele. Bo picie z kimś to zupełnie co innego, niż wznoszenie toastów w kierunku wiszącego na ścianie lustra. Jednym z pocieszycieli był stary Alfred, bibliotekarz. Na zawsze zapamiętał długą, nocną rozmowę, podczas której poruszali wszystkie bolesne tematy, szarpali struny rozpaczy, oswajali bestie budzące się w zakamarkach umysłu. W pewnym momencie Alfred stwierdził, że zamiast załamywać ręce i posypywać głowę metaforycznym popiołem, trzeba wziąć się w garść i wskrzesić zmarłą.
     - O czym ty gadasz? O jakimś cholernym voodoo?
Alfred pokręcił głową i zaczął wyłuszczać swoją teorię haiku.
 

***

Haiku to kruche piękno i prostota zamknięte w ledwie siedemnastu sylabach, najkrótsza definicja i niedopowiedzenie. Wywodzą się z Japonii, a każdy składający się z trzech linijek wiersz zawiera kigo, czyli wyrażenie związane z określoną porą roku. Stąd powtarzające się kwiaty wiśni, czapy śniegu i krople rosy - chociaż skojarzenie nie zawsze jest tak oczywiste. Haiku zwykło łączyć się z filozofią zen, ale zdaniem Alfreda chodziło w nich o coś znacznie bardziej tajemniczego i pierwotnego. Niektórzy japoniści przypisywali tym krótkim strofom magiczne atrybuty związane z nieśmiertelnością. Na Dalekim Wschodzie od wieków krążą opowieści o mistrzach haiku, którzy swoją sztuką przeciwstawili się umieraniu. Przyjaciel twierdził, że właściwie dobrane strofy mogą przywrócić do życia zmarłych. Pewnym mankamentem teorii była bariera kulturowa, ale Alfred twardo obstawał przy swoim. „Możesz wprawić w zachwyt japońskie bóstwo kamienia, żydowskiego dybuka, arabskiego dżinna albo nawet grecką muzę. Moc tkwiąca w słowach nie zna granic, jest odwieczna i niezwyciężona” - argumentował. 

***

Ranek zakwitł za oknem, a jemu trudno było uwierzyć w usłyszane słowa. Ile razy nocne dyskusje o życiu i śmierci brzmią jak objawienia w świetle świecy, by o poranku wydać się tylko iluzją prawdy, pijackim gadaniem. Jednak teoria haiku kusiła, dawała nadzieję, obiecywała wypełnienie tej pustej dziury w niebie, która została mu po niej. Trochę podtrzymywany tą wiarą, a trochę po to, by zabić mijający czas - ten czas gdy ona powoli rozkładała się w drewnianej skrzyni; w każdym razie usiadł przed monitorem i zaczął pisać haiku. Pierwszy szkic nie był zbyt udany.

„Pod kwiatem wiśni

nim odpłyniesz na zawsze

rodzi się rzeka...”

Podejrzewał, że ta próba nie jest w stanie wskrzesić niczego ani nikogo. Po czym zresztą poznać moc słowa? Skąd miał wiedzieć - oczywiście zakładając prawdziwość teorii Alfreda - że jego haiku spełnia wymagania bogów albo innych mitycznych stworzeń? Pięć, siedem, pięć, pora roku, przemijanie i jego odwrotność, zakrzywiony czas tańczący w płynącej pod prąd łódce, płatki kwiatów wiśni wzlatujące ku gałęziom i tworzące gwiazdy, pięć, siedem, pięć, pięć, siedem, pięć, siedemnaście...

***

„Chodząc po łące

miażdżymy krople rosy

śpiew ptaków gaśnie...”

            „Umiera kamień

            by zakwitł gdzieś kwiat róży

            w ciszy przed deszczem...”

                  „Klaskają ręce

                  stajesz się jednym z cieni

                  obrót na scenie...”

                              „Tak bije serce

                              nim zmienię się w piasek

                              za milion lat...” 

                                    „Szumią gałęzie

                                    w wyciętym lesie ciągle

                                    spadają liście...”

***

Pięć, siedem, pięć... Pisał haiku już od kilku tygodni, jego myśli zaczynały poruszać się w metrum wyznaczanym przez siedemnaście sylab. Słyszał rytm haiku w śpiewie ptaków, w dialekcie deszczu uderzającego o szyby, w zgiełku ulicznych zbiegowisk. Niektóre motywy nie chciały go opuścić - te dzioby żurawie i trzciny, te kwiaty wiśni spadające i rozkwitające od nowa... Czuł wprawdzie terapeutyczną energię zanurzenia w poezji, lecz jego cel pozostawał równie odległy, jak na początku. Któregoś dnia odwiedził go Alfred.

