Syreny z Tytana - dlaczego kochamy Kurta Vonneguta?

Autor: Grzegorz "Gryfek" Słowiński
1 października 2007

Nie znając Kurta Vonneguta trudno, bardzo trudno nie roześmiać się podziwiając jego manierę. W jego oczach taki żarcik, ironia, chociaż samemu Vonnegutowi naprawdę nie do śmiechu. Jego artystyczny zmysł, który tak ubawił narody, podniósł go jednak do rangi głównego satyryka Stanów Zjednoczonych. Jego boskie ironie, paraboliczne absurdy, rubaszne napady śmiechu, którymi nagłośnione są także Syreny z Tytana paradoksalnie przemieniły go w poetę. Syreny z Tytana autor lubił najbardziej z całego swego dorobku pisarskiego.

Syreny z Tytana to majstersztyk organizacji fabuły w tak płodnej pustce, jaką jest science fiction. Totalna interakcja, która buduje programy literackie i filozoficzne. Nie zdradzając wielu szczegółów, już kilka motywów szokuje od początku. Pamiętny prolog - "Dziś już każdy potrafi odnaleźć sens życia w sobie samym" - rozpoczyna absurdalną, wykrzywiającą logiczną wyobraźnię fabułę. Akcja dalekiej, cudownie dosięgniętej przez narratora przyszłości objawia wysublimowaną "epikę antyheroiczną" - Malachi Constant, miliarder wyceniony na kilka państw przybywa do materializującego się Winstona Nielsa Rumfoorda i jego psa Kazaka. Rumfoord niegdyś w przypływie brawury i próżności kupił sobie statek kosmiczny i w towarzystwie swojego "psa z kosmosu" (i to jakaś złośliwa ironia amerykańskiej mentalności), poleciał wprost w infundybułę chronosynklastyczną (lejek czasoprzestrzenny), co doprowadziło do rozciągnięcia go między Słońce a Betelgezę i oświeciło (totalny absurd). Jego ciało, duch krążą po całym tym obszarze, materializując się cyklicznie. Jasnowidzący, czytający w myślach staje się bez wątpienia "uśmiechem z zaciśniętymi zębami" Vonneguta. Ironia nie zna granic - Malachiemu i żonie Rumfoorda Jasnowidzący przepowiedział małżeństwo i sielankę na Tytanie. Wszystko jakby sobie zaplanował, cała historyczna wina na nim spoczywa. Tymczasem toru czasu nie może zmienić nawet on, co rozbraja się komediancko. Powstaje komedia a la Wesele Figara uciszona absurdem wojennym. Ostatecznie ciąg historii przeradza cały ten wątek w wielki epos ludzkości, którego fuhrerem staje się Rumfoord, a herosem milioner Constant. Powstaje wielka religia. Wielka, porażająca satyra. Wielka i rozpaczliwa ironia świata.

Co to jest ta infundybuła chronosynklastyczna? "<<Chrono>> znaczy <<czas>>. <<Synklastyczna>> znaczy <<nagięta do wszystkich kierunków w tą samą stronę>>, jak skórka pomarańczy. <<Infundybuła>> jest to przedmiot, który starożytni Rzymianie, np. Juliusz Cezar i Neron, nazywali <<lejkiem>>. Jeśli nie wiesz, co to jest lejek, poproś mamusię, żeby ci pokazała." To bez wątpienia ważny termin do zapamiętania. Ciekawe, że tajemnica konstruowania powieści przez Vonneguta mogłaby mieć właśnie kształt infundybuły (właściwie "infundibulum"- lejek w języku łacińskim, w terminologii astrofizycznej to lejek czasoprzestrzenny skupiający materię i naginający jednostajność czasu). Autor zafascynowany przyszłością bardzo w swoim stylu wprowadza ten frymuśny szczegół. Tak, właśnie Przyszłość jest jego obsesją. Przyszłość sterowana Przypadkiem. Chwyta to Vonnegut bardzo sprawnie i przemienia we własną ironię. Co kieruje autorem? Jaka jego filozofia, skoro przedstawia przerażający widok świata znudzonego, nieznającego jedynie duszy? Filozofia tego, który przerażony jest miejscem i czasem, Bogiem i brakiem Boga? Który śmieje się z przerażenia?

Książkę swoją, którą po raz pierwszy zainteresował krytyków, Vonnegut napisał w 1959 roku. Vonnegut był wtedy humanistycznym socjalistą. Takim chyba pozostawał do śmierci, do 11 kwietnia 2007 roku. Aż dziw mnie bierze - Syreny z Tytana opisywane są po marksistowsku. Religia jest wedle ubitych teorii trutką, opium dla ludu. Ta krytyka... rewizja(?) wszechwiedzy i wolnej woli. A ja bym te Syreny... załatwił opisem wielkim i totalnie przeciwnym - Vonnegut wręcz krzyczy jak Nietzsche. Przepełnia go autoironiczna miłość do stoicyzmu i epikureizmu. Vonnegut wywraca, by pokazać dno. Właśnie tak. A może i wyrasta z wielkiej tradycji niemieckiej myśli? Sam mówił niegdyś, że cierpi na depresję jak każdy Niemiec. Przedstawić pragnie mentalność Ostatnich Ludzi, złamać mit Wiecznego Powrotu. Pragnie pokazać, że nie umiemy się nawet mordować, bo nasze cele rozjeżdżają kolejne cele. Pragnie pokazać śmiejąc się z własnego niedowierzania - spójrzcie na nadczłowieka, o ludzie! Istotnie przyszedł i co będzie dalej? Cała ta tematyka rzeczywiście jest wielkim, schopenhauerowsko-nietzscheańskim rewizjonizmem. Ale JAK on to robi, to już absolutnie jego!

Do zbawienia nie potrzeba nam żadnego sprawdzania kabli i przycisków! Zwykłe odliczanie: "-Dziesięć!- zawołał Bobby Denton.-Czy pożądasz żony bliźniego swego albo jakiej rzeczy, która jego jest? -Nie!- zawołali Krzyżowcy Miłości. -Dziewięć- zawołał Bobby Denton. -Czy świadczysz fałszywie przeciw bliźniemu twemu? -Nie!- zawołali Krzyżowcy Miłości." Sama rozkosz. I oto niemal mamy Boga zamiast Słońca. W dalekiej przyszłości będzie on niczym wielki ojciec z miksturą na kaszel w tylnej kieszeni. Będziemy znać już wszystkie poziomy duszy, będziemy doskonali, a kuchenny przepis na zrobienie dobra będzie utrzymywał długowiecznego Ostatniego Człowieka. "A śmierci więcej nie będzie, ani smutku, ani krzyku, ani boleści nie będzie; albowiem pierwsze rzeczy pominęły" (Ap 21.4, Biblia Gdańska). Uśmiechnięty Apollo przestanie uwodzić i nieumyślnie zabijać. Przypadek uleci z cyklu Wiecznego Powrotu. "Jeden!- zawołał Bobby Denton.- Czy czcisz bogów innych przed Panem Bogiem twoim? -Nie!- zawołali Krzyżowcy Miłości. -Start!- krzyknął radośnie Bobby Denton. -Lecimy do raju! Ruszajcie, moje dzieci! Amen!".

Problemem jest nietzscheańsko-ironiczna infundybuła. Nadczłowiek nie chce Boga Kaszlu Wielkiego Medyka. Rumfoord chce stworzyć świat lepszy. Chce czy nie chce. Musi. Nie sposób jego myśli odczytać. On jest bez wątpienia źródłem konceptu. On jest entelechią i energią fabuły, i zgodnie z Arystotelesem - obejmuje go determinizm i kreacjonizm jednocześnie. To dopiero absurd. Uśmiecha się, jednakże zaciska zęby. On sam kreuje w swej nadludzkiej samowiedzy wielką, wielką tragedię świata. Wielki, wielki dramat człowieka. On to cynicznie programuje i ustawia. Ten ciarach ustala kolejność sytuacji - tu bomba, tam trąba. Wreszcie bezboleśnie czyści ślady mordu, rozlewając religię. Ponownie zaczarowany świat, zaczarowany komunistycznym deizmem zabija indywidualność i moc wyrzucania siebie ponad siebie. Słabsi zostają pokonani i żyją w żałosnym podziwie nie wiadomo czego. Dlatego właśnie Malachi Constant wpleciony w tę marksistowską farsę nie jest herosem współczesności. Choćby przeżywszy wielką, kmicicowską przemianę wewnętrzną tułał się w wojnie międzyplanetarnej, wzgardzony, okryty chwałą dotarł do nagrody swej- to tylko człowiek. Mechanizm nadczłowieczej reguły rozbraja jego heroizm. Straszne wybałuszenie jego niedojrzałych emocji pozwala mi zauważyć, że to jest antyheroiczny epos. Nie będzie więcej czaru - tylko motłoch i programista.