    * Nie udało się? - spytał zatroskany.
    * Niestety... Może nie umiem wybrać właściwego głosu?

Stary bibliotekarz pokręcił tylko głową.

    * Te słowa tkwią w tobie. Wydobądź je po prostu...
    * To nie jest takie proste, jak sądziłem.

Alfred zmrużył oczy.

    * Nikt ci tego nie obiecywał...

 

***

Zanurzony w siedemnastosylabowym świecie, rzadko wychodził na zewnątrz. Wspomnienia jej twarzy ubierał w pejzaże kreślone cienką kreską na papirusie, a dłoni - zmieniał w wodospady. Pewnego dnia uznał, że jego haiku osiągnęło doskonałość, a bogowie i muzy nie będą w stanie oprzeć się wplecionej w słowa magii. Skąd wiedział? Może po sposobie w jaki jego palce tańczyły po klawiaturze, jakoś inaczej niż dotąd? A może przez światło odbite od monitora, które przypominało poświatę bijącą z anielskich skrzydeł? W dolnym rogu ekranu zamigotała nagle mała koperta symbolizująca przychodzącą pocztę. Otworzył ją kliknięciem myszy. 

>From: Kaliope [mailto:kaliope@PARNASS.NET]

>Sent: Wednesday, October 29, 1997 3:40 PM

>CC: [HAIKU@GOD.TOKYO.JPG; DJINNABAGASO@ARABICWORLD.COM; DYIBUK@YAFFA.ISR]

PANA PODANIE ZOSTAŁO PRZYCHYLNIE ROZPATRZONE. OBIEKT PRZYWRÓCONY ZOSTANIE JUTRO. Proszę o opuszczenie lokalu przed jedenastą. procedura wskrzeszenia wymaga spełnienia tego warunku.

>end of message.

Wpatrywał się w litery na ekranie, a potem w umykające gwiazdy wygaszacza ekranu. Już nie pragnął ich ścigać.

***

Wpół do jedenastej wyszedł z domu. Ulice rozciągały się przed nim skapane w słońcu, a mijani ludzie przestali być wrogami - tymi, którzy przeżyli jego ukochaną, zestarzeli się zupełnie nieświadomi jego utraty. Moc jego słów za chwilę dokona cudu. To musi wydarzyć się właśnie za chwilę, bo przecież czuł dziwne ciepło, a cienie miękko kładły się wokół niego, jak czarne koty. Przypomniał sobie obraz Giorgione'a „Burza”. Tam również było to charakterystyczne oświetlenie pełne żółtego światła wydobywającego prawdę szczegółów. Takie oświetlenie zdarza się zwykle tuż przed zapadnięciem zmroku, a przecież dopiero nadchodziło południe.

Nagle poczuł impuls, aby spojrzeć na drugą stronę ulicy i zobaczył ją. Stała w lekkim płaszczu, jej włosy rozjaśniał blask i patrzyła w jego stronę. Czas na chwilę zatrzymał się, jakby chciał podziwiać tańczące na ścianie refleksy, albo jakby przewrócił się i nie wiedział, w którą stronę iść, gdy już podźwignie się z kolan. I nagle ruszył z miejsca.

    * Hej!!! - krzyknęła i zaczęła biec w jego stronę.

Nie zauważyła ciężarówki, która wyłoniła się w międzyczasie zza zakrętu. Gdy jego ukochana znalazła się na środku ulicy, samochód już tam był. Wpatrywał się jak zaklęty w jej ciało szybujące nad chodnikiem i zrozumiał, że już nigdy nie dotknie jej dłoni. Skamieniały z przerażenia zdał sobie sprawę, że bóstwa wskrzesiły ją na czas nie dłuższy, niż ten, którego potrzeba na wymówienie siedemnastu sylab. I że on ten czas zmarnotrawił. A może wcale nie? Jeśli w trzywersowej klatce można zamknąć piękno, to dlaczego nie miłość? Wiele lat później stał przy jej grobie z inną kobietą, a tamte sylaby wróciły. Jednak ziemia tym razem nie otworzyła się. I wcale nie czuł rozczarowania z tego powodu.



blog comments powered by Disqus