Nie całkiem udane są sądy o Vonnegucie. Mało twórcze jest to zbanalizowanie - "Śmiejący się prorok zagłady" jak tłumaczy się opinię z "New York Timesa". Vonnegut ewidentnie jest Rumfoordem. To on układa. To jest patetyczne proroctwo, choć w fikuśnym rozbrzmieniu. Ten Vonnegut pasuje mi raczej do "dziada z infundybułą". To, jak kształtuje fabułę swojej książki nie pozostawia mi wątpliwości o jego mistrzowskim rozegraniu powieści. Heroikomiczna ironia, satyra na całą ludzkość pozwala zauważyć nadzwyczaj interesującą rzecz w pisarstwie Vonneguta - oprócz tego, że poszczególne sceny konstruowane są z wysublimowanymi niedomówieniami, co nie jest tutaj ciekawe, a jedynie przyzwoite, to najbardziej zadziwia jednakże niezwykle sugestywne naładowanie scen czynnikiem dramatycznym i ekstatycznym. Cały problem tkwi w języku Vonneguta. Język jest właściwie zgodny z teorią Bachtina. Dobór słów ustala charakter sytuacji, monolog wewnętrzny i lejtmotyw konkretnych postaci, elementów. Język ten najczęściej jednak przyjmuje pozę mechanicznego - nazwiska wymieniane są w pełnym brzmieniu, a także motywy i zdania. Mechanizm nie ukrywa jednak subtelnych ironii i charakteru - komediowy i niekiedy rubaszny język Vonneguta opisuje tematykę piękna i brzydoty. Ostatecznie można przyznać, że jest to język antyliryczny. Ale też jakieś westchnienia przejmują Vonneguta. Westchnienia nad losem swojego Edypa. Westchnienia nad pięknem rzeczywistości stworzonej przez siebie. Muzyka Merkurego i te reflektujące niekiedy uśmiechy Boga "tam na górze" należą do pięknych i wzruszających elementów jego surrealistyczno-postmodernistycznej prowokacji. I to zbolałe westchnienie krótsze niż wypowiedzenie słowa "Tralfamadoria". To nie jest, jak sam to nazywa - "zaściankowe ziemiaństwo" - ale całkiem sensowne umiłowanie człowieka. Choć Nietzsche nie jest tu zupełną regułą to i tak Vonnegut się z nim w tym punkcie zgadza- kochany jest człowiek, który się przezwycięża. Kochany jego trud wyrzucenia siebie ponad siebie. Vonnegut jednak kocha człowieka wiecznego, którego nigdy nie będzie, którego nawet on - dziad z infundybułą - nie może sobie wyobrazić. I to go śmiesznie przeraża.

Najsilniejszy dramatyzm zderzający kafkowskiego głównego bohatera, jego indywidualność ze światem, to genialne ukazanie tego bolesnego zderzenia w kształcie wielkiego, ironicznego showu amerykańskiego daje mi do zrozumienia, że jest to powieść ekspresjonistyczna. Pytanie tylko: skąd bierze się ten szalony humor u Vonneguta. Postmodernistyczne myślenie wyzwala, i dobrze, komedię spod jarzma klasyki. To komedia jest sztuką najwyższą (jak mawiał James Joyce). Z Joyce'a pochodzi też obśmiewanie mitotwórczej postawy tłumu, religijności, robienia wielkich tragedii (najsilniej to widać w epizodzie 15 Ulissesa, gdzie widać podobną do vonnegutowskiej wielką satyrę). W percepcji Ostatniego Człowieka kochający szczerze świat Vonnegut jest zupełnie odmienny od również postmodernistycznego - Michela Houellebecqa. Ten w totalnej dekadencji odrzuca ostatniego człowieka obnażając jego prawdziwą godność w głupiej wynalazczości. Komedia, to ona daje mu jedyną sensowną siłę przetrwania. To taki komediowy egzystencjalizm. Ostatecznie Vonnegut chyba jest nietzscheanistą. Sprawa moralności zajmuje go do cna w Syrenach z Tytana. Jak wyżej pokazano - Bóg lekarz kaszlu przeciwstawiony jest Bogu obojętnemu na zagrywki Nadczłowieka. Struktura analogii jest tu zastosowana mistrzowsko. Co by było gdyby świat przewrócić i wprowadzić zamiast właśnie Twojej moralności i religii coś zupełnie innego? I czym będzie chrześcijaństwo, islam, judaizm, buddyzm względem Boga Obojętnego? Czym będzie dobroduszny ratownik, który zamordował przedtem przyjaciela? Czym będzie ludzkość zupełnie chrześcijańska i miłosierna czy też zupełnie laicka i ambitna?

Iskrą tylko.

Syreny z Tytana

Autor: Kurt Vonnegut Jr
Wydawnictwo: Zysk i S-ka
Miejsce wydania: Poznań
Wydanie polskie: 3/2007
Tytuł oryginalny: The Sirens of Titan
Rok wydania oryginału: 1959
Liczba stron: 308
Format: 125x195 mm
Oprawa: miękka
ISBN-13: 978-83-7298-452-4
Cena z okładki: 29,90 zł


blog comments powered by Disqus